Nie napiszę, że zerwane, bo choć wielu próbowało, jazz nigdy nie doczekał definicji, która opisywałaby go w pełni. Wynton Marsalis próbował zamknąć tę muzykę pomiędzy trzema punktami granicznymi - swingiem, improwizacją i bluesem (rozumianym nie jako gatunek muzyczny, a specyficzny nastrój) - ale jego koncepcja szybko została podważona jako wykluczająca na przykład Duke'a Ellingtona, który rzadko improwizował czy Ornette'a Colemana, który miał własne, odmienne podejście do swingowego rytmu. "Jazzem" nazywane są więc różnorakie brzmienia, ale to z "Atmosfery" w pierwszej kolejności raczej nie będzie się z nim kojarzyć.
Partnera w tej zaskakującej wolcie Błoto znalazło w Ionie D, czyli Ionie Dumitrescu, przedstawionym jako "filar rumuńskiej alternatywy". Nie będę ukrywał, że musiałem uwierzyć na słowo, bo wcześniej o nim nie słyszałem, ale szybko nadrobiłem zaległości. Fascynujący jest zwłaszcza jego psychodeliczny projekt Steaua de Mare. Czerpiący z muzică de mahala, czyli zmodernizowanego bałkańskiego pop-folku wykorzystującego synkopowane rytmy, który powstał na bazie muzycznych tradycji państw całego basenu śródziemnomorskiego, bliskowschodnich i azjatyckich. Z jednej strony to twórczość dość przystępna i szybko wpadająca w ucho, z drugiej naszpikowana ogromem informacji muzycznych. O wspólnym albumie Iona i Błota można napisać to samo, ale z zaznaczeniem, że przystępność nie musi oznaczać sięgania po zabiegi proste i oczywiste.
Album podzielono na dwa akty, co lepiej oddają dwie strony winyla niż streaming. Na stronie A czuć napięcie. To zdecydowanie nie jest atmosfera, w której chciałoby się zagościć na dłużej. Stanowi niewerbalny komentarz na temat hiperkapitalizmu, wyzysku i systemu, z którym nie da się walczyć na równych zasadach. Strona B, zaczynająca się od utworu "Aura", wpuszcza z kolei nieco nadziei. Jeżeli uparcie szukać kolejnych podobieństw do jazzu, to w swojej najwcześniejszej wersji, odgrywany na plantacjach przez niewolników, cechował się podobnym kontrastem. Z jednej strony codzienne ciemiężenie, z drugiej odnajdywanie radości w nawet najmroczniejszych chwilach.
Żyć chciałoby się raczej w realiach kreowanych w akcie drugim. To oczywiste. Błogi spokój emanujący od "Aury", radość w zapraszającej do wspólnego pląsania "Ekstazie", odprężające, falowo rozchodzące się harmonie z "Euforii" albo ożywczy beat w "Pojednaniu" - do tych doświadczeń uciekamy przed strachem i problemami, marząc, by trwały jak najdłużej. Jak to jednak często bywa, z bezpiecznej odległości chętniej zagląda się w otchłań. Pierwsza cześć omamia jeszcze bardziej swoją intrygującą ponurością.
"Władza" przypomina "Sen shoguna" Władysława Komendarka, ale w wersji okrojonej z tych elementów melodyczno-rytmicznych, które mogłyby zachęcać do tańca. "System" z początku wydaje się rozwinięciem wcześniejszego pomysłu z dodatkiem beatu, ale chwilę później na front wysuwa się gitara basowa Pawła Stachowiaka, wprowadzając wyrazisty element dubowy. Kojarzący się bardziej z chłodną aurą "Demon Days" Gorillaz, niż z Astonem "Family Manem" Barrettem z Bob Marley & The Wailers. "Swawola" pozwala wreszcie usytuować nowe Błoto w okolicach jazzu, a niemal całą uwagę kradnie tutaj gorączkowy, dillowy rytm perkusyjny. Marcin Rak ma zresztą jeszcze kilka takich momentów na albumie, kiedy zarówno jego żywe, jak i zautomatyzowane bębny biorą na siebie ciężar narracyjny w instrumentalnej opowieści o systemowej opresji (chociażby w "Korupcji" czy "Biedzie").
Szczególnie wyróżnia się jednak "Mobbing" z gościnnym udziałem DJ-a Eproma - postaci znanej w różnych środowiskach. Z jednej strony jest obecnie obok Abradaba jedynym członkiem Kalibra 44, z drugiej współpracuje z protoplastami polskiego rap rocka z Flapjacka. Jego scratche tak dobrze pasują do zapętlonego, krótkiego motywu powtarzanego przez kolejne instrumenty i nieco niepokojących harmonii syntezatorowych, że aż chciałoby się usłyszeć, co mógłby zrobić ze wszystkimi pozostałymi utworami. Jest tutaj moc, która przyda się każdemu, kto szuka w sobie sił, by wreszcie wygarnąć mobberowi, co o jego krzywdzących praktykach sądzi.
Skontrastowanie brzmienia w oparciu o dychotomię dobra i zła to koncept wykorzystywany w muzyce nie od dzisiaj. Na przykład "Low" Davida Bowiego na stronie A dokumentuje walkę z uzależnieniem sabotowanymi przez autora pop-rockowymi przebojami, a na stronie B szuka spokoju w ambientowych pejzażach. Zbliżone zabiegi stosowali też między innymi Kate Bush na "Hounds of Love" czy Radiohead na "Kid A". U Błota i Iona D podobny rezultat w mniejszym stopniu wydaje się jednak wynikać z realizowania dokładnie sporządzonego planu, w większym z wyodrębnienia naturalnie wydobywającego się z instrumentów przesłania po zarejestrowaniu dłuższej sesji improwizacyjnej. Czyli znowu jazzowy duch wszystko przeniknął i podejrzewam, że największym umysłom tej muzyki bliżej byłoby właśnie do czerpania z jej wolnościowej idei niż do utwardzania granic gatunkowych. Błoto raz jeszcze dowiodło, że doskonale to rozumie.
Błoto + Ion D "Atmosfera", Astigmatic Records
7/10











