Na Placu Marka już o godzinie 17:00 zrobił się tłok. Rzadko kiedy tylu uczestników widuje się na pierwszych koncertach festiwali, ale publiczność z Poznania jak zwykle nie zawiodła. Wszyscy zabrali ze sobą parasole oraz płaszcze i popędzili pod scenę główną, którą otwierał Maks Tachasiuk. Wokaliście przypadło właśnie to miejsce w harmonogramie z okazji zwycięstwa w konkursie Next Festa, w którym nagrodą był występ na dużej scenie Letnich Brzmień.
Ja, gdy tylko zobaczyłam line-up, od początku wiedziałam, że będzie to mój osobisty headliner tego dnia. Maks na dużej scenie to doświadczenie zupełnie inne niż zazwyczaj. Choć wydaje się, że artystę przyzwyczajonego do mniejszych klubów czy plenerów taki ogrom powinien zjeść - to nie tutaj. Świetnie poradził sobie z przestrzenią i porą dnia, a w tłumie nie było osoby, która by się nie kołysała. W secie nie zabrakło "To nie mój dzień", "Soft Spot" oraz hitów "Psy", "Firdygałki" czy "Bez". Była też moja ukochana "Czerwień" i poruszające "Wieje", którego potencjał został wykorzystany w 100 procentach dzięki Arturowi Bobakowi, grającemu w zespole głównie na klawiszach, ale przy właśnie tym utworze sięgającemu po trąbkę.
Z racji tego, że na terenie Letnich Brzmień zaczynało trochę wiać, to przy tym kawałku musiał paść też suchar sytuacyjny. Muszę wspomnieć jeszcze o świetnym nagłośnieniu, które uwydatniło wokal, a jednocześnie sprawiło, że każdy dźwięk perkusji, gitar czy klawiszy był doskonale słyszany. Doświadczenie koncertowe - 10/10 i niezmiennie życzę Maksowi coraz większych scen.
Kolejny występ, jaki zobaczyłam w ramach poznańskich Letnich Brzmień, należał do wokalisty, z którym przez lata miałam okazję widzieć się nie raz. Nie ma tu więc mowy o zaskoczeniach (oczywiście do czasu kolejnego wcielenia), a raczej z każdym następnym koncertowym spotkaniem po prostu utwierdzam się w przekonaniu, że to artysta przez duże "A". Mowa o Ralphie Kaminskim, który przejął Main Stage ze swoim projektem "Góra" oraz kilkoma wspominkowymi utworami i znów pokazał, że doskonale wie, co robi na scenie. Nieustający wiatr sprawił, że artysta zmuszony był zrezygnować ze swojej zwyczajowej scenografii - kartonowej, wielkiej tęczy, rozstawionej z tyłu sceny. Zamiast tego widzów przywitała wirtualna wersja rekwizytu, wyświetlona na telebimach. Wokalista, wraz z My Best Band In The World, wkroczył na scenę w rytm "Pocałunków w deszczu", a następnie wykonał słynną już "Górę". Emocjonalną część występu dopełniły m.in. utwory "Szafa Romana", "Ania" i mój ulubiony, podniosły "List z wielkiego miasta".
Artysta sięgnął też po szlagier sprzed lat - "Zawsze" - przy którym wręcz trzeba potupać nogą, nawet jeśli tekst wskazywałby coś zupełnie innego. Przy okazji piosenki gwiazdor zaapelował do publiczności, aby prędko uciekali od osób, które "ich ranią i zabijają słowami". Niedługo później wybrzmiał też "Jan", który nie ma sobie równych, jeśli chodzi o wzruszające kompozycje w repertuarze Kaminskiego. Utwór dedykowany dziadkowi wokalisty od zawsze wywołuje we mnie ciarki - i tak też stało się tym razem.
Tuż przed bardziej energiczną częścią koncertu widzowie zmuszeni byli poradzić sobie z ulewą. Nagle z nieba strugami zaczął lać się deszcz, ale uczestnicy Letnich Brzmień byli przygotowani. Płaszcze i parasole od tego momentu stały się głównym elementem outfitów każdego festiwalowicza, pozwalając na dalszą zabawę. "Nie bój się na zapas!", "Bal u Rafała", "Kosmiczne energie" czy "2009" sprawiły, że ludzie tańczyli w deszczu i nie mieli już żadnych zahamowań. Chlapiące kałuże i kolorowe wdzianka z folii dodawały występowi niepowtarzalnego charakteru, pasując perfekcyjnie do wystrzelonego kolorowego konfetti i jeszcze bardziej kolorowej Kobiety Rakiety towarzyszącej na finale Ralphowi. "Czuję się jak Maryla Rodowicz w teledysku do 'Wielkiej wody'" - mówił gwiazdor, gdy nawet do zadaszonej części sceny wdarły się krople. "Wy też się tak poczujcie, jak Beyonce" - apelował do tłumu, aby nie przestawał się bawić.
Małą scenę przejął chwilę później Twój, Dawid. Artysta wbiegł przed tłum w fioletowym kostiumie superbohatera, z obowiązkową peleryną, i wystrzelił w stronę ludzi konfetti. Już wtedy wiadomo było, że nie będzie to zwykły koncert. W tle pojawił się rozbudowany zespół, w którym nie brakowało gitar, perkusji, sekcji dętej czy elektronicznej. "Przyszliśmy do was - nie przyjechaliśmy, bo jesteśmy stąd - żeby pokazać każdemu z was, że świat jest twój" - zapowiadał Dawid, głosząc swoje słynne hasło. W setliście znalazło się sporo niewydanych jeszcze utworów, gdyż wokalista dopiero szykuje się do wydania albumu. Usłyszeliśmy też jednak wypuszczone wcześniej "Bogawoko", "80 dni" czy nieco starsze "Dotknij nieba" oraz "Więcej". Całość utrzymana była w musicalowym klimacie, w czym pomagały Iskierki - tancerki towarzyszące Dawidowi przy niektórych kawałkach. Wokalista zachęcał tłum do wspólnego wykonywania refrenów, rozrzucał czapki z merchu w podzięce za przyjście i widać było, że czerpie z tego występu, ile tylko może. Swoją pozytywną energią zaraził festiwalowiczów, którzy kontynuowali skakanie i tańczenie w deszczu, co przydało się jeszcze przy kolejnym występie.
Na scenie głównej chwilę później rozpoczęło się popowe show na miarę międzynarodową. Julia Wieniawa, otwiera się w nowym oknie pokazała, jak powinny wyglądać koncerty największych gwiazd estrady - z tanecznymi hitami, widowiskowymi choreografiami i przede wszystkim pomysłem. Swój występ gwiazda podzieliła na dwie części - tę bardziej subtelną, mówiącą o zrozumieniu i miłości do samej siebie, oraz tę bardziej niegrzeczną, w której Julia zamienia się w Anastazję i nie boi pokazać pazura. Wybrzmiały piosenki "Kocham", "Dziś sobie dam", "Sobą tak" oraz starsze "Omamy", a później "Skoki w bok" oraz "Rozkosz". Wokalistce towarzyszyła grupa tancerzy, która otworzyła cały koncert, a następnie wypełniała scenę swoimi energicznymi układami. Julia dzielnie dotrzymywała im kroku, a na ostatnim "Nie muszę" wspólnie rozkręcili imprezę godną najlepszych klubów. Przed finałową piosenką publiczność piszczała w niebogłosy, nie chcąc, aby gwiazda kończyła koncert.
Scena "Wierz w siebie" ugościła następnie Ewę Koc, czyli Dawida Tyszkowskiego i Błażeja Króla, w towarzystwie Kamila Patera, Kuby Staruszkiewicza i Wawrzyńca Topy. Miałam już okazję usłyszeć na żywo ten projekt i okrzyknęłam go wówczas najlepszym występem całego festiwalu, a w Poznaniu moja teza jedynie się potwierdziła. To, co robią na scenie, to czysta definicja gitarowego grania. Rockandrollowej energii i muzycznych zdolności nie można im odmówić, a do tego wszystkiego dochodzi jeszcze tajemnicza atmosfera i charyzma obu frontmanów, dzięki czemu chce się na to patrzeć i chce się tego słuchać bez końca.
Na scenie Letnich Brzmień zaprezentowali wydane już kawałki "Zabierz mnie", "Niebezpiecznie blisko" oraz "Teraz moja kolej", który miał premierę w dzień festiwalu, ale też znane tylko z koncertów numery, które ujrzą światło dzienne na jesień, gdy Ewa Koc zadebiutuje z albumem. Głos Dawida uwielbiam już od pierwszej solowej EP-ki, ale dzięki tym rockowym brzmieniom mam wrażenie, że uwydatnił się jeszcze mocniej. Połączenie z głębszym wokalem Błażeja to miód dla moich uszu. Duet Tyszkowski i Król pokazał jednak, że nie tylko świetnie dopełnia się muzycznie, lecz także charakterowo. Pierwszy odciął się od świata zewnętrznego, występując w wielkich słuchawkach i niewiele mówiąc do mikrofonu. Element stand-upowy koncertu przypadł więc drugiemu, który w typowym dla siebie, żartobliwym stylu poprowadził publiczność przez kolejne etapy występu. "Szukamy okładki i Dawid zaproponował stopy na okładce. Ciekawe dlaczego... Słuchajcie, Dawid jest stópkarzem" - ogłosił Król już na samym początku poznańskiego występu, po czym zachęcił publiczność do nadsyłania zdjęć swoich stóp. Jego sceniczny partner skomentował to wymowną ciszą. Po kilku piosenkach temat powrócił, gdy Król zażartował, że pierwsze zdjęcia już zaczęły spływać na pocztę zespołu. Specyficzny humor to kolejna rzecz, przez którą wróżę Ewie Koc długą i owocną karierę.
Podczas poznańskich Letnich Brzmień po raz ostatni wybrzmiał projekt "Brodka gra Grandę". "Kończymy tę przygodę z wami, więc jest to wyjątkowy wieczór" - ogłosiła już na wstępie artystka. "Zapraszam was na chatę!" - wykrzyczała następnie. Na scenie głównej rozstawiono bowiem kartonowy dom z oknami, dzięki którym mogliśmy zaglądnąć do środka i obejrzeć muzyczną historię opowiedzianą przez Brodkę. Wokalistka powróciła do materiału z wydanego w 2010 r. krążka, który zmienił bieg jej kariery, i wraz z kolegami z zespołu stworzyła odświeżone aranżacje hitów takich jak "Saute", "Krzyżówka dnia" czy "Kropki kreski". Pierwsza część koncertu miała miejsce wewnątrz chatki, a gwiazda pokazywała się publiczności jedynie chwilami - w szczególności za sprawą tajemniczych operatorów kamery, którzy przebrani w dziwne stroje podglądali ją zza okien. W drugiej części występu dom został obrócony tyłem, oczom publiczności ukazała się ściana wyglądająca jak kula dyskotekowa, a Brodka wyszła przed "budynek", aby zaprezentować bardziej taneczne przeboje.
Wybrzmiał numer "W pięciu smakach", przy okazji którego można się było wyskakać. "Widzę, że kapie na was deszcz, ale to nic, bo my rozgrzejemy was do czerwoności" - ogłosiła nagle wokalistka, gdy ujrzała, że z nieba ponownie zaczęły spadać krople. "Wyglądacie, jak kolorowe, fajne skrzaty" - mówiła na widok przyodzianych przez tłum kolorowych płaszczy. Następnie zaprezentowała akustyczną "Syberię", zaznaczając, że jest to jej "Dolly Parton moment", o którym marzyła. Nie sposób nie wspomnieć, że przez cały koncert artystka występowała na scenie tak naprawdę w duecie - jest obecnie w zaawansowanej ciąży. Nie przeszkodziło jej to w szaleństwie i tańcu, a ja z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że dała z siebie 110 procent. "Teraz spuszczę na was prawdziwą bombę" - ogłosiła Brodka tuż przed tytułowym utworem z "Grandy", a jeden z członków zespołu zapytał wprost: "Rodzisz?". "Wypluj te słowa!" - odpowiedziała artystka, która zdecydowanie wolałaby urodzić w bardziej kontrolowanych warunkach.
Na szczęście koncert w Poznaniu nie skończył się na porodówce, a finał upłynął w rytm energicznej "Grandy" oraz subtelnego "Excipit" wyśpiewanego po francusku. "Mając bobasa na pokładzie jest to wyjątkowe doświadczenie w moim życiu" - ogłaszała na koniec Monika, żegnając się z publicznością Letnich Brzmień i zapowiadając dłuższą przerwę w karierze.
Main Stage tego dnia zamknął koncert Vito Bambino, który tak jak nikt inny potrafi porwać ludzi do tańca, jednocześnie serwując im ogromną dawkę nostalgii. Występ rozpoczął od piosenki "Americano", która mogłaby być definicją końca lata. "My już się żegnamy dzisiaj z Letnimi i serce mi pęka" - wyznał artysta, zapraszając publiczność do wspólnej zabawy - po raz ostatni w ramach tej trasy. Kontaktu z fanami nie tracił ani przez chwilę. Już po pierwszym wykonaniu przeczytał kilka banerów i obiecał jednej z miłośniczek wymianę - wspólne zdjęcie za bransoletkę handmade. Od innej dostał z kolei koszulkę w prezencie. Nieustannie składał serca z rąk i uśmiechał się do widzów w pierwszych rzędach.
Wybrzmiały utwory "Podpalmy to", "Dwadzieścia" czy "Decyzje" w oryginale wykonywane wspólnie z Zalią. Później wokalista zapowiedział piosenkę, którą napisał tuż po pamiętnych Fryderykach, gdy zdenerwował się na akademię i przyznawane nagrody. Padły niecenzuralne słowa w stronę gali, a następnie Vito wyśpiewał wymowne "Na nowo". Nie mogło zabraknąć też "Rampage" i "Nudy", po których artysta stwierdził, że na razie "jest zadowolony z siebie i z publiczności w 70 procentach". Zachęcił tym samym wszystkich do jeszcze bardziej szalonej zabawy. Zaśpiewał "Zabiorę cię tam" i "Cyber PRL", podczas którego tłum sięgnął po "poznańską pompę" - charakterystyczny ruch ręką z pięścią, który doskonale pasuje do rytmu piosenki. Taniec ten zapoczątkowany został na jednym z koncertów Vito w Poznaniu, a tradycja utrzymała się przez kolejne trasy i miasta.
W setliście nie mogło zabraknąć przebojów Męskiego Grania - "I ciebie też bardzo" oraz "Supermocy". Na koniec publiczność nie mogła przestać skakać za sprawą "Etny". "Bo ja cię kocham dużo" - wybrzmiała ostatnia linijka piosenki "Luv tu da max" i właśnie z tymi słowami Vito zostawił uczestników poznańskich Letnich Brzmień, którzy opuszczali teren festiwalu pełni radosnej, słonecznej energii, jakiej tego wieczoru - pomimo pogody - nie zabrakło.











