Reklama

Reklama

Jarocin Festiwal 2022: trzeci dzień. "Bal u Rafała"

Ostatni dzień festiwalu w Jarocinie to miks czegoś dla weteranów i czegoś dla młodych. Gdzie indziej można było wpaść na pomysł, żeby na jednej scenie postawić Kobranockę, Huntera i Ralpha Kaminskiego?

Ostatni dzień festiwalu w Jarocinie to miks czegoś dla weteranów i czegoś dla młodych. Gdzie indziej można było wpaść na pomysł, żeby na jednej scenie postawić Kobranockę, Huntera i Ralpha Kaminskiego?
Ralph Kaminski zaprezentował swój "Bal u Rafała" podczas festiwalu w Jarocinie /Ewelina Eris Wójcik /INTERIA.PL

Trzeci dzień koncertów otworzyła finalistka Rytmów Młodych - Kathia. 19-latka trafiła na Dużą Scenę za chłopaków z The Bullseyes. Rockowy duet zaraz po występie w jarocińskim amfiteatrze wsiadł w samochód i ruszył w trasę po Łotwie, więc swój zwycięski koncert oddał właśnie Kathii. Jest szansa, że zobaczymy ich w Jarocinie za rok, a zastępstwo naprawdę było godne!

Później klimat odwrócił się o 180 stopni i na scenie pojawiła się grupa naszego polskiego Slasha i Lindsey Stirling w męskim ciele, czyli Draka i Jelonka. Hunter. Zespół, który i w klubach, i na plenerach gra tak samo dobre koncerty. Pod koniec występu przekazali też słowa wsparcia dla Ukrainy. "Pamiętajcie, że oni cały czas walczą. Walczą też za nas" - powiedział Drak, po czym publiczność usłyszała "Kiedy umieram" w wersji ukraińskiej. "Nic nie tłumaczy morderstwa" wybrzmiało tutaj bardzo dosadnie.

Reklama

Po Hunterze znów trochę zwolniliśmy, by posłuchać Kaśki Sochackiej, która w ubiegłym roku wydała swój debiutancki album "Ciche dni" , a stacje radiowe podbiła piosenką "Wiśnia". Zresztą już po pierwszych dźwiękach cała publiczność zrobiła "ooo" i wspólnie z wokalistką odśpiewała "Podobno w Rzymie napadało gradu aż po kolana...".

Trzeciego dnia koncerty na Małej Scenie otworzył zespół Kaszel (nie, nie ten Kashell), zapowiadany jako "projekt mocno eksperymentalny". Na początku był wstęp z jakimiś... odgłosami lasu? Wstęp na tyle długi, że niektóre osoby z publiczności zrezygnowały z czekania, aż coś się wydarzy. A potem się okazało, że to nie był wstęp i tak nam upłynęło 25 minut. Słuchacze odeszli spod sceny z pełnym niezrozumieniem sytuacji. Ja zresztą też. Ale oceniać nie będę, bo to tak jak z ostatnią, mocno ambientową płytą Buriala - nie na moje kompetencje.

Na Małej Scenie wystąpiły tego dnia jeszcze trzy zespoły. Pleasure Trap, którzy zapowiedzieli, że to ich "przedostatni koncert ever". Szkoda. Pewnie gdyby to nie był Jarocin, to trochę podzieliliby publiczność słowami "Zapamiętajcie sobie ten numer", podając telefon na infolinię Aborcji Bez Granic. Nie jest to miejsce na dyskusję, czy słusznie, czy niesłusznie, ale przynajmniej w końcu ktoś tu wypowiedział jakieś zdecydowane zdanie.

Później pojawili się jeszcze Rat Kru (co to była za dyskoteka!) i punkowy CF98 ze świetnym żeńskim wokalem.

Wracając do głównej sceny - znów zwrot i przed publicznością, proszę państwa, Kobranocka. Przypomnieli swoją debiutancką płytę z 1987 roku o wdzięcznym tytule "Sztuka jest skarpetką kulawego", skąd pochodzą m.in. "List z pola boju", "Ela, czemu się nie wcielasz?", "Trzymaj ręce przy Irence", "Kaftanik bezpieczeństwa" czy cover "Kombinatu" Republiki. Oczywiście kultowych "I nikomu nie wolno się z tego śmiać""Kocham cię jak Irlandię" też podczas koncertu nie zabrakło. 

Najlepszy był w tym jednak saksofon. Albo raczej saksofonista -  Waldemar Zaborowski, który ostatnio na jarocińskiej scenie występował... w tym samym roku, w którym wydali debiut. Piękny powrót, poprosimy takich więcej.

Po Kobranocce rozpoczął się bal u Rafała. Prowadzący Edgar Hein nazwał Ralpha Kaminskiego, słusznie zresztą, "artystą, który przesuwa granice". Choć to zupełnie nie moja muzyka, to ten koncert naprawdę warto było zobaczyć. Był niespotykanie dopracowany, a Ralph nie tyle nie wychodził z roli, ile po prostu był bohaterem tego opowiadania. Teksty, choreografia, stylizacje, oprawa - wszystko się tu zgadzało. Bez zająknięcia mogę powiedzieć, że czegoś takiego w Polsce jeszcze nie było.

Na zakończenie festiwalu organizatorzy zaplanowali koncerty dwóch dużych nazw - Dżemu i Kultu. "Whisky", "Do kołyski""Lunatyków", a później "Baranka", "Gdy nie ma dzieci""Madryt" odśpiewała cała publiczność, ale jakże mogłoby być inaczej?

Jarocin wcale nie "skończył się na Kill'Em All", jak to pisano w komentarzach. Jarocin z założenia jest festiwalem młodej generacji, a muzyką młodych nie jest już punk rock, tylko właśnie Kaminski czy Mery Spolsky. Organizatorzy idą z duchem czasu, ale nie zapominają też o weteranach, dla których na scenie wystąpili Kobranocka czy Sztywny Pal Azji.

Pojawiły się też głosy, że "kiedyś Jarocin to była wolność, a teraz to komercja". Ale kiedyś odwagą było noszenie irokeza i ubrań z naszywkami, bo społeczeństwo tego nie akceptowało. Teraz odwagą jest na przykład to, co robi Ralph - bo teraz właśnie za bycie w taki sposób "innym" można dostać, nie milicyjną pałką przez plecy, tylko oszczerstwami od zazwyczaj anonimowych komentatorów. Kto więc obecnie bardziej pasuje do Jarocina - Kaminski czy punkowe kapele śpiewające o piciu wina na krawężniku?

Z drugiej strony młodych-rockowych przecież w Polsce mamy. Tylko że... nowych kapel większość nie chce słuchać. Wystarczy spojrzeć na frekwencję pod Małą i Dużą Sceną. Tacy The Stubs czy CF98 - czego im brakuje, żeby zagrać dla tysięcy ludzi? Wyłącznie znanej nazwy. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL