Flo Rida "Club Can't Handle Europe Tour": Make some noooise! [RELACJA]
Flo Rida przyjechał do Warszawy dokładnie po to, czego można było się po nim spodziewać - zrobić wielką, głośną i totalnie bezpretensjonalną imprezę. Bez zbędnych przemówień, bez ckliwych momentów i udawanej intymności. Tego wieczoru na Letniej Scenie Progresji liczyło się tylko jedno: dobra zabawa.

Na scenę wszedł poprzedzony dynamicznym układem tancerek i właściwie od pierwszego "Put your hands up!" publiczność oszalała. Szampan lał się ze sceny, w powietrze poleciały dolary, a Flo Rida po każdym utworze nakręcał tłum swoim charakterystycznym: "Make some noooise!". Warszawa reagowała natychmiast.
Set oparty był praktycznie wyłącznie na największych hitach rapera. Nie zabrakło więc takich numerów jak "Good Feeling", "Right Round", "Whistle", "My House", "Club Can't Handle Me", "GDFR" czy "Where Them Girls At".
Przy tym ostatnim artysta rzucał w stronę widowni czerwone róże, a podczas "Birthday" zaprosił na scenę dziewczyny z publiczności, które z dumą wykrzykiwały tekst do mikrofonu, jakby od lat były częścią jego ekipy. Flo Rida bardzo chętnie i często angażował fanów - podobnie było przy "Whistle", kiedy na scenę trafiła dziewczyna obchodząca tego dnia urodziny. Wiktoria dostała nawet szansę "zagrania" fragmentu utworu na konsoli DJ-skiej, a cała Progresja najpierw trzykrotnie zakrzyczała z inicjatywy rapera "Happy Birthday Wiktoria!", by chwilę później spontanicznie przejść w gromkie, polskie "Sto lat!".
Z kolei podczas "GDFR" na scenę weszli chłopacy z widowni i razem z Flo Ridą kompletnie rozhulali scenę, zamieniając koncert w coś pomiędzy klubową imprezą a domówką na sterydach.
Trzeba też uczciwie przyznać, że nie wszystko wokalnie było perfekcyjne. Przy bardziej melodyjnych fragmentach - szczególnie na początku "Club Can't Handle Me" czy "Cake" - artysta momentami lekko uciekał od tonacji. Tyle że w przypadku koncertu opartego na imprezowej energii i nieustannej interakcji z publicznością miało to naprawdę marginalne znaczenie. Ani ja, ani - mam wrażenie - nikt z obecnych nie przyszedł tam dla studyjnej perfekcji. Liczył się klimat - a ten Flo Rida kontroluje doskonale. Między utworami praktycznie cały czas mówił do publiczności krótkimi, prostymi hasłami:
- "Jeśli przyszliście dziś na imprezę, dajcie mi usłyszeć wasze krzyki!"
- "Przyszliśmy tu dziś wieczorem, żeby tworzyć historię!"
- "Co się dzieje w Warszawie, zostaje w Warszawie".
I dokładnie taka była atmosfera tego koncertu - trochę jak szalona noc w klubie z lat 2010., tylko w skali kilku tysięcy ludzi.
Zobacz również:
Jedynym realnym minusem wieczoru był sposób konstruowania setlisty. Choć być może było to po prostu jedyne sensowne rozwiązanie. Chodzi o to, że większość numerów została mocno skrócona - często do jednej zwrotki i refrenu. Z jednej strony można było czuć niedosyt, bo przecież trudno nie chcieć słuchać takich hitów dłużej. Z drugiej jednak dzięki temu przez niemal dwie godziny udało się upchnąć imponującą liczbę przebojów. Najpełniej wybrzmiały chyba "Good Feeling" i "Right Round", które dostały najwięcej przestrzeni i rzeczywiście pozwoliły publiczności zanurzyć się w tym nostalgicznym, imprezowym klimacie.
Na koniec Flo Rida zrobił coś bardzo "gwiazdorskiego", ale też idealnie pasującego do charakteru całego występu. Wytarł pot ręcznikiem, podpisał go i rzucił w tłum - jak ktoś, kto naprawdę zostawił na scenie całą swoją energię. Artysta przyjechał do Polski po roku, by przypomnieć wszystkim, jak wyglądały największe klubowe bangery ostatnich kilkunastu lat. I publiczność kupiła to bez najmniejszego problemu.








