Oliwia Kopcik, Interia Muzyka: W zapowiedzi waszego koncertu można przeczytać, że - zacytuję - "to spotkanie mistrzów, których muzyka ukształtowała polską scenę rockową". Jak się czujecie z takim określeniem?
Zbigniew Hołdys: - Nie wiem, czy ono jest prawdziwe. Wpływ jakiś mieliśmy, zarówno indywidualny czy to, co robiłem z Perfectem albo z płytami "I Ching" i "Świnie", i to miało jakiś swój rezonans, ale czy to zadziałało na innych ludzi - tego nie wiem.
Karim Martusewicz: - Nie byłoby tego projektu, gdyby to nie działało. Bo powrót pojawił się na FAMIE, słynnym festiwalu studenckim, gdzie młodzi ludzie, młodzi artyści, mieli okazję zapoznać się z tą kultową płytą "I Ching". Mistrzowie pojawili się na FAMIE, a ja swoją nieskromną osobą pomogłem zebrać młodą orkiestrę i przekazywać dalej te dźwięki, które nas kształtowały. Nawet teraz na backstage'u rozmawialiśmy z kolegami z zespołu Kult, którzy specjalnie z hotelu przyjdą nas posłuchać, bo też mówili, że te płyty kształtowały ich młodość i wywierały ogromny wpływ, tak że, Zbyszku, trochę więcej…
Zbigniew Hołdys: - Nie umniejszaj swojej roli. Jestem wdzięczny, i to mówię bez kokieterii, zarówno Karimowi, jak i Wojtkowi Waglewskiemu, że mnie wyciągnęli z domu, bo tam siedzę cicho, nie wystawiam nosa. A mnie się nie da wyciągnąć, żebym grał przeboje jakieś tam, natomiast ta przygoda muzyczna to była bardzo intrygująca myśl. I nowe aranżacje tych utworów, zaskakujące często, są kapitalne - i to jest dzieło Karima. Więc niech on tu nie wynosi innych na swoich plecach, tylko niech sam się pokłoni i przyjmie odznaczenie.
Napisane jest "spotkanie mistrzów", a nie "spotkanie mistrzów i Karima", tak że coś to musi znaczyć! Pytanie mam do ciebie właśnie, Karim, bo zanim trafiłeś do Voo Voo, byłeś fanem tego zespołu, w wywiadzie z Piotrem Metzem mówiłeś też, że chciałbyś zająć się orkiestracją i teraz te marzenia się spełniają. Jakie masz kolejne?
Karim Martusewicz: - Tutaj akurat jestem z siebie dumny, bo przygoda moja z orkiestracją trwa już od jakiegoś czasu, a tak naprawdę od Przystanku Woodstock, gdzie dla Jurka Owsiaka robiłem duży koncert 16 lat temu. Natomiast to robiłem tak bardzo intuicyjnie, a w tym roku, na jesieni, kończę studia podyplomowe na Akademii Muzycznej w Warszawie - kończę właśnie orkiestrację, instrumentację, kompozycję taką współczesną. Jeszcze wczoraj pisałem nuty do Beethovena. Tak że w późnym wieku, ale w każdym się można rozwijać. Zresztą nasz prezydent, ustępując, też się uczy cały czas, tak że posłuchałem głosu wodza (śmiech).
Zobacz również:
Skoro jesteśmy na Jarocinie to nie mogę nie nawiązać jeszcze do Voo Voo, bo dzięki tobie Voo Voo trafiło na Jarocin, czujesz się trochę ojcem sukcesu tego zespołu?
Zbigniew Hołdys: - Może miałem wpływ na to, że Wojtek wyszedł z dziupli. Bo on grał w Osjanie i z wieloma różnymi mniej lub bardziej komercyjnymi formacjami i kiedy go spotkałem, jako już swojego bardzo dobrego kolegę, przypadkowo, w czasie nagrywania sesji "I Ching", zapytałem go, czy by się do nas nie przyłączył. I to go porwało, wyszedł wtedy z tej swojej skorupy, zaczął grać z powrotem na gitarze elektrycznej, a uważam, że gra wspaniale, to jest jeden z najlepszych gitarzystów, jakich w życiu widziałem. A potem, jak już graliśmy "I Ching" i "Świnie", powiedziałem mu, żeby zrobił własny zespół, żeby ciągnął to dalej. I stało się. Tak że jeżeli jest jakieś ziarenko z mojej strony, to jestem szczęśliwy, bo muzyka na tym tylko zyskała. To piekielnie zdolny, utalentowany, charyzmatyczny zarówno muzyk, jak i poeta.
Karim Martusewicz: - Kiedy dzisiaj panów wysadziliśmy z busa na spotkanie z dziećmi, pozostałej części busa, tej młodzieżowej, opowiedziałem tę historię. Bo Wojtek mi opowiadał, że "tak, jak Voo Voo miało powstać, to tak naprawdę Hołdys mi powiedział, że mam coś zrobić, założyć własny zespół, pojechać do Jarocina…". Taką właśnie znam opowieść i dzisiaj przekazałem młodszemu pokoleniu.
Będziecie grali piosenki "I Ching" możecie przybliżyć trochę historię tego projektu? Bo czytałam takie rzeczy, że tam żołnierze siedzieli z wami w studiu… Można znaleźć takie historie w internecie.
Zbigniew Hołdys: - Ja z internetem już nie walczę. Czytałem na swój temat tyle paranoicznych treści, że nie mam siły ani ochoty zajmować się tym. Natomiast historia jest prosta: dyrektor muzyczny Programu Trzeciego, Lech Nowicki, miał koncept, żeby zrobić jakąś sesję nagraniową z młodymi kapelami, które w owym czasie zaczęły szturmować scenę rockową. I spytał, czy ja bym nie został kierownikiem muzycznym tego projektu. Ja mu na to odpowiedziałem, że jest inna możliwość: żebyśmy skorzystali z tej okazji i weszli do studia z innymi sławnymi z muzykami z różnych zespołów - z Maanamu, TSA, z Martyną Jakubowicz - i żebyśmy nagrali metodą jam session, czyli ludzie, którzy ze sobą nigdy nie grali, nagle zagrają razem i powstanie coś na kształt superzespołu. Lechowi się to spodobało i poszliśmy tą ścieżką. Nie było łatwo, bo na początku okazało się, że nie mamy wspólnych fundamentów, bo jedni się wychowali na Hendrixie, inni na AC/DC, a to są różne światy. I właśnie z Wojtkiem Morawskim, Wojtkiem Waglewskim i Andrzejem Nowickim zasiedliśmy w klubie Stodoła i zaczęliśmy próbować zupełnie nowych kompozycji, nowych rzeczy i potem je wprowadziliśmy na taśmę. To była sensacja. Moim zdaniem dobrze to zrobiliśmy, dlatego że nie było wojen ani bójek między nami, muzyka górowała i powstała rzecz iście ponadczasowa, bez agresji. Myślę, że piękna.
To jeszcze na koniec od zespołu mistrzów - poproszę o jakieś polecajki zespołów, które koniecznie trzeba znać. Mogą być stare, może być coś z młodej sceny, pełna dowolność.
Zbigniew Hołdys: - Ja uwielbiałem grupy bluesowe, takie oryginale dosyć - John Mayall & the Bluesbreakers albo Blodwyn Pig. To już dałem dwa.
Karim Martusewicz: - Ja myślę, że królem, na którego człowiek, który słucha muzyki albo gra, musi trafić, jest Jimi Hendrix.
Zbigniew Hołdys: - Kawał łobuza, który zrewolucjonizował muzykę.











