Pierwszy dźwięk "Dragostea Din Tei", charakterystyczny początek "Kylie" czy "Danza Kuduro" i nagle okazuje się, że pamięć muzyczna działa znacznie lepiej niż pamięć do haseł, dat czy numerów telefonów. Organizatorzy zaprosili do Warszawy artystów, którzy w pierwszej dekadzie XXI wieku byli stałymi bywalcami radiowych playlist, dyskotek, domówek i wakacyjnych wyjazdów.
Festiwal otworzył Gromee, który oprócz swojego występu pojawiał się również między koncertami z krótkimi, około 10-15-minutowymi DJ-setami. Był więc nie tylko jednym z wykonawców, ale również czymś w rodzaju muzycznego spoiwa całego wieczoru. Później zrobiło się bardziej międzynarodowo. Na scenę wszedł Lucenzo. "Danza Kuduro" z "Szybcy i wściekli 5" momentalnie zmieniła Letnią Scenę Progresji w wielki, wakacyjny parkiet. Miał w sobie coś z klimatu amerykańskiego Floridy. Lucenzo podobnie co chwilę mobilizował publiczność okrzykami "Make some nooooise!".
Zobacz również:
Potem pojawił się kolejny prawdziwy teleport do przeszłości. Akcent zaczął śpiewać o dziewczynie o wdzięcznym imieniu "Kylie". Piosenka powstała w 2005 roku - wtedy, kiedy chociażby w polskiej polityce powołany został rząd Kazimierza Marcinkiewicza, na YouTube pojawił się pierwszy film "Me at the zoo", a telefony komórkowe były pancerne. Mimo wszystko, kiedy zabrzmiało "Kylie", okazało się, że dla publiczności ta piosenka wcale się nie zestarzała. W repertuarze pojawiły się także "King of Disco", "French Kiss", "Toca Toca" z repertuaru Fly Project czy "Stereo Love" Edwarda Mayi i Viki Jiguliny. Wokalista Akcentu sam zauważył, jak absurdalnie szybko minęły dwie dekady.
- Wow, ponad 20 lat minęło od "Kylie". Macie już dzieci? Jesteście żonaci/ mężatkami? - żartował ze sceny.
Wspominał również swój pierwszy przyjazd do Polski. Z tamtego okresu zapamiętał między innymi językową lekcję, której najwyraźniej nigdy nie zapomniał: "Idziemy do hotelu?". Miał też inne wspomnienie. Usłyszał wtedy piosenkę "Jak anioła głos" zespołu Feel i postanowił przypomnieć ją warszawskiej publiczności. Nie zaśpiewał jej jednak sam - poprosił tłum, żeby pomógł mu z refrenem. Adrian Sînă świetnie się ruszał w fioletowej marynarce, a po reakcji publiczności nie miał wątpliwości, że rumuńska muzyka nadal ma w Polsce wyjątkowe miejsce.
- Widzę, że to kochacie. To niesamowite, jak rumuńska muzyka z wami rezonuje - mówił.
Nie tylko rumuńska, bo potem na scenie stanęli chłopaki z Mołdawii - O-Zone. Stworzyli oni jeden z największych europejskich fenomenów muzycznych początku XXI wieku, a refren "ma-ia-hii, ma-ia-huu" znały miliony osób. Było też "Despre Tine", a potem jeszcze numery-covery, które przenosiły festiwal jeszcze głębiej w klimat dawnych dyskotek: "Pump It Up" Danzela, "I Gotta Feeling" Black Eyed Peas, "Infinity" Guru Josh Project czy "Ai Se Eu Te Pego" Michela Teló. Choć nie był to oryginalny skład, to widocznie nie przeszkodziło to publiczności. Oryginalne trio tworzyli Dan Bălan, Radu Sîrbu i Arsenie Todiraș. W obecnej formule występuje Arsenie, któremu towarzyszą nowi członkowie scenicznego składu i którzy na koniec powiedzieli: "Hope see you next year!".
Największe zaskoczenie przyszło jednak na końcu. Morandi zrobiło coś, czego inni bali się zrobić. Na papierze można było spodziewać się kolejnego zestawu: "Angles", "Save Me", "Colors", wspomnienia dawnych czasów i zejście ze sceny. Tymczasem rumuński duet poszedł trochę pod prąd. Oczywiście największe hity się pojawiły, ale zostały podane w nowych wersjach. Było więcej bębnów, nowych rytmów, innych kolorów i poczucie, że Morandi przyjechało do Warszawy po coś więcej. To szczególnie ciekawe, bo z całego line-upu właśnie Morandi najmocniej pokazało, że można mieć ogromny sentyment do przeszłości i jednocześnie nie być jej zakładnikiem. W czerwcu 2026 roku zespół wydał nowy singiel "Miss Cali (Hallelujah)" - łączący pop, dance i bardziej współczesne, elektroniczne brzmienia. Na bis zabrzmiało oczywiście "Angels", a ze sceny padło przesłanie: "Nie zapominajcie o miłości, tolerancji, przebaczeniu".
I tym razem nostalgia dostała trochę poważniejszy finał. Całość prowadził Filip Chajzer, który na koniec potwierdził ze sceny, że za rok publiczność ma spotkać się w tym samym miejscu.














