Reklama

Reklama

Jarocin Festiwal 2022: drugi dzień. "Jesteśmy nieprzemakalni"

Drugi dzień festiwalu to chyba zawsze najlepszy dzień pod względem klimatu. Już wszyscy są rozruszani, ale nie myślą jeszcze o powrocie do domu. I teraz poskakać było do czego, choć pogoda nie rozpieszczała.

Drugi dzień festiwalu to chyba zawsze najlepszy dzień pod względem klimatu. Już wszyscy są rozruszani, ale nie myślą jeszcze o powrocie do domu. I teraz poskakać było do czego, choć pogoda nie rozpieszczała.
Sztywny Pal Azji na scenie w Jarocinie /Ewelina Wójcik /INTERIA.PL

Sobotnie koncerty rozpoczęła Hańba!. Punkowo-folkowy zespół, który pierwszy raz widziałam w 2013 roku na festiwalu Maniowy Ekipa Biba Party. Wtedy weszli na scenę w białych żonobijkach i spodniach w kancik, a cała publiczność (dobre 100 osób!) zrobiła: "Co to jest?". A teraz nikomu nie trzeba ich przedstawiać.

Po nich na scenie pojawiła się laureatka Jarocińskich Rytmów Młodych - Wrona. Pewnie w relacji z finału brzmiałam, jakbym się okrutnie jarała, no i dobrze, bo tak właśnie jest. Weronika wspomniała, że to jej pierwszy występ na takiej scenie, ale w ogóle nie było widać jakiejkolwiek tremy. Na backstage'u nazwali jej styl pink punkiem i tak, to dobre.

Reklama

Dr Misio zaczął od "Kiedy byliśmy młodzi" chyba z nostalgii za Jarocinami, kiedy jeszcze nie byli za starzy, by tańczyć pogo, pogo, pogo. Potem jeszcze trochę optymizmu o tym, jak znakomicie wszyscy rozp*******śmy sobie życie... Nie znam Jakubika osobiście, ale w byciu sfrustrowanym 50-latkiem wydaje się bardzo autentyczny. A poważnie, to niby śmieszne to "jestem za gruby na hipstera" albo "jestem dr misio i mr hui", ale jak się wsłuchać, to mądry z niego człowiek.

Przed kawałkiem "Pedagogika" ("Wojna podobno to najwyższa forma pedagogiki, a zabici to są uczniowie najpilniejsi") Jakubik na chwilę spoważniał i zwolnił. "Chciałbym, żebyśmy chwilę pomilczeli, myśląc o tych wszystkich ofiarach wojny w Ukrainie" - powiedział. Takie momenty podczas festiwali, kiedy wszyscy nagle cichną, bardziej zapadają w pamięć niż najlepszy koncert. Byliście choć raz pod sceną podczas Godziny W na Woodstocku?

Mery Spolsky grała już w Jarocinie - na Małej Scenie. Podobno myślała wtedy, że chciałaby tu wrócić i proszę, jak się bardzo chce, to można. Pogoda nie dopisywała, bo nad festiwal wrócił deszcz, ale to nie przeszkadzało w poskakaniu do "Trapowego opowiadania", "Królestwa Kobiet" (w oryginale z Kayah), "Bigotki" czy najnowszego singla "Cekinowa bomba".

Start Małej Sceny to koncert zespołu Ye.stem, czyli bandu złożonego z muzyków, znanych z punkowego dinozaura Post Regiment, i wokalisty grupy Dubska. Później wystąpił tam też duet-niespodzianka, czyli Spokój. To nowy twór Kuby Kawalca, który ostatnio mocno skręcał w stronę elektroniki, więc w końcu musiało do tego dojść! Debiut projektu bardzo udany. No i ten tekst "Wiezie mnie typek przez miasto, dam pięć gwiazdek, tylko niech nic nie mówi"... Unity of introverts.

Trzecim zespołem z Małej Sceny był The Stubs. Ostatnio narzekałam na Fertile Hump. Pisałam, że jednak wolę Stubsów. No i tak, zdecydowanie wolę. Zrobili taaaki ooogieeeń. Garażowy rock w najlepszym wydaniu.

Na głównej scenie po Mery zainstalował się Sztywny Pal Azji, który przypomniał doskonały album "Europa i Azja", czyli m.in. "Nic pewnego", "Spotkanie z...", "Twoja imitacja", "Rock'n'rollowy robak" i najpopularniejsze "Wieża radości, wieża samotności". A "nasze peleryny są pewne, jesteśmy nieprzemakalni" brzmi jak zaklęcie, kiedy nad festiwalem wiszą czarne chmury. Tak, wiem, o jakich "nieprzemakalnych" chodzi, ale nie psujcie mi żartu.

Na koniec usłyszeliśmy jeszcze "Nie zmienię świata". Chwilę wcześniej publiczność trochę pokrzyczała to, co w ostatnim czasie lubi krzyczeć najbardziej, na co Leszek Nowak odpowiedział prostym: "Niech świat wygląda tak, jak chcecie wy. Niech oni tego za was nie robią". Piękna to była podróż w czasie do 1986 roku, kiedy Sztywny Pal Azji wystąpił na Jarocinie po raz pierwszy. W końcu... "możemy wiele póki młodość w nas". Jest dobrze, jest dobrze, jest dobrze, jest dobrze.

Pidżama PornoKSU to zespoły, które koncertowo już chyba nie zaskoczą. Wiadomo, że zagrają dobrze, ale wiadomo też, co zagrają i w jaki sposób. Z nowości, to Grabaż zaprezentował dedykowaną Ukrainie piosenkę, która pojawi się na nadchodzącym albumie z okazji 35-lecia. Siczka natomiast znowu (przypominam, o co mi chodzi) rzucił ze sceny kilka określeń na panie lekkich obyczajów, ale co z tego... Gadać to wszyscy potrafią od dzieciaka.

Jako ostatni na scenie tego dnia pojawił się zespół IRA, który też świętuje 35. urodziny. Nasz recenzent określił ich mianem "zbuntowanych geriatrycznych", co wywołało bardzo duże poruszenie. Artur Gadowski kiedyś powiedział, że IRA zawsze była undergroundem. A mi bunt, underground i IRA się jakoś nie kleją w jednym zdaniu. Nie umniejszam, bo wiadomo, że "Ona jest ze snu" czy "Nadzieję" każdy zanuci. Ale jeśli miałabym umiejscowić IRĘ na mapie, to jednak bliżej Sopotu niż Jarocina. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL