Jazz w spalonym teatrze, czyli poznajcie True Tone Festival. "Chyba wiem, co robię" [RELACJA]
Ileż razy już pisałam, że jazz w Polsce stał i stoi nadal mocno. Że mamy młodych, którzy chcą grać jazz na swój sposób, kombinując m.in. z elektroniką. No i że warto się na jazzowe wydarzenia wybierać, bo są a) dobre muzycznie, b) świetne pod względem atmosfery i c) ludzie w nie zaangażowani pokażą wam taką muzykę, której pewnie sami byście nie odkryli. Tak że nie będę się powtarzać, po prostu napiszę coś o gliwickim True Tone Festival.

Praca dziennikarska pomaga mi oczywiście odkryć masę nowej muzyki lub tej znanej, ale nieznanej dotąd mi. Są też jednak inne plusy i jednym z nich jest słuchanie tejże muzyki w przedziwnych miejscach, o których istnieniu nawet nie wiedziałam. Na przykład w ruinach spalonego teatru w centrum Gliwic.
Teatr Victoria przy alei Przyjaźni został wybudowany w 1890 roku i już wtedy ceniono go za świetną akustykę, co zresztą zostało jego cechą do dziś. W 1924 roku budynek został zmodernizowany, przetrwał wojny, ale w 1945 roku, w trakcie zajmowania miasta przez radzieckie wojska, teatr podpalono. Później w jego podziemiach funkcjonowała łaźnia miejska, ale nigdy - mimo wielu planów przeistoczenia go w kasyno, restaurację, kino czy halę sportową - nie został odbudowany. W latach 90. budynkiem zainteresowała się Ewa Strzelczyk, dyrektorka MOK-u i Teatru Muzycznego w Gliwicach. Planowała ożywić to miejsce, mówiąc, że czuje się z nim tak związana, że śni jej się po nocach. Teatr Victoria znów zaczął być miejscem spotkań artystów, jednak plany odbudowy przerwała tragiczna śmierć kobiety.
Teraz teatr, zaadaptowany, ale wciąż nieodbudowany, pełni miejsce spotkań kulturalnych, goszcząc m.in. wspomniany True Tone czy Jazz w Ruinach. Oczywiście przez lata narosły wokół budynku legendy, mówiące o zabłąkanych duchach aktorów i klątwie, która nie pozwala na odbudowanie przestrzeni. Można w to wierzyć lub nie, ale niepodważalnym jest, że czuć w tym wnętrzu magiczną atmosferę.
Jeden wieczór na True Tone
Udało mi się tam trafić tylko na - niestety! - jeden dzień piątej edycji True Tone Festival, który odbywa się w dniach 22-30 maja. Wydarzenie zainaugurowali Tymon Tymański YASSTET oraz Twoosty Mayonez, później na scenie stanęli też Ben Bekele, Klawo, Marcin Masecki & Boleros i Głupi Komputer (słyszałam ich na zeszłorocznej Famie i już wtedy polecałam, a podobno w Gliwicach dali niesamowity koncert. Takie dotarły do mnie opinie).
Piątkowy wieczór rozpoczął zespół Nene Heroine. Nie słyszałam ich na żywo po raz pierwszy, ale doskonały był to przykład, jak akustyka i atmosfera miejsca wpływa na odbiór. Wiadomo, podobało mi się za każdym razem, czy to na Jazz Around, czy podczas Monsters of Jazz, ale słuchanie ich muzyki, kiedy patrzy się na nich w maskach, w dymie, otoczonych surowymi, ceglanymi murami i tym uczuciem, że jest w tym miejscu coś niepokojącego… Nie do opisania. Sami zresztą wspomnieli, że czują świetną energię i lubią do Gliwic wracać. Chociaż żeby to powiedzieć, musieli chwilę poczekać, bo owacje na stojąco przez dłuższą chwilę nie dawały im dojść do słowa.
Usłyszeliśmy głównie nowy materiał, z płyty "4", czyli m.in. "Gold & Silver" i "Post-Royal", ale też starsze niespodzianki w stylu "Prince". Można by powiedzieć, że ta ich "4" złota i nieskromna. Swoją drogą, wiedzieliście, że "Nene Heroine" to honorowy tytuł przyznawany w Albanii dla kobiet, które urodziły co najmniej ośmioro dzieci? "Matka bohaterka". Mówiłam, że dzięki organizatorom można się dowiedzieć przeróżnych rzeczy.
Drugi piątkowy koncert powstał "na specjalne zamówienie True Tone Festival", a byli to Earth and Bones + Marcin Rak. Pierwszy człon to duet Idrisa Rahmana i Lirana Donina, znanych z londyńskiego Ill Considered. W Earth and Bones nadal zostają wierni improwizacji, ale w odsłonie jeszcze surowszej. Mamy więc klarnet lub saksofon oraz kontrabas i dużo… przestrzeni. I dużo napięcia. W połowie koncertu dołączył do nich Marcin Rak, czyli perkusista E.A.B.S., Błota czy Zimy Stulecia.
Przed tym występem Łukasz Kwaśniewski, dyrektor programowy festiwalu, mówiąc o tym połączeniu, podsumował: "Ale ja chyba wiem, co robię". Wiedział, zdecydowanie. A jeśli nie wiedział wtedy, to po tym koncercie ma już pewność. Ach, i jak zawsze muszę docenić poproszenie o brawa dla ludzi, który pracują za sceną. No i pięknie wypowiedziane po polsku "dziękuję", choć polski jest podobno straszny.
Żyję szczerą nadzieją, że za rok plan poskłada się tak, żeby spędzić na True Tone więcej niż jeden wieczór. Wiem, że zawsze się rozpływam nad tymi jazzowymi wydarzeniami, ale one naprawdę mają w sobie… coś. Publiczność jest jednocześnie bardzo rozluźniona, ale i skupiona na tym, czego słucha, głowy otwarte na kombinowanie, muzycy zawsze całym sercem wkręceni w koncert. No i te niespodziewane lokalizacje.

















