Counterparts w Warszawie: Koncert roku w styczniu? [RELACJA]
25 stycznia 2026 r. do warszawskiego klubu Proxima zawitały cztery jakże wyjątkowe zespoły, prezentujące bardzo szerokie spektrum hardcore'u. Mowa tu oczywiście o God Complex, One Step Closer, Sunami oraz Counterparts, którzy w ramach trasy "Heaven Let Them Die" zaserwowali naprawdę potężną dawkę wrażeń.

Rzadko zdarza się, żeby cały koncert, włącznie z supportami składał się całkowicie z zespołów, którymi bardzo się jaram. Tak było jednak tego wieczoru. Przede wszystkim ogromnym plusem tego line upu była jego różnorodność. Hardcore to oczywiście spoiwo tego wszystkiego, ale God Complex podbierają patenty z deathcore'u, One Step Closer idą bardziej w stronę melodyjnego post hc, Sunami to beatdown w najlepszym możliwym wydaniu, a Counterparts bardzo elegancko czerpią z metalcore'u. Wszystkie te sprytne inspiracje sprawiły, że absolutnie nie było miejsca na nudę czy narzekanie.
Trasa "Heaven Let Them Die" w Warszawie
Wieczór otworzyli pochodzący z Wielkiej Brytanii God Complex. Choć studyjnie w ich twórczości znaleźć możemy nieco więcej wspomnianych wpływów deathcore'owych, na żywo trzymali się dość bezpiecznie klasycznych hardcore'owych zagrywek i ruchów. Warto jednak podkreślić, że wokalista swoją charyzmą i energią już od pierwszych numerów zarażał zgromadzoną publiczność. Niemal od razu zobaczyć mogliśmy pierwsze mosh pity i two stepy, co nie zawsze jest taką oczywistością w przypadku otwierających zespołów. Set krótki, acz treściwy i idealny na rozgrzewkę.
Następnie na scenę wkroczyli One Step Closer. Powiedzieć, że ich uwielbiam, to jak nie powiedzieć nic. Krążek "All You Embrace" był w moim podsumowaniu jednym z najlepszych albumów 2024 roku. Wraca on do mnie jak bumerang. W najbardziej przypadkowych momentach łapię się na nuceniu ich utworów i gdy zbiorę się do włączenia całej płyty, to nie znika ona z rotacji przez następne kilka dni. Jest to obecnie jeden z najciekawszych zespołów na scenie straight edge i tego wieczoru tylko to potwierdzili. Na scenę wlecieli z genialnym "Leap Years", którego refren pięknie śpiewała również zgromadzona pod sceną publiczność. Większość setlisty obracała się ostatniego krążka. Dostaliśmy m.in. energetyczne "Blur My Memory", bardzo melodyjne "Orange Leaf" i nieco melancholijne "Esruc", a wszystko to przy imponujących wyskokach i ruchach wokalisty Ryana Savitskiego. Zabrakło mi jedynie trochę utworów z "This Place You Know" - dostaliśmy jedynie "I Feel So", co wywołało u mnie lekki niedosyt. Warto wspomnieć, że była to ich druga wizyta w Polsce i mam nadzieję, że nie ostatnia, bo na żywo są prawdziwym wulkanem energii!
Od parodii do czołówki gatunku
Po bardzo pięknych melodiach od One Step Closer przyszła kolej na hardcore na sterydach od Sunami. Kalifornijska ekipa zaczynała po części jako karykaturalna wersja tego, co reprezentują sobą ignoranckie zespoły na tej scenie. Ma być głośniej, ciężej i mocniej - w skrócie wszystko ma być bardziej. Ogromny sukces ich debiutanckiego demo "Demonstration" sprawił, że projekt, który miał być żartem, przerodził się w pełnoprawny zespół wymieniany obok najpopularniejszych formacji tego gatunku. Na żywo wyglądają bardziej, jak ludzie, których spotkać można na kursie na wózek widłowy, niż formacja, która serwuje możliwie najcięższe breakdowny i działa to zdecydowanie na ich korzyść. Nie ma tam zbędnego gwiazdorzenia, jest za to sama konkretna, ostra jazda bez trzymanki. Już od pierwszego numeru, jakim był "Six", w tłumie zaczęło się prawdziwe szaleństwo, agresywne 2 stepy i spin kicki. Nie brakowało też kawałków ze splitu z "Pain of Truth" - "Fence Walker" i "Doubt" oraz potężnego "Dirty Work", a poprzedzając "Contempt of Cop", publiczność na zachętę wokalisty, bez wahania wzniosła w górę środkowy palec w stronę niebieskich. Josef Alonso wielokrotnie sprawiał wrażenie wręcz zdziwionego tak pozytywnym odbiorem ze strony publiczności, ale naprawdę ciężko o inną reakcję, bo zagrali fenomenalny koncert, zwieńczony bezkompromisowym "Weak Die First".
Po tak intensywnym secie scenę przejęła gwiazda tego wieczoru, czyli Counterparts. U Kanadyjczyków pojawiła się bardzo ładna oprawa w postaci wystających zza wzmacniaczy gotyckich portali okiennych oraz świeczek (co prawda elektrycznych, ale wiadomo BHP i te sprawy). Stworzyło to dość intymną atmosferę i nadało wyjątkowego klimatu. Tutaj już absolutnie nie mogę pozwolić sobie na narzekanie na setlistę, bo było naprawdę cudnie. Dostaliśmy całą wydaną pod koniec 2024 roku EP-kę "Heaven Let Them Die" oraz bardzo zgrabny przekrój utworów z płyt "Nothing Left to Love", "A Eulogy for Those Still Here" czy "The Difference Between Hell and Home". Brendan dość minimalistycznie podchodził interakcji z publicznością i nie ruszał się zbyt wiele, ale można mu to wybaczyć, bo jak sam tłumaczył, pochorował się i pod koniec prosił fanów o lekką pomoc w śpiewaniu "Love Me". Kawałki "No Lamb Was Lost" i "Whispers of Your Death" wybrzmiały tego wieczoru nad wyraz emocjonalnie. Poświęcone są one bowiem kotom wokalisty. Jak sam przyznał, to jego najlepsi przyjaciele, sęk w tym, że wydźwięk tych utworów jest skrajnie inny. Pierwszy z wymienionych to swego rodzaju laurka dla wciąż obecnego przy nim futrzastego pupila - Kori, a drugi to bardzo ciężka i emocjonalna opowieść o niestety przegranej walce Kumy z chorobą nowotworową. Tym poruszającym akcentem Counterparts zakończyli występ, który wspominać będę jeszcze przez długi, długi czas.
Słowem podsumowania, bawiłem się naprawdę świetnie i z ogromną przyjemnością chciałbym doświadczyć tak genialnego line upu jeszcze raz. Czy mamy pretendenta do koncertu roku już w styczniu? Bardzo możliwe…
Counterparts w Warszawie: setlista
- A Martyr Left Alive
- Bound to the Burn
- With Loving Arms Disfigured
- Wings of Nightmares
- Choke
- Paradise and Plague
- Unwavering Vow
- Thieves
- Your Own Knife
- To Hear of War
- No Lamb Was Lost
- Stranger
- Witness
- Praise No Artery Intact
- Monument
- Heaven Let Them Die
- Love Me
- Whispers of Your Death

















