Jutes "Far From Dilworth Tour": Polacy znowu najlepsi [RELACJA]
Warszawski Klub Proxima nie był zwykłym przystankiem na trasie "Far From Dilworth" promującej najnowszy krążek Jutesa "Dilworth". Jeszcze kilka tygodni wcześniej wydarzenie planowano w kameralnej Hydrozagadce, ale zainteresowanie okazało się na tyle duże, że organizatorzy przenieśli koncert do większej Proximy. I bardzo dobrze - tłum, który zebrał się tego wieczoru, udowodnił, że wokół kanadyjskiego artysty w Polsce wyrasta wyjątkowo oddana społeczność.

Już podczas wcześniejszego Meet&Greet Jutes nie krył zaskoczenia, gdy dowiadywał się, ile osób przyjechało specjalnie spoza Warszawy. W trakcie koncertu poprosił nawet o podniesienie rąk: najpierw Warszawiaków, potem tych "spoza". Z perspektywy publiczności było widać wyraźnie, że większość pokonała setki kilometrów tylko po to, żeby zobaczyć go na żywo. To wiele mówi o tym, jaką więź buduje ze słuchaczami.
Na scenę wszedł niemal "z przyczajki", bez wielkiego otwarcia, ale już po chwili atmosfera eksplodowała. Publiczność reagowała na każde jego "hands up!", a energia między sceną a salą krążyła bez chwili przerwy. Po otwierającym "Left on Dilworth" z najnowszego albumu "Dilworth" artysta zwrócił się do publiczności słowami:
"Jestem cholernie szczęśliwy, że tu jestem. Nigdy w życiu nie byłem w Europie. Nie mogę uwierzyć, że tak wielu z was się pojawiło. Moja publiczność jest zazwyczaj dość podzielona. Mamy ludzi, którzy są tu w celach terapeutycznych. Chcą przepracować jakąś traumę, może poczuć odrobinę dumy. A druga połowa to banda degeneratów." - zażartował Jutes.
I rzeczywiście - koncert balansował między terapią grupową a totalnym chaosem pod sceną. Jutes ma w sobie coś z chuligańskiego dzieciaka - porusza się zwinnie, nonszalancko, chwilami niemal wijąc się po scenie jak wąż. Jest w tym ogromny luz i naturalność. Największe wrażenie zrobił na mnie jednak głos. Na żywo jego screamy i mocne beltingi wybrzmiewają jeszcze intensywniej niż na płytach. Każdy taki moment natychmiast podnosił temperaturę w klubie. To właśnie ten kontrast - między wrażliwością tekstów a surową energią wykonania - definiuje dziś koncerty Jutesa.
Polska publiczność zrobiła na nim naprawdę ogromne wrażenie. W pewnym momencie powiedział: "Jesteście niesamowitą publicznością. Nie jesteśmy nawet w połowie, a to już jeden z moich ulubionych koncertów, jakie kiedykolwiek zagrałem". Trudno było nie uwierzyć, że mówił szczerze - publiczność nagradzała go bowiem dwuminutowymi brawami.
Wieczór miał też wyjątkowy charakter dla fanów śledzących jego twórczość na bieżąco. Jutes zaprezentował dwa zupełnie niewydane utwory - "Mannequin" i "Goodnight (Interlude)" - zdradzając przy okazji, że nowy album jest już ukończony.
Mocnym akcentem była osobista przemowa o jego drodze do sukcesu. Jutes opowiedział, że przez piętnaście lat wielokrotnie chciał zrezygnować z muzyki, aż w końcu stworzył album "Sleepyhead" jako swoje "ostatnie podejście". Jak sam przyznał - to właśnie ta płyta odmieniła jego życie.
"Za każdym razem, gdy trochę się wzniosłem, padałem na twarz. Chcę powiedzieć każdemu, kto od dawna próbuje coś zrobić i czuje, że nigdy się to nie uda: obiecuję, że mam 35 lat i wiem, że to się kiedyś wydarzy. Może to zająć dużo czasu, ale przysięgam na Boga, że jest to możliwe. Nie poddawaj się." - motywował ze sceny.
Równie intymnie zrobiło się przed "Butterflies", gdy opowiedział historię dotyczącą jego żony, Demi Lovato. Wspomniał o utworze "Ghost" z jej albumu "That's Not That Deep" i o idei miłości tak silnej, że trwa nawet po śmierci. Właśnie "Butterflies" miało być jego własną odpowiedzią na tę historię - próbą napisania czegoś równie czułego.
Nie zabrakło też jednego z największych fanowskich ulubieńców, "Limerence", które publiczność śpiewała praktycznie od pierwszego do ostatniego słowa - choć najdłuższe brawa naliczyłem przy "Vertigo" (wymagający wokalnie).
Jutes po koncercie przyznał dziennikarzowi naszej redakcji, że koniecznie musi wrócić do Polski w przyszłości. Supportem wieczoru była Ally Nichols.











