Inside Seaside 2025: którędy można wyznać bookerowi miłość? [RELACJA]
Pewnie już to mówiłam, ale lubię Inside Seaside za to, że co listopad przychodzi z pomocą biednym dziennikarzom odstawionym brutalnie od letnich festiwali. Niech ktoś jeszcze tylko zrobi jakiś festiwal zimą! No, a po drugie line-up tam to też jest zawsze taki sztos, że mam ochotę oświadczyć się komuś, kto za to odpowiada. Odezwij się, jeśli to czytasz.

Pamiętam, jak pisałam przy warszawskim koncercie The Real McKenzies, że biednemu dziennikarzu to zawsze wiatr w oczy, niedziałające słuchawki i opóźnione pociągi. Ale to było dwa lata temu, człowiek jeszcze młody był i głupi, i niewiele o życiu wiedział. Spóźnienie o godzinę i cztery kilometry biegu przez śnieg? Phi, przebijam!
Do pociągu do Gdańska wsiadłam o 9:40, wysiadłam lekko przed 21, a dodatkowe pięć godzin spędziłam stojąc w polu, na peronie w Nasielsku, zawiązując przyjaźnie na korytarzu Pendolino i zastanawiając się, po ilu godzinach bez jedzenia człowiek umiera, a po ilu bycia zamkniętym wariuje. Trudno mi będzie więc napisać coś o pierwszym dniu festiwalu, bo zaczęłam zabawę od za dwie godziny północ. Ale za to jak! Udało mi się trafić na Altin Gun, czyli rocka z tureckimi wpływami. Kocham łączenie folku z innymi gatunkami, przy czym zawsze słowo "folk" odpala w głowie te nasze piękne kwieciste wzory i słowiańskie zaśpiewy. A tu proszę, anatolijski rock. Będę ciepło wspominać.
Inside Seaside z przygodami. "Phi, przebijam!"
Ostatnim koncertem na Gdańsk Stage byli Royel Otis, którzy ludzi pod sceną zebrali naprawdę dużo, muzycznie też nie ma się do czego przyczepić. Mnie akurat trochę znudziło, ale to już kwestia gustu, nie wykonania. Jeśli ktoś lubi, to na pewno się nie zawiódł. Następnie odkrycie Inside nr 1, czyli Zimmer90. Jakim sposobem wcześniej ich nie znałam, nie wiem, ale może to dobrze, bo to naprawdę fajne uczucie tak sobie pójść pod scenę i miło się zaskoczyć. Przyjemne synthpopowe granie. I na koniec Kosmonauci, których zawsze chwalę, jak tylko mam okazję być na koncercie, ale co zrobić, skoro tam nie ma na co ponarzekać? Zróbcie hałas dla młodego polskiego jaaaazzuuuuu!
Wcześniej natomiast, kiedy ja stałam gdzieś tam w polu, wolni i szczęśliwi ludzie mogli pójść, na przykład, na zespół Metro, co każdemu gorąco polecam, na Ofelię, Pink Freud (też polecanko!), Fisz Emade Tworzywo (to również!), Marcina Maseckiego, Lianę Flores i Sigrid. Dzięki Altin Gun ominęła mnie też Ścianka, ale podobno nie mam za czym płakać (tu sobie przeczytajcie).
Drugi dzień rozpoczęłam już prawilnie. Co prawda nie zdążyłam na Yanę, za co już się sama okrzyczałam, zdążyłam za to (w końcu!) na Cinnamon Gum, których płyty koniecznie musicie posłuchać, jeśli jeszcze jej nie znacie. Koncertowo równie piękne, a wszystkie retro dusze poczują się w końcu u siebie. Nie zostałam do końca, bo na drugą scenę wołał duet Matylda/Łukasiewicz. A tam musiałam iść, choćby po to, żeby usłyszeć na żywo "Trzymaj moją głowę nad wodą". Ten duet to jest pewniak koncertowy, który nigdy się nie nudzi. Zdradzili też, że ten występ to część żegnania się z płytą "Matka", która podobno niedługo doczeka się następcy. I ja mocno czekam, bo takie choćby "Rozpłynąłeś mi się w myślach, cały ty, cały ty" bardzo już chciałabym zapętlać na słuchawkach. Nie pośpieszam, tak tylko mówię, że my tu czekamy!
Następnie przejście na drugą scenę, gdzie śpiewała Natalia Przybysz. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, ale okazało się, że jej "To był dobry dzień, dziękuję" to były prorocze słowa. Okazało się szybko, bo chwilę później zakochałam się po raz pierwszy tego wieczoru. W Baxterze Durym. Trochę przypomniał mi się występ Sleaford Mods z poprzedniej edycji, kolega João stwierdził natomiast, że "jak Nick Cave, który gdzieś po drodze odkrył elektronikę". Zdecydowana moja topka tegorocznych koncertów. Chciałabym jeszcze raz!
W ogóle po tym koncercie to już był taki maraton dobra… Bo później szybko trzeba było przebiec na The Kills i chociaż muzycznie mnie akurat to jakoś nie porywa (kwestia gustu ponownie), to koncert był taki do wspominania. Alison Mosshart ma taką charyzmę, że by spokojnie obdzieliła połowę kobiecej sceny. W międzyczasie na scenie obok zaczął się dwugodzinny koncert zespołu, którego nazwy nikt nigdy nie wypowiedział do końca, czyli King Gizzard & The Lizard Wizard. W dodatku tym razem w towarzystwie Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Bałtyckiej. No ludzie kochani, róbcie takie projekty częściej. Nie był to dla mnie najlepszy koncert festiwalu, chociaż zakładam, że dla niejednej osoby mógł taki być. Przy okazji był chyba najliczniejszy. Choć może podobny tłum przyszedł na Franza Ferdinanda, na którego spóźnieni musieli stać w kolejce do wejścia na salę.
No i właśnie, taki to był piękny maraton, który mógł wspaniale zakończyć Franz Ferdinand. Tymczasem wolał wybrać taką piękną katastrofę. Obudził się i wybrał przemoc, jak to mówią. A poważnie, bardzo lubię ich płyty, relacje natomiast zaczęły nam się psuć po występie na madryckim Mad Coolu. Teraz dałam drugą szansę, bo wiadomo, może mieli słabszy dzień, bywa i tak. Tym razem było lepiej, ale utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że jednak zostanę przy płytach. Smutno, ale czasem trzeba odpuścić coś, co sprawia ci ból.
Szybko pocieszyło mnie natomiast odkrycie numer któryśtam, czyli post-punkowy Deadletter. Organizatorzy pisali o nich: "Debiutanckie wydawnictwa, jak EP-ka Heat! (2022), pokazały, że mamy do czynienia z jednym z najbardziej ekscytujących zespołów nowej fali post-punku". Jestem sceptyczna, kiedy czytam takie słowa, bo zazwyczaj się okazuje, że kogoś tu poniosło. Ale nie tym razem. Nie wiem nawet, czy bardziej chodziło mi o muzykę, czy o energię, czy o hipnotyzującego wokalistę - Zaca Lawrence'a - który miał w sobie też coś przypominającego Iana Curtisa. Za takie koncerty wysyłam bookerowi Inside Seaside moją miłość.
Co roku w sumie mówię to samo. Że fajnie, że w listopadzie, trochę dziwnie i niewygodnie jest przepychać się wąskim korytarzem w takim tłumie ludzi, ale i tak koniec końców zawsze najbardziej pamiętam, że line-up był przewspaniały i że odkryłam jakiś zespół, który został ze mną już na zawsze. No i jak co roku wiem już, że za rok też wrócę. Pamiętam, że przy pierwszej edycji Inside Seaside wszedł w branżę na pełnej i do teraz ani trochę nie zwolnił.













![Wikukaracza (Łąki Łan): Łąki Łan to akty radości [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000IZRUCEKPSX9IS-C401.webp)