29. Festiwal Jazz Jantar. Dzień trzeci: "Jest to dyskomfort potrzebny" [RELACJA]
Trzeci dzień Jazz Jantaru w Żaku był wieczorem skrajności - od muzyki, w której można było się wygodnie zanurzyć, po taką, która wytrącała z równowagi do tego stopnia, że trudno było wysiedzieć do końca. I choć momentami było to doświadczenie zwyczajnie niewygodne, artyści jasno dali znać, że właśnie taki efekt był zamierzony.

Wieczór zaczęłam od koncertu Kratisa Q, kwartetu związanego z Wrocławiem i Gdańskiem, który po raz pierwszy zagrał w Trójmieście. Ich muzyka rzeczywiście rozpięta jest między różnymi porządkami - z jednej strony słychać w niej luźne inspiracje mitologią, z drugiej coś bardzo współczesnego i osadzonego tu i teraz.
Najbardziej uderzyła mnie ich zespołowość. Grali tak, jakby byli jednym organizmem - bardzo skupieni, ale jednocześnie swobodni. Każdy z muzyków miał moment, żeby wyjść na pierwszy plan, ale nic nie było wymuszone. Wszystko działo się naturalnie, bez nadmiaru gestów.
To była muzyka w dużej mierze melodyjna, ale co jakiś czas pojawiały się bardziej nieregularne fragmenty, które wytrącały z tej wygody - jak choćby brzmienie kalimby. I właśnie ten balans wydał mi się ciekawy. Choć koncert odbywał się w sali kinowej i przy nieco mniejszej frekwencji - część widzów najwyraźniej oszczędzała siły na dalszą część wieczoru - był to bardzo satysfakcjonujący początek.
Koncert, który nie daje wytchnienia
Drugi występ - The Sleep of Reason Produces Monsters - był już zupełnie inną historią. Prowadząca ostrzegła widzów: "Może to być dyskomfort, ale jest to dyskomfort potrzebny".
Dźwięk był gęsty, agresywny, momentami wręcz przytłaczający do granic. Czułam się przebodźcowana, zmęczona, fizycznie zmuszona do wysiedzenia w sali. Rozumiem sztukę, która ma wytrącać, drażnić, prowokować. Widzę w tym sens - że może to być metafora naszej ucieczki od rzeczy trudnych, niewygodnych, od odpowiedzialności. Zmuszenie do konfrontacji z okrutną rzeczywistością, bez filtrowania jej przez dopaminowe treści.
Byłam ciekawa obecności Mariam Rezaei przy gramofonach, ale jej dźwięk chwilami ginął pod naporem reszty zespołu. Całość była jak jeden, nieprzerwany atak.
Miałam bardzo silną potrzebę, żeby wyjść. I jednocześnie zostałam - trochę na zasadzie sprawdzania siebie, trochę z poczucia, że "powinnam" to wytrzymać. Niewielka część widowni opuściła koncert w trakcie - jednak większość odbiorców dzielnie wysiedziała do końca.
Wyszłam z sali z dudniącą głową. I choć nie mogę powiedzieć, że mi się podobało, to był to występ, który najmocniej we mnie został.
Muzyka, która porządkuje
Problem polegał na tym, że nie było czasu, żeby to wszystko "przetrawić". Bardzo brakowało mi dłuższej przerwy między koncertami. Na kolejny występ wchodziłam jeszcze z tamtym chaosem w głowie, trochę nadąsana, zmęczona.
Na szczęście Szymon Zawodny Quintet dość szybko przywrócił równowagę. To zresztą zespół, który w ostatnim czasie wyraźnie zaznaczył swoją obecność na scenie - nagrodzony Fryderykiem za fonograficzny debiut roku w jazzie za album "Zero Waste".
To było granie intymne i bardzo osobiste, kojące. Narracja rozwijała się spokojnie, z dużą dbałością o przestrzeń i nastrój. Pobrzmiewały w niej też wpływy bliższe mainstreamowi i klasyce. Wszystko trzymało się razem, bez wrażenia chaosu czy przypadkowości. Zespół był świetnie zgrany, ale nikt nie ginął w tle - każdy miał swoją przestrzeń i moment.
To był koncert, który mnie wyciszył i poukładał po tym, co wydarzyło się wcześniej.
Najbardziej intensywny dzień
Trzeci dzień Jazz Jantaru okazał się dla mnie najbardziej wymagający emocjonalnie. Jeden z koncertów zdominował odbiór całości, ale jednocześnie nadał mu wyraźny ciężar.
Paradoksalnie dobrze zadziałał układ wieczoru - coś przystępnego na początek, potem moment graniczny i na koniec powrót do czegoś bardziej oswojonego. Taka koncertowa "kanapka".
Przed nami jeszcze weekend - już z mniejszą liczbą koncertów każdego dnia. To wyraźny ukłon w stronę tych, którzy są na festiwalu od początku, bo po takim wieczorze zmęczenie daje o sobie znać.









