Inside Seaside: Koncert zespołu Ścianka. "Właściwie na co czekamy?" [RELACJA]
Podczas inauguracji festiwalu Inside Seaside w Gdańsku wystąpiła legenda alternatywy - Ścianka. Koncert zapowiadał się znakomicie: pełna sala, orkiestra i rosnące oczekiwania. Jednak mimo intrygującego początku wielu fanów mogło poczuć niedosyt.

To był bardzo dobry pomysł na koncert. Bo w jakim miejscu jeśli nie w Trójmieście? Gdzie jeśli nie na festiwalu takim, jak Inside Seaside? Przyszły tłumy, była orkiestra i spore oczekiwania. Początek był intrygujący, bo jeśli chodzi o budowanie napięcia Maciej Cieślak jest świetny, a w ambientowe wstawki nie ma sobie równych. Można było się więc wciągnąć i czekać na któryś z kultowych kawałków Ścianki.
Problem w tym, że to czekanie do niczego nie prowadziło. Cieślak ma jakiś problem z repertuarem zespołu pod szyldem którego koncertuje. I taki był ten występ: ciekawy, ale niewiele mający wspólnego ze Ścianką. Przynajmniej tą Ścianką, która namieszała kiedyś na polskiej scenie muzycznej.
Debiut i złote lata Ścianki
Debiut zespołu był jedną z najbardziej frapujących rzeczy, jakie dała nam polska muzyka w latach 90. W "Statku kosmicznym" wszystko było świeże i dziwne: brzmienie, okładka nawet tytuły utworów. Całość trudno było jednoznacznie zaklasyfikować: zespół eksperymentował ze stylami, gatunkami i mieszał je wszystkie w unikalny sposób. To było coś osobnego i intrygującego.
Dwie nastepne płyty nie zawodziły. Grupa manifestowała na nich swoją niezależność, uciekała od sprawdzonych rozwiązań, ale cały czas dostarczała piękne brzmienia i niesamowite piosenki. "Dni wiatru" to był niepokojący, eksperymentalny ambient, a "Białe wakacje" hipnotyczna podróż przez bardziej stonowane brzmienia. Obydwa albumy należały do tych o których się dyskutowało, a potem wracało, by odkryć coś nowego.
Potem, wraz z odejściem Jacka Lachowicza coś się zacięło. "Pan planeta" to nie była zła płyta, ale też szybko wszyscy o niej zapomnieli. Projekt zaczął iść w dziwną stronę: na koncertach Cieślak grał covery czy nieznane nikomu kawałki. Trochę jakby chciał stworzyć zespół na nowo, ale zabrakło mu determinacji. Ta Ścianka 2.0 miała być bardziej jazzowa i eksperymentująca z klasyką. Jednak nic ciekawego nigdy z tego nie wyszło.
Koncert Ścianki na festiwalu Inside Seaside
Koncert w Gdańsku brzmiał, jak płyta którą mogła nagrać Ścianka, ale nigdy tego nie zrobiła. Orkiestra była świetnym wsparciem dla pomysłów Cieślaka. To dzięki niej ambientowe loty zespołu brzmiały tak dobrze. Gitarowe popisy lidera współgrały z przestrzenią zbudowaną przez orkiestrę.
Nieco gorzej robiło się wtedy, gdy Cieślak zaczynał śpiewać. Zespół grał tak jakby stopniował napięcie. Trochę jak gdyby pierwsza część koncertu była jakimś intrem albo próbą zapowiedzi czegoś naprawdę wielkiego. W połowie koncertu pojawiło się więc pytanie: właściwie na co czekamy? Odpowiedź wydawała się dość oczywista: na klasyczne utwory zespołu.
Problem w tym, że tych Cieślak nie chciał ich zagrać. Nie było więc "Białych wakacji" czy "Harfy traw". Wygladało to tak, że na scenie mieliśmy ludzi, którzy chcieli się odciąć od starej Ścianki, a pod sceną tych, którzy chcieli jej posłuchać. Napięcie było słychać między kawałkami, gdy publiczność domagała się "Czerwonych kozaków" czy "Skutera". Cieślak pozostał niewzruszony.
To nie był zły koncert. Zwłaszcza w swoich transowych momentach. Zasadniczy jego problem polegał na tym, że niewiele miał wspólnego ze Ścianką i jej repertuarem. Gdyby to był solowy koncert Cieślaka, to można było uznać, że mieliśmy do czynienia z ciekawym występem. No ale miał to być koncert Ścianki. Dzięki orkiestrze ich klasyki mogły zostać odświeżone, a tak pozostał niedosyt i poczucie pewnego oszustwa. Na solowy koncert Cieślaka nie ściągnęłyby takie tłumy, ale byłoby trochę uczciwiej.





![Grzegorz Turnau „Szósta godzina”: Z czułością [RECENZJA]](https://i.iplsc.com/000LG3CG42WHOYS4-C401.webp)



