GoGo Penguin w Gdańsku. "Kilka razy zaszkliły się oczy" [RELACJA]
Stary Maneż w Gdańsku od lat przyciąga artystów z Polski i zagranicy - i nie raz już to miejsce przewijało się w moich relacjach. Trudno się dziwić, dobrze mieć w okolicy taką koncertową perełkę. Tym razem na scenie pojawiło się GoGo Penguin, trio z Manchesteru, które z powodzeniem wymyka się schematom. Choć koncert nie został w całości wyprzedany, publiczność dopisała, a atmosfera od początku była bardzo gęsta.

Wieczór otworzył Daudi Matsiko - gitarzysta i songwriter, prywatnie związany z zespołem. Jego występ był maksymalnie oszczędny: klasyczna gitara, proste, rytmiczne melodie i głos. Bez zbędnych dodatków, bez rozbudowanej aranżacji - za to z dużą dawką szczerości.
Matsiko szybko złapał kontakt z publicznością. Był w tym lekko nieśmiały, ale jednocześnie bardzo naturalny. Między utworami dzielił się fragmentami swojego życia, w tym opowieścią o zmaganiach z chorobą dwubiegunową.
Ten kontekst wyraźnie zmieniał odbiór jego muzyki - nie ukrywam, że podczas jego występu kilka razy zaszkliły mi się oczy.
Nie zabrakło też lżejszych momentów. Artysta wrzucał anegdoty, żartował, a w pewnym momencie całkowicie przejął kontrolę nad salą. Na jego prośbę publiczność zaczęła harmonizować fragment utworu - i nagle cały Maneż wybrzmiał mocnym, zsynchronizowanym "F... OFF". Trudno o bardziej nieoczywisty, a jednocześnie zapadający w pamięć moment supportu.
GoGo Penguin - precyzja bez zbędnych ozdobników
GoGo Penguin pojawili się na scenie bez większych zapowiedzi i od razu przeszli do sedna. Chris Illingworth, Nick Blacka i Jon Scott pokazali, że ich siła tkwi w detalach i zgraniu. Na żywo ich muzyka wybrzmiewa pełniej - bardziej fizycznie, bardziej intensywnie.
Zespół promował materiał z "Necessary Fictions", ale sięgnął też po starsze kompozycje, w tym przepiękne "Hopopono". Kluczowe było to, że każdy z muzyków miał tu swoją przestrzeń - Nie było tu podziału na lidera i sekcję - wszyscy grali na równych prawach, tworząc spójną i dynamiczną całość.
To muzyka, którą najłatwiej określić jako hipnotyczną. Z jednej strony bardzo precyzyjna rytmicznie, z drugiej - zaskakująco lekka w odbiorze. Fortepianowe motywy nadawały jej świeżości, a całość, mimo swojej złożoności, pozostawała przystępna.
Drobne niedociągnięcia, które nie zmieniają całości
Nie obyło się jednak bez technicznych zastrzeżeń. Momentami nagłośnienie nie było idealne - szczególnie kontrabas bywał zbyt cicho osadzony w miksie, przez co tracił na wyrazistości. To jednak detale, które nie wpływały znacząco na odbiór koncertu jako całości.
Zwłaszcza że w przypadku GoGo Penguin ważniejsza jest atmosfera i to, co dzieje się "między dźwiękami". Brak wokalu sprawia, że ich muzyka zostawia dużą przestrzeń na własne interpretacje. Sami muzycy w wywiadzie dla Interii zwrócili uwagę, że te same utwory towarzyszą słuchaczom w zupełnie różnych momentach życia - od wesela po pogrzeb.
Finał z mocnym akcentem
Na bis na scenę wrócił Daudi Matsiko. Wspólnie z zespołem wykonali "Forgive the Damages" - i był to wyraźny kontrast wobec jego wcześniejszego, solowego występu. Tym razem jego głos został osadzony w pełnej, rozbudowanej aranżacji trio.
GoGo Penguin zagrają w Polsce jeszcze dwa koncerty: 25 kwietnia w warszawskiej Progresji i 26 kwietnia w Zaklętych Rewirach we Wrocławiu. Dla tych, którzy nie dotarli do Gdańska - to wciąż dobra okazja, żeby nadrobić.










