19 sierpnia Gojira zawitała do Krakowa. Francuska ekipa w naprawdę wyjątkowy sposób rozwinęła swoją karierę. Ostatni raz miałem przyjemność oglądać ich w krakowskim Kwadracie w 2016 roku, później, mimo wielokrotnych odwiedzin, było mi z nimi wyjątkowo nie po drodze. Zdawałem sobie oczywiście sprawę z tego, jak bardzo rozwinęli swoją karierę na przestrzeni ostatniej dekady, jednak informacja o koncercie w Tauron Arenie wciąż mnie zaskoczyła. Zespół znajduje się w nieco dziwnym miejscu jeśli chodzi o popularność. Okazało się, że stadion w Krakowie był na nich troszeczkę za duży, patrząc po wielu wolnych miejscach na trybunach (płyta za to pękała w szwach), ale każde inne miejsce byłoby z kolei za małe. Zanim jednak o ich występie, porozmawiajmy o Slayerze 2.0. czyli koncercie Kerry'ego Kinga.
Z solowym projektem legendarnego gitarzysty Slayera również miałem przyjemność się już zmierzyć przy okazji zeszłorocznego Mystic Festivalu. Muszę przyznać, że w Krakowie wypadł o niebo lepiej. Działało tu wszystko od nagłośnienia, przez świetne solówki i oprawę wizualną. King postawił na znane nam strzelające ognie oraz światła tworzące jego logo z wyraźnie zaznaczonymi odwróconymi krzyżami.
Muzycznie również nie mam się do czego przyczepić, bo King z Paulem Bostaphem na perkusji, Kylem Sandersem na basie, Philem Demmelem na gitarze i Markiem Oseguedą (który swoją drogą wypadł chyba najlepiej z całej ekipy) na wokalach, zrobili w Tauron Arenie prawdziwą rozróbę. Circle pit za circle pitem, fani skakali, jakby miało nie być jutra. W pewnym momencie ze sceny padło "pokażcie swoje obrzydzenie stanem politycznym tej planety", a publiczność hucznie odpowiedziała, wpadając w dziki szał moshpitów. Usłyszeć mogliśmy dziewięć z trzynastu numerów z solowej płyty Kinga "From Hell I Rise", m.in. "Toxic", "Idle Hands" czy "Residue". Nikogo nie dziwi chyba fakt, że największy entuzjazm wywołały jednak numery Slayera takie jak "Repentless", "Disciple", "Raining Blood" oraz "Black Magic". Mimo ich kultowości, solowy materiał gitarzysty nie odbiegał wcale jakością i zrobił na mnie naprawdę ogromne, pozytywne wrażenie.
Gojira w krakowskiej Tauron Arenie
Francuzi na scenę wjechali z prawdziwą petardą, jaką jest "Only Pain". Im również towarzyszył ogień oraz strasznie, strasznie jasne światła stroboskopowe, które razem tworzyły wyjątkowo oślepiającą mieszankę, męczącą oczy w zasadzie do samego końca. Zespół po pierwszym numerze kontynuował ostrą jazdę z "The Axe", "Backbone" i "Stranded". Nie mogłem się nadziwić, jak pięknie na ich muzykę reagowała krakowska publiczność. Rok po roku budowali swoją pozycję, stając się jednym z najważniejszych zespołów współczesnej sceny metalowej i wyraźnie było to widać tego wieczoru.
Przy "Flying Whales" standardowo zobaczyć mogliśmy "latające" między fanami dmuchane delfiny i orki. Przy drugiej części utworu doświadczyliśmy chyba największego moshpitu tego wieczoru. Zespół skutecznie utrzymywał entuzjazm fanów. Przed "From The Sky", perkusista Mario Duplantier upewniał się za pomocą banerów z polskimi napisami, czy fani gotowi są na "więcej podwójnej stopy". Wydawałoby się, że już zaraz zaczną grać, wtedy na scenie pojawił się wyjątkowy gość. Rolę gitarzysty we wspomnianym kawałku przejęła legenda polskiego metalu - znany dobrze z Decapitated, Wacław "Vogg" Kiełtyka, budząc wielkie zaskoczenie wśród publiczności.
Nie zabrakło również olimpijskiego przeboju "Mea culpa (Ah! Ça ira!)", który wybrzmiał naprawdę niesamowicie. Najsłabiej w moim odczuciu wypadły numery z ostatniego krążka "Fortitude", którym przy starszych kompozycjach brakowało nieco energii. Na domknięcie dostaliśmy piękne "L'enfant sauvage", "The Gift of Guilt" oraz zadedykowany zmarłemu niedawno Ozzy'emu Osbourne'owi cover utworu Black Sabbath "Under the Sun". Zabrakło mi jedynie kilku kawałków z "The Way of All Flesh", które pięknie dopełniłyby cały koncert. Wychodząc, zastanawiałem się, ile jeszcze ten zespół będzie w stanie nam zaoferować, bo to, że grają jak wielkie gwiazdy, oferują bardzo dopracowany show i ładną oprawę graficzną, wiadomo od dawna. Jeżeli uda im się utrzymać tendencję wzrostową, być może za kilka lat oglądać ich będziemy na Narodowym!



















