Nie żyje Sonny Rollins. "Moja dusza będzie żyć wiecznie"
Świat muzyki żegna postać, bez której trudno opowiedzieć historię współczesnego jazzu. Sonny Rollins, legendarny saksofonista tenorowy, kompozytor i jedna z najważniejszych osobowości amerykańskiej sceny muzycznej XX wieku, zmarł w wieku 95 lat. Pozostawił po sobie dorobek, który od dekad wyznacza kierunek kolejnym pokoleniom artystów.

Informację o śmierci muzyka przekazała jego rodzina. Rollins odszedł 25 maja 2026 roku w swoim domu. Bliscy poinformowali, że nie planują publicznych uroczystości pożegnalnych.
Sonny Rollins przyszedł na świat w 1930 roku jako Walter Theodore Rollins. Dorastał w nowojorskim Harlemie w rodzinie o korzeniach sięgających Wysp Dziewiczych. Zanim odnalazł swoje miejsce za saksofonem, uczył się gry na fortepianie. Początkowo wybór padł na saksofon altowy, jednak jako nastolatek zmienił instrument i postawił na tenor.
Decyzja nie była przypadkowa. Młody muzyk pozostawał pod ogromnym wpływem Colemana Hawkinsa, którego uważał za swój największy wzór.
Po latach wspominał: "Przyciągało mnie jego brzmienie. Miał niezwykły dźwięk, ale też sprawiał wrażenie człowieka, który rozumie muzykę głębiej niż inni. Dzięki niemu zrozumiałem, że muzyka jest sztuką".
Talent Rollinsa objawił się bardzo wcześnie. Jeszcze przed ukończeniem 20 lat współpracował z najważniejszymi nazwiskami jazzu. Na jego muzycznej drodze pojawili się m.in. Miles Davis, Thelonious Monk czy Bud Powell.
Szczególne miejsce zajmował Monk.
"Grałem z Monkiem, ćwiczyłem z Monkiem i bardzo wiele mnie nauczył. Był też niezwykle dobrym człowiekiem" - mówił w jednym z wywiadów. Później określał go nawet jako swojego "muzycznego guru".
Złe nawyki przerwały karierę
Choć jego pozycja na scenie rosła błyskawicznie, pierwsza połowa lat 50. przyniosła także dramatyczny moment w życiu artysty. Rollins zmagał się z uzależnieniem. Po kolejnych problemach z prawem zdecydował się na leczenie w specjalistycznym ośrodku w Lexington w stanie Kentucky. Po zakończeniu terapii wyjechał do Chicago i zaczął budować swoje życie od nowa.
"Kiedy opuszczałem Lexington, byłem już czysty. Potem trzeba było nauczyć się funkcjonować od początku. Wiedziałem jednak, że jeśli chcę być muzykiem, muszę nauczyć się żyć w świecie, który mnie wcześniej zniszczył" - wspominał po latach.
Trzy lata, które zmieniły jazz. Powstały jego najważniejsze dzieła
Powrót okazał się spektakularny. Między 1956 a 1958 rokiem Rollins wszedł w najbardziej intensywny okres swojej kariery i wydał aż 16 albumów.
W tym samym czasie ukazał się również koncertowy album "A Night at the Village Vanguard", przez wielu krytyków uznawany za jedno z najwybitniejszych nagrań live w historii jazzu.
Paradoksalnie właśnie po tym sukcesie Rollins zniknął ze sceny. Zdecydował się na przerwę i całkowicie poświęcił doskonaleniu gry. Ćwiczył samotnie, często spacerując po moście Williamsburg w Nowym Jorku. Efektem tego okresu stał się album "The Bridge".
"Cały czas próbowałem coś dogonić"
Choć dla słuchaczy był symbolem jazzowej wolności i mistrzem improwizacji, sam przez lata pozostawał wobec siebie bezlitosny.
"Muzyka jest darem. Każdy może nauczyć się grać, ale tylko nieliczni mają coś, co pozwala naprawdę przebić się i zostać" - mówił w 2018 roku.
Zaskakujące było jednak to, że mimo ogromnych osiągnięć nigdy nie uważał swojej drogi za zakończoną.
"Nie wykorzystałem tego daru wystarczająco dobrze. Dlatego ćwiczyłem bez końca. Cały czas próbowałem coś dogonić".
Ostatni koncert i słowa, które dziś brzmią wyjątkowo
W trakcie kariery Rollins był siedmiokrotnie nominowany do Grammy i zdobył dwie statuetki. Otrzymał także honorową nagrodę za całokształt twórczości oraz prestiżowe wyróżnienie Kennedy Center Honors.
Ostatni raz wystąpił publicznie w 2012 roku. Dwa lata później z powodu włóknienia płuc musiał całkowicie rozstać się z instrumentem. W rozmowie udzielonej już po zakończeniu kariery mówił:
"To było bolesne. Ale zrozumiałem, że zamiast żałować, powinienem być wdzięczny za to, że mogłem tworzyć przez całe życie". Tak samo spokojnie podchodził do przemijania: "Moje ciało zamieni się w pył. Ale moja dusza będzie żyć wiecznie".










