29. Festiwal Jazz Jantar: Finał, który wymknął się scenariuszowi
Ostatni dzień Jazz Jantar miał być wielkim finałem - takim, po którym wychodzi się z sali z poczuciem domknięcia. Na papierze wszystko się zgadzało: wyczekiwany koncert Maruji (wyprzedany w trzy dni!) i Ciśnienie, które miało dostarczyć solidnej dawki emocji. Rzeczywistość postanowiła jednak dopisać własny, dość przewrotny scenariusz.

Jeszcze zanim wybrzmiał pierwszy dźwięk, dotarła do nas wiadomość, która skutecznie podcięła skrzydła wielu osobom na sali. Maruja - choć fizycznie obecna w Gdańsku - nie była w stanie zagrać. Ich instrumenty utknęły na lotnisku w Manchesterze.
Do końca tliła się nadzieja, że sprzęt dotrze nocą (spoiler: nie dotarł). Koncert najpierw przełożono, a ostatecznie - już następnego dnia - całkowicie odwołano. I choć łatwo w takiej chwili szukać winnych, tu naprawdę trudno kogokolwiek obarczyć odpowiedzialnością. Zwykły, pechowy zbieg okoliczności.
Patrząc na reakcje ludzi, widać było rozczarowanie - i trudno się dziwić. Wiele osób przyjechało tu specjalnie dla nich. Ja miałam o tyle "łatwiej", że festiwal mam właściwie pod domem, więc nie musiałam przewracać życia do góry nogami.
Ciśnienie: ciężar, który nie każdemu pozwolił przetrwać
Wieczór otworzyło Ciśnienie i bardzo szybko stało się jasne, że nie będzie to koncert "dla każdego". Prowadząca zapowiedziała go jako "muzyczny walec" - i to było jedno z tych określeń, które w stu procentach oddają rzeczywistość.
Już od pierwszych minut zrobiło się gęsto, duszno, intensywnie. Skojarzenia z zespołem Swans nasuwały się niemal automatycznie - powolne budowanie napięcia, repetycje, które wciągały coraz głębiej, aż w końcu - eksplozje dźwięku, momentami niemal fizycznie odczuwalne.
To był jedyny koncert festiwalu, który odbywał się na stojąco - i czuć było, że przyciągnął zupełnie inną publiczność. Średnia wieku wyraźnie niższa, więcej energii, ale też większa gotowość na to, żeby dać się tej muzyce "przejechać".
Nie wszyscy to wytrzymali. Widziałam osoby, które wychodziły w trakcie - przytłoczone ciężarem brzmienia. Ale jednocześnie lwia część publiczności została do końca i wyszła z poczuciem, że to było coś mocnego, prawdziwego. Koncert, który nie tyle się ogląda, co przeżywa.
Maruja po swojemu: DJ set zamiast koncertu
I wtedy wydarzyło się coś, czego chyba nikt się nie spodziewał.
Zamiast odwołać wieczór do końca, Maruja postanowiła wyjść do ludzi. Na otarcie łez zaproponowali DJ set - zupełnie poza festiwalową konwencją.
Na początku było nieco niezręcznie. Publiczność nie wiedziała, jak się odnaleźć w tej sytuacji. W końcu Jazz Jantar przyzwyczaił nas do zupełnie innego rodzaju skupienia, a tu nagle - taneczne kawałki, zachęty ze sceny, luźna atmosfera. Z jazzem miało to niewiele wspólnego.
Muzycy schodzili ze sceny, rozmawiali z ludźmi, robili zdjęcia, rozdawali autografy. Na stoisku pojawiły się ręcznie podpisane płyty - zniknęły w błyskawicznym tempie (mam i ja!). Lider momentami podśpiewywał, dorzucał coś od siebie do znanych utworów, budując coraz bardziej swobodny klimat.
W końcu trema publiczności puściła, a sala w Klubie Żak zamieniła się w pełnoprawną dyskotekę. Tańce, śmiech, totalne rozluźnienie. Coś, co jeszcze godzinę wcześniej wydawało się niemożliwe.
Czy to zastąpiło koncert? Oczywiście, że nie.
Ale jednocześnie trudno nie docenić tego gestu. Maruja naprawdę zrobiła wszystko, żeby choć częściowo zrekompensować brak występu. Dla osób, którym zależało na spotkaniu z zespołem, była to wręcz wyjątkowa okazja - bliska, bezpośrednia, bardzo ludzka.
Ja sama wyszłam z autografami, krótką rozmową i poczuciem, że mimo wszystko coś z tego wieczoru zostało "uratowane".
Finał Jazz Jantaru
Ten ostatni dzień był pełen zawirowań, ale też zaskakująco kompletny. Fenomenalny, intensywny koncert Ciśnienia i zupełnie nieoczywiste spotkanie z Marują stworzyły kontrast, który dobrze pokazuje, jak szerokim i żywym zjawiskiem jest dziś jazz (i wszystko wokół niego).
Nie nazwę się znawczynią gatunku, ale właśnie dlatego tak bardzo doceniam Jazz Jantar - to przestrzeń zarówno dla tych, którzy siedzą w tym od lat, jak i dla takich osób, które po prostu chcą poszerzać horyzonty.
Wyszłam z nowymi nazwami w głowie i nowymi doświadczeniami. To właśnie ten finał najlepiej pokazał, czym tak naprawdę jest Jazz Jantar. Nie tylko serią koncertów, ale żywym organizmem, w którym jest miejsce na improwizację - także tę pozamuzyczną.









