Wielkopolskie Rytmy Młodych 2025: pokolenie, które walczy o dopaminę [RELACJA]
Wiem, że piszę to po raz setny i że to już jest nudne, ale mam do Rytmów Młodych bardzo osobisty stosunek - i przez bycie w jury, i przez to, że młode zespoły to zdecydowanie moje ulubione. A młoda polska scena ma się wybitnie dobrze, co usłyszał każdy, kto przyszedł w czwartek do jarocińskiego amfiteatru.

O tym, co się działo na półfinałach pisałam tutaj i tutaj. Było trudno, to już wiemy. I że na finale będzie jeszcze trudniej, to też było oczywiste. Ale złożyliśmy wspaniałą finałową piątkę, z której jestem bardzo dumna i jakby mnie ktoś pytał, to drugi raz wybrałabym taką samą. I duma rośnie w serduszku, bo trochę by można powiedzieć, że o takie zespoły nic nie robiłam, ale wybraliśmy je, więc już się człowiek wkręca, kibicuje i chce, żeby było jak najlepiej.
Na pierwszy ogień poszedł zespół Deathyard, nazywany w naszym zestawieniu "szatanami". I chociaż nie lubię, jak się do mnie mówi na koncercie, to tym razem co chwilę - z przyjemnością, nie ukrywam - słyszałam "Kurde, ale on gra". Ale zacznijmy od wokalu. Chłopaki przed Jarocinem mówili: "Tu liczy się prawda, energia i przekaz - i jeśli możemy być tego częścią, to znak, że wciąż jest miejsce na szczerość i autentyczność. A właśnie takim głosem chcemy mówić". Jesss, a my takiego chcemy słuchać, Chrisie Hoflerze! Sprawdźcie ich nagrania, totalnie wyjątkowy głos. Perkusista - Igor Dymkowski - ma chyba ponadprzeciętną liczbę nóg, bo, jak komentowaliśmy potem, przez to 30 minut grania wykonał chyba z pięć tysięcy uderzeń. Grający na basie Grzesiek Feliks i gitarzysta Krzysiek Śniadecki tylko dopełnili tej całości - nie zliczę, ile razy podczas tego koncertu usłyszałam słowo "wybitny". Już to mówiłam i im, i wszystkim, którzy chcieli mnie słuchać, że uważam, że to jest zespół gotowy na wielkie sceny i nie mam pojęcia, dlaczego musi występować w jakichś przeglądach. Wybitny.
Jako drudzy wyszli panowie z Cafetraumy. Będę cytować, bo oni bardzo ładnych stwierdzeń używają. Po pierwsze, że ich muzyka to "to wypadkowa emo, rapu, punka i syntetycznego bólu". Syntetycznego bólu! Po drugie, tak pisali o tym, czym jest dla nich Jarocin: "Nasze pokolenie miało to szczęście urodzić się w wolnym kraju, z dostępem do dóbr materialnych, wiedzy i narzędzi rozwoju. Ale to nie znaczy, że nie jesteśmy uciśnieni. Nie niewoli nas rząd, nie napi..dala milicja - jesteśmy pokoleniem, które walczy o dopaminę, nie o kartki na mięso. Jarocin to dla nas przede wszystkim symbol walki o wolność - tylko że każde pokolenie niesie inną krucjatę".
Chłopaki są kwintesencją Jarocina. Poza tym mają same singlowe kawałki, które mają chwytliwe refreny, a przy okazji są o czymś istotnym, ale nie patetycznie. Trzeba też powiedzieć, że działają ze swoją fundacją, która ma wspierać osoby w walce o zdrowie psychiczne. "Napiszcie do nas na Fundację Nie Jest Źle, razem damy radę i będzie git" - powiedział ze sceny Łukasz, wokalista. To jest chyba przekaz, który niejedna osoba chciałaby usłyszeć. Razem damy radę i będzie git.
Następnie Lulu Suicide. "Zespół charakteryzuje się ładną, różową gitarką, seksownym basistą i śpiewającym perkusistą" - przedstawiał ich ze sceny Tomek Jankowski, konferansjer, ale i, brzydko mówiąc, członek jury. Wyobrażam sobie, że trudno wejść na scenę z shoegaze'owo-dreampopowymi melodiami po metalu i punku. Ale udźwignęli i to bez żadnych problemów. No, był mały problem techniczny i był deszcz, ale to w ogólnie w niczym nie przeszkadzało.
Kiedyś kolega poradził mi, że jeśli nie mogę zasnąć, to muszę wyobrazić sobie, że moje ciało powoli stopniowo zapada się w piasek i robi się coraz lżejsze. I to jest dla mnie klimat słuchania muzyki Lulu Suicide - położyć się na łóżku, patrzeć w sufit i wejść w jakąś inną rzeczywistość. Ach, no i tytuł "hi, i'm ready to die" - wspaniały.
Czwarty zespół trafił do finału z głosowania publiczności, a mowa o Czemoo. To połączenie grupy Lockdown, która na Jarocinie już grała, z młodym, poznańskim raperem Kubeusem. Trudno jest porównywać grupę 13-latków do dorosłych zespołów, ale dzieciaki naprawdę dały radę. Jeśli do tej pory dziecięcy zespół kojarzył wam się z jakimiś Fasolkami, to już pora zmienić ogląd na sprawę. Co prawda mieliśmy wrażenie, że trochę więcej tam konferansjerki niż grania, ale doświadczenie zbiera się z czasem, a oni mają go jeszcze sporo.
Na koniec - mogę to już powiedzieć - mój typ, czyli Pere-Lachaise. Zimna fala z rapem, dobre teksty, masa energii. Nie usłyszeliśmy niestety najbardziej przebojowego "Mia Wallace", ale dostaliśmy za to premierowo piosenkę "Inna Polska" i ładne nawiązanie do Siekiery. Nie chcę pisać rzeczy w stylu "druga Siekiera", bo to po prostu pierwsze Pere-Lachaise. Mogłabym chwalić teksty, użycie Mooga albo coś, ale oni są po prostu świetną całością. "Żyjmy tak, żeby za pięćdziesiąt lat pochowali nas na Pere-Lachaise" - śpiewają i wierzę, że właśnie zrobili krok do zapisania się w historii polskiej muzyki.
Decyzją jury w składzie: Kathia, Oliwka Kopcik, Kuba Kawalec, Tomek Jankowski i Sebastian Pluta zwycięzcami została Cafetrauma, a wyróżnienie powędrowało do Pere-Lachaise. A obrady były burzliwe, tak jak i było przy półfinałach. Ale podtrzymuję ten wybór, należało się jak psu buda, jak mówią starzy ludzie. Wielkie gratulacje, wielka duma z was, chłopaki!
Wieczoru dopełniły występy Izzy and the Black Trees, które polecam gdzieś tam od czasów Tak Brzmi Miasto kilka lat temu i podtrzymuję, oraz Piotra Banacha, który w jarocińskim amfiteatrze świętował kilka jubileuszy - 60-te urodziny, 40 lat od pierwszego występu w Jarocinie i 45 lat bycia na scenie. Gości Banach zaprosił wybitnych, czyli Renatę Przemyk, Wojciecha Waglewskiego, Grabaża, Olka Różanka i Przemka Thiele. I orkiestrę dętą do tego.
Czeka nas w tym roku jeszcze wiele dobrego na Jarocinie - New Model Army, Coma, Kult, projekt Waglewski/Hołdys/Karimski Orchestra, The Analogs czy Booze & Glory - ale niezmiennie Rytmy Młodych to moja ulubiona część festiwalu. Do zobaczenia na dużych scenach, młoda polska muzyko!














