Ten dzień zaczęłam od koncertu Ciary na dużej scenie, chociaż wcześniej na Enea Stage wystąpili jeszcze Giant Rooks (widziałam na innym festiwalu, więc w sumie mogę bez strachu napisać, że na pewno było warto) i Fukaj, a na głównej - Sobel. Ciara natomiast wprowadziła nas już w taneczny klimat soboty. Bo potem było tylko lepiej.
Na Enea Stage, na przykład, zagrał Morad, czyli "słoneczna energia prosto z Katalonii", i musielibyście widzieć, jak Cytadela czuła latynoskie rytmy. Na Next Stage z kolei lekka odmiana, ale za to jak miłe zaskoczenie - Borderline. Zespół z Nowej Zelandii, grający teoretycznie indie pop, ale jak wjechali z progresywną solówką gitarową, to staliśmy z otwartą buzią. Wpada do worka bittersweetowych odkryć.
No a później wyczekiwany przeze mnie koncert, bo wcale nie widziałam Robbie'ego Williamsa kilka miesięcy temu, prawda? Nigdy dość. Nawet mimo tego, że większość wypowiedzi była powtórzona prawie słowo w słowo, nieważne. Wystarczyło pierwsze "Let Me Entertain You" i już wszyscy byli gotowi, by ich zabawiać. Dostaliśmy więc m.in. "Rock DJ" czy "Supreme", ale i rozczulające mnie zawsze "Love My Life". Wokalista opowiedział nam też historię o tym, że w Take That nie dawali mu śpiewać głównych wokali, aż w końcu dostał szansę przy "Relight My Fire", ale zepsuł i teraz zawsze, jak słyszy tę piosenkę w radiu, to jest mu bardzo smutno. Został ojojany i odważył się zaśpiewać to po raz pierwszy na Bittersweecie. To oczywiście nieprawda, ale brnijmy w tę narrację, dobra?
Robbie umie w show, to po pierwsze. Po drugie wie też, co zrobić, żeby fanki kochały go jeszcze bardziej. Nagranie, na którym jedna z dziewczyn przygarnia go do siebie i wygląda, jakby miała już nigdy się nie umyć, żeby nie zmyć z siebie zapachu Robbie'ego, obiegło już prawdopodobnie całego Instagrama. Inna fanka z kolei stała z banerem "Moja mama cię kocha" i pewnie baner, jakich sporo, pomyślicie, ale nie tym razem - tym razem skończyło się na tym, że mama Mai przeprowadziła wideo calla z Robbiem Williamsem. Tak, zdecydowanie Robbie umie w show. A nawet słyszałam opinię, że ma szansę na bycie najlepszym koncertem Bittersweeta.
Później cały tłum przeszedł na koncert Okiego i ręki sobie nie dam uciąć, ale myślę, że to był najliczniejszy koncert na Enea Stage. No nie rozumiem, ale czy mogę dyskutować, jeśli już przy "Jeżyku!" publiczność pokazała, że może śpiewać głośniej niż scena? Nie spodziewałabym się też, że nie zmęczy mnie Major Lazer. Nie jestem ani trochę tanecznym człowiekiem, ale samo patrzenie, jak tyle tysięcy osób bawi się na jednej imprezie, było wspaniałe.
Ale było coś jeszcze wspanialszego, czyli projekt specjalny Bitter Chopin, Sweet Chopin. Orkiestry mogliśmy już słyszeć przez cały festiwal na scenie PKO, ale ich obecność na głównej scenie to jest miód na moje serduszko. A dodajmy jeszcze, że całe wydarzenie rozpoczął Bass Astral, zamykający swój set "Bitter Sweet Symphony", przejętym później i dokończonym przez orkiestrę. Iconic. ICONIC.
Wiedziałam, że Bittersweet będzie super, żadnych wątpliwości, bo Good Taste naprawdę potrafi organizować doskonałe wydarzenia. Były momenty, które będę wspominać jeszcze długo, jak koncert Jessie J, Meute czy wspomniany przez momentem Chopin. Podtrzymuję natomiast zdanie o tym, że ludzi było za dużo, jak na to miejsce, co było po prostu męczące i trochę odbierało fun. Wierzę, że za rok będzie jeszcze lepiej. Na pewno przyjadę sprawdzić.











