Drugi dzień to zawsze moment najlepszy - już jesteś ogarnięty z terenem festiwalu, wiesz co i gdzie, złapałeś klimat, a jednocześnie nie musisz się jeszcze zastanawiać, że za chwilę koniec. I w taki chill idealnie wpasowała się grupa Leisure, która otworzyła Enea Stage, a zaraz po nich na głównej pojawił się Mrozu.
Mrozu, o którym pisałam nieraz, bo jego koncerty widziałam w liczbie co najmniej piętnastu, nie przesadzam. To jest artysta, na którego możecie iść ze stuprocentową pewnością, że spędzicie fantastyczną godzinę pod sceną. Uczestnicy Bittersweeta ewidentnie o tym wiedzieli, bo pod główną sceną zebrało się naprawdę sporo osób. "Nie sądziliśmy, że zrezygnujecie z 'Teleexpressu' i przyjdziecie na ten koncert na 17! Dzięki za takie gorące przyjęcie" - mówił sam wokalista ze sceny.
Warto było zajść też na Next Stage, gdzie pierwszy koncert należał do Maksa Tachasiuka. Niezmiennie zawsze polecam. Ja natomiast ruszyłam pod Eneę, żeby zobaczyć Ashnikko, i co mogę powiedzieć… Było to doświadczenie, ale więcej nie chcę. Wiem, że to taka konwencja i w ogóle, ale mi lepiej słuchało się tego bez patrzenia, co dzieje się na scenie. Bo tam odstawiały się lekkie filmy dla dorosłych, choć prawdopodobnie mogło być to jeszcze bardziej niesmaczne, jak kilka momentów z koncertu JLo na Narodowym.
Następnie znowu przejście na główną scenę, gdzie tym razem grała Rita Ora, niewątpliwie jedna z najbardziej wyczekiwanych artystek tej edycji. Było tańczone oczywiście, chociaż mi nie podobało się aż tak, jak dzień wcześniej, bo Jessie J zawiesiła tę poprzeczkę naprawdę wysoko. Chociaż sama wokalistka stwierdziła ze sceny, że zalicza Bittersweet do koncertów życia, co w sumie potwierdziły jej oczy pełne łez, kiedy publiczność zaczęła śpiewać "Ritual".

Trochę żałuję, że nie dotarłam na EBBB, bo studyjnie brzmią ciekawie, ale nie można mieć na festiwalu wszystkiego. Dotarłam za to na Cheta Fakera, czyli zwolnienie po koncercie Rity. Nie jestem fanką, ale dostałam to, czego oczekiwałam. Jeszcze większe zwolnienie nastąpiło na koncercie Toma Odella, ale chyba każdy wybierający się na koncert Toma Odella wie, na co się pisze. No kto nie lubi się czasem popłakać przy takim "Best Day of My Life" czy "Another Love"?
Dwa ostatnie moje koncerty tego dnia to bardzo przyjemni Parcels i zamykający dużą scenę Twenty One Pilots. Ci drudzy to nie mój klimat, ale opinie o ich występach są zawsze pozytywne. Panowie wiedzą, jak zrobić show, chociaż i tak bohaterem koncertu został Kornel z ochrony, który przyszedł pilnować ludzi z fosy, a skończył na scenie, śpiewając "Ride". Mógłby mnie spotkać taki przypadek na koncercie Robbie'ego Williamsa.











