Nie mogę powiedzieć, że jestem rozczarowany, ale przyznaję, że miałem nieco inne oczekiwania. Liczyłem przede wszystkim na koncert oparty niemal w całości na albumie "Whatever's Clever!" - tym bardziej, że nowy materiał zasługuje na własną koncertową opowieść, a trasa nosi ten sam tytuł. Być może nie są to piosenki chwytające za ucho już przy pierwszym przesłuchaniu, ale ich największą siłą jest dopracowana produkcja. Charlie Puth tym razem inspiruje się brzmieniami końca lat 80., jednak robi to w sposób daleki od prostego synth-popowego pastiszu. To ambitna reinterpretacja tamtej estetyki, pełna muzycznych detali.
Jednym z najlepszych przykładów są singlowy "Changes" czy "Cry", którego charakterystyczny saksofon doskonale wybrzmiewa również na żywo. Tym większa była moja radość, że utwór znalazł się w setliście. Ale! Trudno było oprzeć się wrażeniu, że zabrakło wyraźnej koncepcji narracyjnej. Gdyby Charlie Puth postawił na pełnoprawną prezentację nowego albumu, byłbym usatysfakcjonowany. Gdyby z kolei zdecydował się na klasyczny program oparty wyłącznie na największych przebojach, również byłoby to zrozumiałe. Tymczasem otrzymaliśmy coś pomiędzy.
Setlista sprawiała momentami wrażenie przypadkowej - obok największych hitów pojawiały się utwory mniej rozpoznawalne, które nie zawsze budowały odpowiednią dynamikę koncertu. W efekcie koncert pozostawił poczucie pewnego niedosytu - i to nie dlatego, że zabrakło dobrych piosenek. Puth otworzył koncert utworem o okazywaniu sobie wdzięczności - "Beat Yourself Up". Z przebojów wybrzmiały takie utwory, jak "Attention", "We Don't Talk Anymore" czy nieśmiertelne "See You Again", nagrane z Wizem Khalifą.
Warszawski koncert miał też w sobie coś wyjątkowego. To właśnie przed polską publicznością Charlie Puth zagrał finał europejskiej trasy. Przed wykonaniem "One Call Away" emocje udzieliły się nie tylko fanom, ale również samemu artyście:
"Wow… Dotarło do mnie, że to ostatni raz, kiedy to robimy. To znaczy - mamy tylko tydzień wolnego, ale to ostatni koncert tutaj w Europie. Jestem pełen emocji".
Jeszcze bardziej artysta otworzył się przy "Love In Exile" przesłaniem o muzyce:
"Jeśli jesteście ze mną od 11 lat, chcę żebyście i wy się inspirowali. Bo wtedy moglibyście grać koncerty, podróżować po Ameryce i Europie, a nawet odwiedzić Azję. I to właśnie potrafi muzyka. Dlatego uważam, że muzyka jest najwspanialszą rzeczą na świecie".
Puth kilkukrotnie podkreślał, że podczas pracy nad "Whatever's Clever!" chciał pokazać bardziej osobistą stronę siebie i pisać o rzeczach, o których wcześniej nie śpiewał. Największym atutem koncertu nie były też efekty wizualne ani widowiskowa scenografia, ale najwyższy poziom muzykalności i aranżacji. "Profesor Puth" po raz kolejny udowodnił, że stawia właśnie na to. Pokazuje, że współczesny pop może być jednocześnie przebojowy i muzycznie wymagający. To artysta, który z niezwykłą swobodą bawi się harmonią, rytmem i teorią muzyki. W trakcie koncertu wielokrotnie prezentował swój słuch absolutny, improwizował wokalnie i z łatwością przechodził od subtelnych partii do imponujących popisów wokalnych.
Charlie pożegnał Warszawę krótkim, ale wymownym: "Do zobaczenia wkrótce". Jeszcze przez dłuższą chwilę żegnał się z publicznością. Widać było naprawdę, że jest poruszony i wdzięczny.
Supportem był Bradley Simpson - frontman zespołu The Vamps.













![Zespół O.N.E. na OFF Festivalu: Jesteśmy kulą pozytywnej energii [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000N5GQUE4GV542Y-C401.webp)

