Oliwia Kopcik, Interia Muzyka: Jesteś związany z Jarocinem od 18 lat, więc mamy tu mały jubileusz, ale też trzeci raz wracasz do roli dyrektora artystycznego. Jak się z tym czujesz? Bardziej radość i nowa energia czy trochę też presja?
Michał Wiraszko: - To jest zawsze jedno i drugie. Trzecie podejście i piąta edycja. Miałem 25 lat, kiedy pierwszy raz organizowałem Jarocin. Tylko dzięki życzliwym ludziom, którzy mnie wspierali, to wszystko się udało, bo zasadniczo... miałem dużo pomysłów i słuchałem dużo muzyki, ale z organizacją i produkcją doświadczenia nie miałem. Bo też skąd miałem mieć, jeśli pół roku wcześniej skończyłem studia. Myślę, że to mnie z Jarocinem związało na zawsze i nieważne, czy to jest trzecie i ostatnie, a może trzecie i kolejne otwarcie. Festiwal w Jarocinie już zawsze będzie zajmował w moim sercu ważne miejsce.
Masz teraz więcej doświadczenia, ale widzisz też różnice, na przykład, w organizacji albo komunikacji festiwalu, które się pojawiły przez te lata?
- Sama istota festiwalu się nie zmieniła, to jest ciągle spotkanie ludzi po to, żeby na żywo wspólnie przeżywać muzykę. Zmieniły się za to diametralnie czasy i to żywe spotkanie w zasadzie stało się jedną z, jak to się ładnie mówi, ostatnich organicznych redut w naszej cyfrowej rewolucji, którą przeżywamy wszyscy jako cywilizacja. Zmierzam do tego, że sama produkcja i organizacja się mocno zmieniły, bo pierwszą edycję organizowaliśmy w ten sposób, że ja, jeśli dobrze pamiętam, miałem w umowie zapisane, że przynajmniej trzy razy w tygodniu musiałem być w Jarocinie, w Jarocińskim Ośrodku Kultury. Zdarzało się oczywiście, że byłem częściej, co zaowocowało tym, że przez dwa lata przejechałem samochodem tylko na linii Poznań-Jarocin grubo ponad 60 000 km. Pociągiem nie wiem ile, bo nie robiłem statystyk. Dzisiaj spotykamy się na żywo z ekipą tylko wtedy, kiedy trzeba coś omówić konkretnego i się "zmóżdżyć", a i tak czasami kończy się na callu online. No i trudno się dziwić. Ja też nie mam z tym problemu, odbieram to raczej jako znak czasów niż jako powód do narzekania.
Pytałam też o tę presję, bo tak sobie myślę, że stworzenie line-upu, który zadowoli wszystkich, to jest trudna rzecz, żeby nie powiedzieć "niemożliwa". Bo trzeba zachować legendę tego festiwalu, a z drugiej strony też dotrzeć do nowych ludzi.
- Nie wiem, czy jakikolwiek festiwal miał line-up, który zadowala wszystkich do tego stopnia, że całe audytorium przyjeżdża i jest skupione i aktywne od początku do końca każdego dnia koncertowego. Nie wiem, być może są takie festiwale. W Jarocinie jest to o tyle szczególna sytuacja, że to jest festiwal, który wychowuje w tej chwili piąte czy szóste pokolenie dzieciaków - mówię dzieciaków, bo każdy, kto przyjeżdża do Jarocina, ma duszę dziecka.
Przez te 56 lat uzbierało się pewnie kilka tysięcy artystów i kilkaset tysięcy ludzi, z których większość mówi o "moim Jarocinie" - "Mój Jarocin był taki…". To jest szczególna więź. Ja nie wiem, czy generacyjnie inne festiwale stworzyły takie zjawisko, z którym takie rzesze ludzi tak bardzo się identyfikują. To jest ogromny walor tego festiwalu i przekleństwo zarazem. Szczególnie w takiej robocie, którą ja wykonuję, trzeba być bardzo wrażliwym na głosy ludzi, a jednocześnie mieć swój rozsądek i swoją wizję, za którą się odpowiada. Niemniej jest to festiwal ludzi, najbardziej ze wszystkich, które znam, i festiwal rockowy z najstarszym rodowodem, jaki znam, w Polsce - dość powiedzieć, że jest tylko rok młodszy od amerykańskiego Woodstocku. To generuje, tak jak wspomniałaś, szczególną konieczność dbania o własną historię, o własny dorobek, ale zarazem niezapominania o tym, co w Jarocinie zawsze było najważniejsze i czym zawsze Jarocin się wyróżniał, czyli młodością. Czy to były Wielkopolskie Rytmy Młodych w latach 70., czy to był Festiwal Muzyków Młodej Generacji, czy Festiwal Muzyków Rockowych w latach 80., czy w końcu XXI-wieczny Jarocin Festiwal, zawsze tu królowała młodość i być może dzisiaj ta młodość nie jest jedynym zjawiskiem, bo to jest festiwal międzypokoleniowy, już zaczynają nawet dziadkowie z wnukami tam przyjeżdżać, ale nadal młodość jest tym, co ten festiwal pcha w kolejne dekady. Już szóstą dekadę teraz.
A właśnie - czym się kierowałeś przy wyborze artystów? Bo też trzeba przyznać, że ta różnorodność jest dosyć duża od, nie wiem, Houk i Variete po Wojtka Szumańskiego.
- Powiedziałbym, że to jest jeszcze skromna różnorodność, jak na ten festiwal, bo wszyscy ci artyści, których wymieniłaś, korzystają z gitar, ale mamy takich pozytywnych "wariatów" jak Sensei Dżakba, który jednak jest postacią kontrowersyjną. Widzę to po wpisach ludzi, biorę je sobie oczywiście do serca, natomiast będę stał absolutnie na straży opinii, że jest to współczesny punk rock, bo to on jest "brzydki i zły". Jest punkrockowy w swoim sposobie wyrażania, w przekazie, który daje, podburza, prowokuje i absolutnie nie jest artystą do lubienia, a chyba o to chodzi w punk rocku. Pozwoliłem sobie na taki eksperyment, zobaczymy, co się wydarzy.
Z takich najbardziej niejarocińskich rzeczy wskazałbym jeszcze Sigmę i Snutki. To jest super połączenie jarocińskiego hip hopu z lokalnym, południowo wielkopolskim folklorem. To są oczywiście pierwiastki w tym różnorodnym i chyba najbogatszym od wielu lat programie festiwalu, bo - licząc z koncertami Wielkopolskich Rytmów Młodych i z koncertami w Spichlerzu Polskiego Rocka, które też są tegoroczną nowością, mamy, jak dobrze liczę, 52 koncerty. Czyli ponad 50 koncertów w cztery dni. To są te pierwiastki, które odwołują się do korzeni jarocińskich, bo też będę do śmierci powtarzał, że jedną z laureatek festiwalu w Jarocinie jest Hanna Banaszak - w 1974 roku Hanna Banaszak, w duecie Hanna i Piotr, wygrała Wielkopolskie Rytmy Młodych. Dlaczego o tym nie pamiętać?
Mnie w sumie najbardziej w line-upie chyba zaskoczyło Nene Heroine, bo kiedyś ten jazz w Jarocinie był, ale teraz, jeśli spytasz kogoś, to raczej mało kto o tym pamięta.
- I to też jest dodatek. Wiesz, śledzę, na szczęście pojedyncze, głosy świętego oburzenia, ale też odwołam się do tych lat progresywnych, 70., gdzie progrockowe zespoły grały, a to jest najbliżej jazzu, jeśli chodzi o muzykę gitarową. Mamy też wspomnienia sprzed niespełna 10 lat, kiedy jeden w ogóle z ostatnich koncertów w swoim życiu zagrał Tomasz Stańko.
Nie ścigamy się z wielkimi koncertami stadionowymi, nie ścigamy się z międzynarodowymi agencjami koncertowymi. To jest w stu procentach polski festiwal. I mówię to z zerowym szowinizmem, za to z ogromną satysfakcją, że ten festiwal wrócił do korzeni i prezentuje absolutnie pełen przekrój artystów, gatunkowo, ale także metrykalnie, w stu procentach polskich. To jest super.
Nie mogę też nie zapytać oczywiście o Houk i Republikę, czyli dwa wielkie powroty. Jak wam się to udało?!
- No tak, jeszcze połowa roku nie minęła, a tu już dwa legendarne składy zostały reaktywowane (śmiech). Myślę, że tutaj mocno zadziałał fakt łączenia przeze mnie funkcji dyrektora artystycznego z byciem artystą. Nie sprawdzimy tego nigdy, ale gdybym się odezwał do nich jako taki typowy programator festiwali, pewnie byłoby trudniej. Jako artysta z dwudziestoletnim doświadczeniem myślę, że wiem, jak trzeba rozmawiać, żeby do takich rzeczy dochodziło. Mogę zdradzić, że w obydwu tych przypadkach troszeczkę było tak, że najpierw z każdym z tych muzyków rozmawiałem osobno, żeby wyczuć, czy to w ogóle ma sens, i nagle się okazało, że po kilku tygodniach oni zaczęli ze sobą rozmawiać. Rzucone ziarenka tak zaczęły ładnie ze sobą pracować i kiełkować. Okazało się, że to wcale nie jest takie trudne, ale to nie jest moja siła, to jest siła festiwalu w Jarocinie.
Będą też projekty specjalne, "Moja krew, twoja krew", będą Sad Smiles grający "Nową Aleksandrię" i będą "Kobiety Jarocina". Opowiesz coś więcej? Bo to też są nieoczywiste pomysły.
- Będzie jeszcze Mery Spolsky grająca Kontrolę W. i Kosmetyki Mrs. Pinki, to nie jest specjalny projekt, ale na pewno wyjątkowy. Z przyjemnością oczywiście opowiem! Sad Smiles, czyli laureaci Wielkopolskich Rytmów Młodych, biorą na warsztat płytę, którą też miałem przyjemność na warsztat wziąć 10 lat temu na trzydziestolecie wydania "Nowej Aleksandrii". To jest płyta pomnikowa, myślę, że nie tylko dla mojego pokolenia, ale w ogóle dla polskiej muzyki i kultury. Jestem bardzo ciekawy, jak ludzie, którzy są o połowę młodsi niż ten album, do niego podejdą. Rozmawiałem z Szymonem, wokalistą zespołu, zdradził mi pewne szczegóły, bardzo intrygujące. Są to na tyle błyskotliwi, inteligentni i wrażliwi ludzie, że jestem spokojny.
Koncert Renata Przemyk i "Kobiety Jarocina" to jest niezwykła sprawa. Miałem przyjemność ostatnio recenzować nową, świetną książkę Magdaleny Czubaszek "Będziesz wrzeszczeć" - to jest książka poświęcona właśnie śpiewającym kobietom w historii polskiej muzyki. I tam zamieściłem na okładce takie westchnienie, że marzę, żeby dożyć czasów, w których zjawiska poświęcone kobietom nie będą musiały być opisywane w osobnych książkach, tylko będą traktowane na równi. Powoli z tego absurdu wychodzimy, ale wciąż zbyt powoli. Myślę, że projekt Renaty się do tego też przyczyni. Jej gościnie zaprezentują muzykę i słowa, bo Jarocin to jest również festiwal słowa, które przez te dekady jarocińskie wyśpiewały, wykrzykiwały albo mówiły dziewczyny. Myślę, że to jest super walor tego "dnia zero" festiwalu, czyli czwartkowego finału Wielkopolskich Rytmów Młodych.
Z kolei finałem całego festiwalu, bo to już mogę też zdradzić, będzie koncert "Moja krew, twoja krew". Koncert, który w zasadzie całe jestestwo Jarocina połączy w jedną całość. Odwołujemy się oczywiście do filmu "My blood, your blood", który BBC nakręciło w Jarocinie w roku 1986. Zresztą w ogóle w tym roku mamy dużo czterdziestek albo czterdziestek piątek, jak w przypadku Dezertera. Ewidentnie wychodzi na to, że rok 86' to był wybitny rok w historii polskiej muzyki, nie tylko rockowej. Odwołujemy się do filmu "Moja krew, twoja krew", który tytuł zaczerpnął od tytułu piosenki Republiki oczywiście. W tymże filmie wystąpili ludzie, którzy grają do dzisiaj, to też jest siła festiwalu w Jarocinie. Z oczywistych przyczyn w koncercie nie będzie Grzegorza Ciechowskiego, nie będzie Kory Jackowskiej, nie będzie Roberta Brylewskiego, ale w zasadzie większość artystów, którzy żyją i są aktywni, pojawi się tego dnia. Będą to Robert Gawliński, Wojtek Waglewski, Mateusz Pospieszalski, Tomek Lipiński, Paweł "Guma" z Moskwy, Maleo z Houka i wtedy z Izraela - to jest ta, nazwijmy, stara gwardia. Ale mamy na drugim końcu jarocińskie dzieciaki, bo tak chyba wypada powiedzieć. Będziemy mieli i Zutę, i Mery Spolsky, Kasię Lins, która bardzo odważnie i świetnie potraktowała repertuar Ciechowskiego i Republiki, będą w końcu reprezentanci najmłodszego pokolenia, czyli wspomniany Szymon oraz Olek Zajdel z Metra. To wszystko w ramach jednego koncertu finałowego. Kurczę, nie wiem, czy umiem lepiej zaprosić na ten festiwal, niż po prostu o nim opowiadając.
Ba, jeden z pożegnalnych, nie pożegnalny, bo to byłoby nadużycie, ale jeden z niewielu pożegnalnych koncertów, na pewno najważniejszy oprócz wrocławskiego, zagra Lech Janerka.
A masz taki koncert, na który czekasz najbardziej albo na który powiesz, że koniecznie trzeba iść, czy dyrektor artystyczny wszystkie dzieci kocha tak samo?
- No nie powiesz, które dziecko kochasz bardziej, kiedy masz ich kilkoro. Każdego dnia będą takie zjawiska. Mam nadzieję, że niewyróżnieni się nie obrażą, ale no musiałbym wymienić cały line-up. Pewnie i tak będę biegał od sceny do sceny, bo po to tam jestem. Niemniej czekam na wspomnianych Sad Smiles i Renatę w czwartek, na Lechu to będę już pewnie zalany łzami...
Ja prawdopodobnie też.
- No, dobrze, że to ostatni koncert tego dnia (śmiech). Ale jestem megaciekawy też koncertu Frontside, bo nigdy nie byłem. Zespół teraz wrócił po ośmiu latach. To nie jest muzyka, z którą obcuję na co dzień, ale taka, którą podziwiam i bardzo poważam. Zresztą też w swoim życiu miałem taki epizod, że słucham tylko metalu, jako dzieciak. Widziałem ostatnio, że ktoś narzekał, że na Pol'and'Rocku jest mało moshpitowych zespołów, to ja zapraszam serdecznie, bo u nas oprócz Fontside, będą dwa bardzo fajne, młode zjawiska, lokalne, czyli Subterfuge i Okrutnik.
Oczywiście też Houk, 25-lecie Happysad, czyli kolejny jubileusz - to już najnowsza historia Jarocina, ta historia z XXI wieku, ale to też zespół niezwykle dla tego festiwalu - i z wzajemnością, myślę - ważny. Ostatni dzień to jest oczywiście udział Republiki w koncercie "Moja krew, twoja krew". Ja znam już ten program, wiem, co oni zagrają i, proszę mi wierzyć, że to będzie 15-20 minut bardzo emocjonalne i bardzo republikańskie.

Kolejna nowość to jest konferencja, która będzie towarzyszyła festiwalowi.
- To jest znowu bardzo ważny dodatek do festiwalu. Dlaczego bardzo ważny? Dlatego, że mówiłem, że znakiem rozpoznawczym Jarocina jest młodość. I chcemy, żeby ta młodość, zwłaszcza związana z Rytmami Młodych, została w Jarocinie na cały festiwal. W związku z tym przedpołudnia i popołudnia, zanim zacznie grać scena główna, chcemy zagospodarować właśnie konferencją, dzięki wsparciu między innymi Ministerstwa Kultury. Będzie to w sumie kilkanaście wydarzeń, na które złożą się panele tematyczne, w których głos zabiorą bardzo ważne postaci naszej branży i podzielą się i wiedzą, i doświadczeniem, i umiejętnościami. Przede wszystkim z młodymi artystami, ale tak naprawdę ta konferencja jest otwarta i będzie wartościowa dla wszystkich ciekawych, jak to wygląda od drugiej strony. Będą warsztaty stricte poświęcone produkcji muzycznej, pisaniu tekstów, graniu koncertów w sposób angażujący i świadomy czy też obsłudze social mediów, bo to też nie jest superoczywiste dla wszystkich młodych artystów. Chcemy, żeby ci młodzi ludzie przyjechali do Jarocina z ciekawością, a wyjechali z nowym bagażem wiedzy i umiejętności, i wrócili za rok. Po to jest konferencja Rytmy Młodych. Trochę beta wersja, testowa, ale mam nadzieję, że ten format się również w Jarocinie przyjmie i będziemy mieli "nową świecką tradycję".
Właśnie Jarocin to też Rytmy Młodych. Jak tam według ciebie się ma młoda polska scena? To jest, przyznaję, trochę tendencyjne pytanie, bo ze swojej strony mogę zaprosić do amfiteatru w czwartek jak najbardziej.
- Przede wszystkim cieszę się z tego, że w tym roku spłynęło bodaj najwięcej w historii festiwalu zgłoszeń, bo bez mała 500. To jest z 30-40% więcej niż do tej pory. To pokazuje, że młoda scena ma się świetnie. Jeszcze bym sobie życzył, żebyśmy dobili do takich wyników zupełnie szalonych, które miałem, organizując Spring Break czy Next Fest, bo tam było prawie 1000 zgłoszeń. No tylko tam mieliśmy zarówno elektroników, jazzmanów, rock'n'rollowców, metalowców, poezję śpiewaną... Jarocin jest jednak bardziej sprofilowany, co sprawia, że liczba 480 zgłoszeń jest liczbą horrendalną i wspaniałą. Po to to robimy. Nie będę przekłamywał, bo byłem na przesłuchaniach łącznie pewnie ze dwie godziny, z czego dobre półtorej spędziłem na mailu, bo taką mam niestety robotę. Natomiast powiem tak: festiwal w Jarocinie to jest dobry festiwal na złe czasy. Czasy mamy średnie, żeby nie powiedzieć "bardzo średnie" i tak jak przez kilka dobrych lat laureaci Jarocina nie zostawiali tak wyrazistego, znaczącego piętna, tak znowu w ostatnich latach mamy takie osobowości jak Kathia czy WaluśKraksaKryzys, i to pokazuje, że to żywe spotkanie z muzyką, od którego zaczęliśmy rozmowę, jest tym najważniejszym jej aktem. Jeżeli tak jest, to wróżę temu festiwalowi jeszcze kolejne co najmniej sześć dekad.
Spotkaliśmy się, żeby pogadać o Jarocinie, ale też będziesz tam grał, więc mogę zadać to pytanie, którego nie miałam okazji zadać do tej pory. Dlaczego solowa płyta dopiero teraz?
- Kurcze, sam chciałbym wiedzieć! Myślę, że dlatego, że lubię jednak działać na rzecz muzyki 360°, dookoła. I tak jak kocham scenę, tak potrafi mnie ta scena szybko zmęczyć, a wtedy lubię sobie zejść na backstage i umożliwić wejście komuś, kto da ludziom przed sceną radość. Obserwacja tego zjawiska daje mi nie mniej satysfakcji niż granie na tej scenie. A uwierz, że światła i sama scena jest dosyć uzależniającym zjawiskiem, więc chwalę sobie to, że mogę ten zawód wciąż uprawiać, nie imając się zajęć dodatkowych - być w muzyce, niekoniecznie będąc cały czas na scenie. Gdybym był tylko na scenie, pewnie bym rąbał płytę co roku, ale nie wiem, czy to by sprawiło, że te płyty byłyby równie dobre. Raczej jest mi bliżej do filozofii Lecha Janerki, który wydaje płyty okazjonalnie (śmiech), niż do King Gizzard & the Lizard Wizard.
Raz na 18 lat (śmiech). A to jest trochę tak, że jak już wydałeś kilka płyt, ale to jest twoja pierwsza solowa płyta, to nadal się stresowałeś, jak to będzie przyjęte, czy to już nie robi na tobie wrażenia?
- Na maksa się stresowałem. To jest zupełnie inna para kaloszy. Zespół Muchy wyrósł z czystej pasji, czystej frajdy. Jako całkiem bystrzy chłopcy po prostu dosyć szybko przebrnęliśmy przez zajęcia na studiach i wolne popołudnia, zamiast w knajpie czy na meczu, spędzaliśmy w kanciapie na poznańskiej Starołęce. Nie skłamię, jeśli powiem, że po dobrych kilka godzin dziennie. Stąd tych piosenek powstawało mnóstwo bardzo szybko i ten zespół miał swój urok, który spotkał się z ciepłym przyjęciem ludzi.
Natomiast po 20 latach uprawiania tego zawodu mogę powiedzieć tyle, że działania solowe to jest wciąż ten sam zawód, ale uprawiany zupełnie inaczej. To znaczy, tu już nie ma tej zgrai chłopaków, którzy jeżdżą wszędzie razem i "jakoś tam będzie". Teraz to już są działania stosowne, pardon, do wieku, przemyślane, przede wszystkim w towarzystwie wspaniałych muzyków i wytwórni Kayax, w której teraz siedzimy i która mnie wspiera od samego początku. Powtarzam też to do znudzenia - to jest płyta solowa tylko z nazwy, bo ja nie jestem muzykiem, jestem grajkiem, umiem pisać teksty, natomiast nie wyprodukuję sam piosenki, nie zaaranżuję jej sam. Mogę napisać kowbojskie czy tam harcerskie akordy, melodię i słowa, ale potrzebuję do tego ludzi, którzy są zdolniejsi ode mnie i takich ludzi mi się udało spotkać na swojej drodze.
Bardzo chętnie posłucham na żywo! A tak jeszcze na koniec, gdybyśmy mieli podsumować w 2-3 zdaniach, dlaczego warto przyjechać akurat na Jarocin? To jest czas na autopromocję.
- Proszę państwa, oryginał jest tylko jeden. Festiwali rockowych w Polsce jest wiele, ale oryginał jest tylko w Jarocinie. Mówiłem już, że to jest dobry festiwal na złe czasy. Z jarocińskich scen zawsze płynęły słowa prawdy i zawsze płynęły słowa ważne. Nie inaczej będzie w tym roku. Zapraszam tych, którzy jeździli w latach 70., 80. i 90. i już w wieku XXI. W tej chwili już trzy, a nawet cztery pokolenia przyjeżdżają na ten festiwal. Mam nadzieję, że spotkamy się pod sceną w Jarocinie między 16 a 19 lipca.






![Einstürzende Neubauten: "Podpalanie sceny było politycznym gestem" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000N6A8ACT4324FR-C401.webp)




![Deep Purple "SPLAT!": Rozhulany dom seniora [RECENZJA]](https://i.iplsc.com/000N66UXRYIMNGCA-C401.webp)

