Już w tamtym roku pojawiały się głosy o "tańczeniu na grobach poległych", ale wydawało się, że sytuacja została opanowana. Tymczasem tuż przed tegoroczną edycją znowu media obiegła informacja o protestach pod Cytadelą. I ja rozumiem, że się szuka dramy, bo drama się klika, ale sprostujmy tylko, że był to protest na siedem osób. Nie chcę się tu nad tym rozpisywać, bo relacja z festiwalu to akurat nie miejsce na to, a przy okazji zawsze wolę się w temat zagłębić i być pewna, że wiem, co mówię, zanim faktycznie zacznę mówić.
Natomiast najczęściej podnoszone zarzuty to niszczenie zieleni, hałas do późnych godzin i samo miejsce wydarzenia. Co do pierwszego, z tego co wiem, w zeszłym roku organizatorzy zadbali, żeby wszystko wróciło do stanu pierwotnego i dobrze im to poszło. Słyszałam też co najmniej ze 20 razy "Proszę nie chodzić po pasie zieleni" i na własne oczy widziałam, że ludzie się pilnują. Co do drugiego, hej, to tylko trzy dni, no i z doświadczenia powiem, że jak się wyjdzie poza teren festiwalu, to nie jest to hałas uniemożliwiający spanie i porozumiewanie się. Coś tam słychać, ale nawet nie jest się w stanie określić, co dokładnie. A co do trzeciego, to ja się posłużę Edgarem, który niejeden festiwal odwiedził, a przy okazji jest historykiem i Poznaniakiem: "Widzę jednak, że chyba zapominamy, że my codziennie dosłownie chodzimy po szczątkach zmarłych. Kiedy? (…) Cmentarz parafii św. Marcina na terenie obecnego parkingu na rogu Piekar i Św. Marcina, cmentarz parafii św. Pawła to dzisiejszy Park Drwęskich na samym początku Wildy (…) Gdy w 1709 roku wybuchła epidemia dżumy (…) grzebano wielu z nich w dole tuż za ówczesnymi miejskimi murami przy trakcie na Wrocław. Dziś w tym miejscu znajduje się pierwsze centrum handlowo-biurowe w śródmieściu Poznania - Kupiec Poznański. Tam wbijamy na zakupy do Action czy Biedronki, kupujemy fajki u Pana Zdrapki lub przymierzamy ciuchy w C&A". Zapewniam, że nikt tu nie zapomina o historii i nikt nie zamierza okazywać braku szacunku. Tym bardziej, że na co dzień ten park również jest przeznaczony dla mieszkańców i może nie mieszkam w Poznaniu, ale śmiem podejrzewać, że nie chodzą do tego parku wyłącznie, żeby podumać o życiu i śmierci.
Czy możemy już przejść do muzyki? Więc mój festiwalowy start to Charlie Jeer na Enea Stage. Przyznaję, że nie znałam go wcześniej i poszłam trochę z ciekawości, a trochę dlatego, że akurat tam trafiłam. No i to będzie jeden z tych artystów, których zapisuję w głowie, żeby sprawdzić więcej na spokojnie w domu, czyli najwyższa forma komplementu, bo to dla mnie w sumie główna funkcja festiwali - odkrywanie rzeczy. Jest wokalistą i saksofonistą, łączącym to z elektroniką, a przy okazji jest też modelem i występował kiedyś w "Too Hot to Handle", więc tak, warto z wielu powodów. Nie dotarłam tym samym niestety na Bricknasty, ale przekazuję, że podobno też godne uwagi.
Następnie Jessie J na głównej scenie. Kolejny koncert, na który poszłam z ciekawości, bo o ile twórczość znam, to nie jest w centrum moich zainteresowań. Tylko że… po tym koncercie chyba zacznie. I to nie dlatego, że nagle piosenki zaczęły mi się bardziej podobać, tylko po to, żeby przypominać sobie to komfort uczucie z bittersweetowego koncertu. Jessie J wydaje się bardzo ciepłą osobą, a przynajmniej taka była na scenie i głęboko chcę w to wierzyć. "Chcę, żebyście wrócili do domu z jednym przesłaniem: ciesz się życiem, śmiej się, ile dasz radę, każdy dzień jest darem, nie bierz niczego za pewnik" - to są słowa Jessie, które warto zapamiętać.
No i przy coverze "Purple Rain" - nie wiem, czy to zasługa klimatu, tej piosenki, Jessie, czy wszystkiego naraz - miało się poczucie uczestniczenia w czymś wielkim. Przy "Domino" z kolei cała Cytadela tańczyła, czemu w zasadzie trudno się dziwić przy tym kawałku. Koncert kompletny.
Idąc z powrotem na Enea Stage, zahaczyłam o Next Stage, gdzie akurat grał ZEP, czyli artysta z Holandii, którego dotąd nie znałam, ale po dwóch usłyszanych na żywo kawałkach chętnie poznam. A szłam na Enea Stage, bo grał tam Tommy Cash, który wskoczył do line-upu w ostatniej chwili za Charlotte Cardin. Miał to być jej pierwszy występ w Polsce, ale nie pozwoliły na to uszkodzone struny głosowe. Obiecała natomiast, że wróci tak szybko, jak będzie mogła, i pozostaje nam wierzyć na słowo.
Jeśli chodzi o Tommy'ego Casha, to wciąż bawi mnie mem ze Sknerusem McKwaczem zjeżdżającym na nartach po złocie, czyli "Tommy Cash po wynalezieniu Polski", i fakt, że Tommy mógłby już pewnie dostać polskie obywatelstwo, ale rozumiem, czemu jest cały czas zapraszany. Wielka impreza i tyle, czego chcieć więcej.
Na dużej scenie Lorde, która poza zaserwowaniem nam kolejnego świetnego koncertu tego dnia, wspomniała kilka razy, że zawsze świetnie bawi się w Polsce, a nawet, że w zasadzie - jako dziewczyna z Nowej Zelandii - nigdy nie sądziła, że dotrze do Polski. Niestety nie zostałam tam do końca, bo z powrotem na Eneę wzywało mnie Meute. Mój ulubiony zespół z Niemiec - obok Ideal - którego pojawienie się na Bittersweecie afirmowałam zarówno w myślach, jak i w publikowanych tu tekstach. Niemiecka orkiestra marszowa grająca techno is my kind of music. Niepopularna opinia, ale to był koncert, na który najbardziej czekałam tego dnia.
Dobra, nie mogę tak powiedzieć z pełnym przekonaniem, bo na dużej scenie zaraz po nich pojawiła się gwiazda wieczoru, wracający do Polski po dłuższej przerwie Gorillaz. Wiadomo, że też biegłam na ten koncert. Albo bardziej płynęłam razem z tłumem w rytm wstępu i dźwięków "The Mountain". Zachwycona byłam już przy "The Happy Dictator", ale prawdziwym zwieńczeniem było pojawienie się na scenie Joego Talbota w "The God of Lying". Mam nadzieję, że rozumiecie - Gorillaz i IDLES na żywo, razem. "Feel Good Inc." i "Clint Eastwood" też były, oczywiście. Miło tak znowu się czymś zachwycić, kiedy odwiedzasz nasty festiwal tego roku.
Ale skoro posłodzone, to gorzko też trochę będzie. Uważam, że albo to miejsce jest za małe na taki festiwal, albo było zbyt dużo sprzedanych biletów. Wiadomo, że spodziewaliśmy się tłumów i w ogóle wielkie gratulacje dla Good Taste'a, że tak szybko rozkręcił wydarzenie na taką skalę, czułam się tam bezpiecznie i w ogóle, ale bardzo trudno jest się po tym festiwalu przemieszczać (nawet mimo ścieżek jednokierunkowych i ludzi kierujących ruchem), o zejściu pod główną scenę na większej gwieździe już nie wspominając. Z drugiej strony cały teren festiwalowy jest przygotowany naprawdę klimatycznie i szkoda byłoby go opuszczać. Może odrobinę mniej biletów na przyszły rok?
A teraz idę oglądać swoje własne storiesy na Instagramie, jarać się tym i opracowywać plan na dostanie się pod scenę na Robbie'ego Williamsa.















