Reklama

Reklama

Jarocin Festiwal 2022: pierwszy dzień. "Każdy krok niesie pokój"

Równo o godzinie 15:00 burmistrz Jarocina, Adam Pawlicki, powiedział: "Koniec odpoczynku na polu namiotowym, życzę wam dobrej zabawy do późnych godzin niedzielnych". Tak oficjalnie rozpoczął się tegoroczny festiwal.

Równo o godzinie 15:00 burmistrz Jarocina, Adam Pawlicki, powiedział: "Koniec odpoczynku na polu namiotowym, życzę wam dobrej zabawy do późnych godzin niedzielnych". Tak oficjalnie rozpoczął się tegoroczny festiwal.
Artur Rojek na scenie w Jarocinie /Ewelina Wójcik /INTERIA.PL

Na start dostaliśmy krakowski The Poks, który w ubiegłym roku walczył w finale Jarocińskich Rytmów Młodych. No i nie wygrali, ale... po ogłoszeniu zwycięzcy (Ikarus Feel) i drugiego miejsca (Transgresja), burmistrz wziął mikrofon do ręki, na poczekaniu stworzył własną nagrodę w postaci wyróżnienia i sfinansowania nagrania piosenki w studiu i wręczył ją właśnie The Poks.

Każdego dnia jakiegokolwiek festiwalu myślę o tym, że trudno jest grać jako otwieracz - słońce grzeje, ludzie dopiero się schodzą albo zaczynają myśleć o wyjściu z namiotu i, nie wiem który raz to powtarzam, nikt nie bawi się, kiedy jest jasno. Niemniej "Space Flight", "Acid" czy "Charles Floyd" przyciągnęły kilka osób pod scenę.

Reklama

Potem był wspomniany Ikarus Feel. Muszę to wyznać - słuchanie indie rocka, jak oni czy Kumka Olik, jest moim guilty pleasure, nic nie poradzę. Niby te teksty zazwyczaj są o miłości, muzyka raczej nieporywająca do tańca, ale jest w tym jakaś taka pozytywna, młodzieńcza naiwność, nie? Poza tym "Domino""Tokyo" Spotify sam podrzuca w chillmixach! A "jestem jak domino o-o-o-u-ou" znała cała publiczność.

Czesław Śpiewa to moje festiwalowe odkrycie. Nie że całkiem odkrycie, bo wiem, że istnieje, płyty znam. Ale kto by się spodziewał, że koncert będzie taki dobry! Zaczęło się od "Dnia, w którym uśmiech znikł", potem jeszcze "Wesoły kapelusz", "Kiedy tatuś sypiał z mamą", "Głód", "Młynarzu miel", "Mam trzy latka" (ach, ten basik!), "Autorytet"... Przecież te teksty to majstersztyk.

Jeśli ktoś uważa Mozila tylko za Duńczyka, który śmiesznie mówi, albo Olafa z "Krainy Lodu", to proszę odpalić choćby najnowszą "#Ideologię". Ten koncert to teraz dla mnie coś, jak koncert Peszek na bieszczadzkim Zewie albo sanah w Tauronie - będę wszystkim mówić "Musisz to zobaczyć chociaż raz".

"Jeśli ktoś ma być game changerem w polskiej muzyce, to właśnie ona" - tymi słowami Edgar Hein zapowiedział koncert Brodki. A ja jakoś... nie kupuję tego. Nie mówię, że to było złe, bo nie było, albo że wolałam "Żoną miałam być" albo "Grandę". Ale nie przekonuje mnie ani muzyka, ani styl bycia, ani koncert nie zahipnotyzował mimo czarno-białej spirali wiszącej za plecami muzyków.

Równo z końcem koncertu Brodki wystartowała Mała Scena, a na niej zespół Lochy i Smoki. Później na tych samych deskach wystąpili jeszcze Hedone i Flapjack. Ci ostatni z tributem dla zmarłego w ubiegłym roku "Guzika" powinni jednak zagrać na głównej. Tak uważam.

"Nie ma nas, kiedy się nie buntujemy" - to tytuł piosenki i jednocześnie zapowiedź zespołu Włochaty. Okazja to była nie byle jaka, bo ta legenda polskiego punk rocka na jarocińskiej scenie świętowała 35-lecie. W końcu można było popogować, a dzieci mogły bawić się w berka dynamiczniej. No i można było pokrzyczeć "ku**a mać, punki grać" i inne takie tam niecenzuralne. Nie zabrakło "Uderzaj teraz", "Credo", "Miłości wystarczy, że jest" czy "Każdy krok niesie pokój".

Niestety Włochaty bez Paulussa jest dla mnie... nie powiem, że jak Budka Suflera z Jackiem Kawalcem, bo tak źle to nie jest. W zasadzie wszystko tu w porządku, Raga na wokalu wywija jak trzeba. Ale każdy w jakiejś sprawie jest radykalny, choćby chodziło o rodzynki w serniku. Ja jestem w twierdzeniu, że zespół bez wokalisty, który był jego twarzą, to nie ten sam zespół.  

Artur Rojek zaserwował głównie piosenki z "Kundla", choć na koniec usłyszeliśmy też "Syreny", "Peggy Brown" (w takiej mocnej wersji, że ojej!), "Długość dźwięku samotności" i "Beksę". Rojek ma w sobie coś niepokojąco przyciągającego. Miejscami śpiew przechodził w melorecytację, do tego dobrze znany z teledysku do "Bez końca" dziwny taniec. Ze wspomnianej "Beksy" zespół przeszedł w nieco psychodeliczny instrumental i... lecisz sobie, lecisz. Pod sceną kilka osób po tym otarło łzę z oka, naprawdę. 

Kolega pisał kiedyś pracę na temat transcendencji w muzyce na przykładzie Swan i, nie sądziłam, że kiedykolwiek w ogóle o tym pomyślę, ale Rojek w takiej formie, też by się do tego nadał. 

Przedostatni byli "Lipa" (Tomek Lipnicki) i jego zespół, czyli Illusion. I tu kolejne "lecie", tylko tym razem trzydziesto. Co tu dużo mówić - "Solą w oku", "Nóż" czy "Wojtek" pokazały, że panowie na scenie są niepokonani.

I na koniec zwycięzcy tegorocznej Eurowizji - Kalush Orchestra. Koncert tym bardziej symboliczny, że Ukraińcy wystąpili w miejscu, które od razu kojarzy się z wolnością. Kalush od początku, a po zobaczeniu koncertu na żywo jeszcze bardziej, kojarzą mi się z grupą Dubioza Kolektiv. Tyle się tam dzieje, że po prostu nie ustoisz. Najlepszy muzyczny komentarz do tego koncertu? "Wolisz pokój zamiast wojny - do sufitu skacz". 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL