Oliwia Kopcik, Interia Muzyka: Myśli pan, że rozmawiamy dzisiaj bardziej o pożegnaniu czy raczej to jest początek pięknego etapu odpoczynku po ponad 40 latach pracy?
Lech Janerka: - Nie wiem, co się wydarzy. Jeżeli chodzi o koncerty, to po prostu podjęliśmy z Bożeną, czyli moją żoną, taką decyzję, bo zdrowie już nie to i powoli to rzutuje na jakość koncertów. Nie chciałbym doczekać takiego momentu, kiedy wychodzimy na scenę i nie spełniamy podstawowych kryteriów, które powodują, że z koncertu można się cieszyć. A co się wydarzy dalej? Zobaczymy.
Jak rozmawialiśmy przy okazji ostatniej płyty i pytałam o koncerty, to wspominał pan, że fizjologia już trochę przeszkadza, ale "dla pieniędzy i taniego poklasku zrobi pan wszystko". Czyli rozumiem, że już i tego wystarczy.
- Poklasku dostaliśmy tyle, ile się należało. Pieniądze to słaby temat, no więc uciekamy z tych koncertów... To znaczy, "uciekamy" - jeszcze jest ich do zagrania 20, tak że do końca roku będziemy grać. Część z tych koncertów już zagraliśmy, ostatni jest chyba 12 grudnia. Trzeba jakoś dotrwać.
I co pan będzie robił na tej, nazwijmy to, emeryturze? Bo zgaduję, że ten pokój z instrumentami w domu, tak czy tak nie będzie zamknięty na klucz na zawsze.
- Mamy porozpoczynane ileś piosenek, czasami w wolnej chwili przyglądam się im. No ale tak się przyglądam, że głównie uwagę skupiam na koncertach. W momencie, kiedy się skończą, może zacznę się przyglądać bardziej wnikliwie i nie wykluczam, że być może będą na tyle dobre, że warto je będzie pokazać.
To jest dobra wiadomość, że jeszcze możemy czekać na coś nowego! Czytałam, że dawno temu, przy okazji piosenki "Nadzieja o Wrocławiu", mówił pan, że jest pan za stary, żeby się przed kimkolwiek krygować. Jak to było przy tej decyzji z końcem koncertów? Myślał pan o tym, co ludzie pomyślą, czy będzie im smutno albo czy w ogóle zrozumieją decyzję?
- Jakoś specjalnie o publiczności nie myślałem. Cała moja działalność jest oparta na daleko posuniętym egoizmie, czyli praktycznie te piosenki piszę dla siebie. Tak było, kiedy zaczynałem - pisałem, nie myśląc o tym, że w ogóle ktokolwiek to usłyszy. Potem wydarzył się cud, wystąpiliśmy raz i drugi, i nagle się okazało, że ludzie byli w stanie to zaakceptować. I tak to trwa 43 lata. W tej chwili myślę, że ludzie wiedzą, co w trawie piszczy, że coś tam się zaczyna, coś tam się kończy i to jest naturalny bieg rzeczy.
I będą pożegnalne koncerty, w tym między innymi w Jarocinie i oczywiście we Wrocławiu - wymieniam akurat te, bo tak sobie pozwoliłam strzelić, że one mogą być najbardziej sentymentalne z uwagi właśnie na lokalizację.
- Wszystkie te koncerty są w miejscach, z którymi wiążemy fajne wspomnienia i gdzie dobrze nam się grało. Może nie będą to wszystkie miejsca, w których nam się dobrze grało, ale większość. Tak że tych koncertów jest spora liczba, Kraków, Warszawa, Toruń, Bydgoszcz, Gdańsk, Szczecin, Łódź, Radom... Przez 40 lat trochę miejsc zwiedziliśmy, w tej chwili do niektórych wracamy. W Lublinie, który bardzo lubię, już graliśmy i nawet o dziwo graliśmy w Pradze, w której też wcześniej graliśmy kilkukrotnie - przypadkowo się złożyło, że mogliśmy tam zagrać znowu, to było jakieś dwa tygodnie temu. Jest miło, aczkolwiek bywa ciężko. W Pradze, na przykład, graliśmy plener przy tych cholernych upałach, także lekko nie było. No ale skończyło się dobrze.
W Jarocinie praktycznie zaczynałem swoją dużą karierę, bo pierwszy raz grałem tam w osiemdziesiątym czwartym roku z Klausem Mitffochem, "Historia podwodna", czyli kolejna moja płyta, była grana tam chyba dwa lata później. I na tym koncercie debiutowała, w ogóle pierwszy raz w życiu na scenie, Bożena. Tak że Jarocin jest dla mnie ważny. Ja najwyraźniej dla Jarocina też, bo miasto przyznało mi honorowe obywatelstwo.
A robi pan w ogóle takie podsumowania na zasadzie "Kurde, zrobiłem kawał dobrej roboty"? Bo to w sumie ciekawe, że czasem robi się rzeczy, które ludzie podziwiają, a samemu raczej się tego nie docenia, bo przecież po prostu… żyjemy.
- To powoli do mnie dochodzi, że grałem tyle lat, a to jest jednak dosyć długi okres. Biorąc pod uwagę moje predyspozycje, uważam, że odniosłem jakiś tam sukces, czyli spełniłem swoje marzenia o tym, żeby raz czy drugi napisać piosenkę, której ludzie słuchają i ją zapamiętują. To miłe.
Jeszcze nie kuszę się na żadne retrospekcje, przyglądania się i podsumowania. Piosenki robiły się same, teksty pisały się same, niestety samo się nie chciało zagrać, więc tym wąskim gardłem były koncerty, wykonawstwo - zarówno praca w studiu, jak i granie na scenie. Nie wszystko się udało, ale parę rzeczy tak.
Pytałam kiedyś, czy jest pan w stanie wybrać ulubioną swoją piosenkę, ale to jest podobno trudne, bo te piosenki, jak już wyjadą, należą do ludzi, ale może najlepszy moment kariery albo jakieś szczególne wydarzenie?
- Płyta, o której za chwilę powiem, nie była specjalnie popularna, ale dosyć ciekawym wydarzeniem był czas, kiedy robiliśmy płytę "Ur". Wcześniej wszystkie płyty to były płyty, których materiał graliśmy na koncertach albo przynajmniej przed nagraniem odbywały się jakieś próby. A "Ur" to była płyta studyjna, czyli praktycznie powstała w studiu. Nigdy tego nie wykonywaliśmy na koncertach, niektóre z tych piosenek nigdy nie zostały zagrane na żywo. To była taka ciekawostka.
Przygodą było też nagrywanie "Historii podwodnej". Nagrywaliśmy to na setkę, czyli karaoke nagrywaliśmy na żywo (śmiech) - zespół stawał, nagrywał, a potem dośpiewałem do tego wokale. No i też fajnie się pisało te piosenki. Część to były pozostałości po mojej współpracy z Klausem Mitffochem, a część usiedliśmy z Bożeną i praktycznie w dwa tygodnie, grając w domu, dopełniliśmy ten materiał do całości. To było wejście w taki nowy rejon. Płyta była pomyślana tak, że nie będzie na niej gitary. Pojawiła się wiolonczela, która miała może nie do końca udawać gitarę, ale czasami Bożena grała riffy, grała przestrzenie, jakieś dziwne dźwięki. W finale jednak gitarzysta się pojawił w studiu, doszedł do składu chyba tydzień przed nagraniami. No i do dzisiaj te utwory gramy na koncertach.
I to jest też płyta z serii klasyka polskiej muzyki.
- No tak się złożyło, że została zauważona i ludzie te utwory pamiętają.
Kiedyś w wywiadzie Wojciech Waglewski powiedział mi, że musi sobie zastrzec listę osób, które chciałby, żeby nigdy nie wykonywały jego twórczości. Jak pan się zapatruje na coverowanie swoich piosenek?
- Zazwyczaj ludzie dzwonią do mnie i pytają. To jest taki telefon... uprzejmościowy, ale pytają, czy mogą. Oczywiście i tak mogą, no ale dzwonią. Ja to odbieram jako wyraz kultury. Nie wiem, czy wokalista, czy producent z zespołu PRO8L3M zadzwonił kiedyś, z Nowego Jorku (ciekawostka), i zapytał czy można, więc to było bardzo miłe, bo słuchałem ich rzeczy i robiło to wrażenie. Nie robili, co prawda, coveru, ale chcieli zacytować jakiś detal. Czasami za coverowanie biorą się wykonawcy niespecjalnie znani, a czasami to są tuzy, i fakt, że jedni i drudzy zadają sobie trud, wykonując moje piosenki, powoduje, że ciepło mi się na sercu robi. Uważam, że to jest własność publiczna. Takiego szlabanu, o którym mówił Waglewski, nigdy bym nie postawił.
Jeszcze chciałam zapytać o utwór "Rower", bo oczywiście czytałam artykuł sprzed 20 lat bodajże, w którym tłumaczy pan tekst wers po wersie, "Rower" też zdobył nagrody i za piosenkę, i za teledysk, ale też wzbudził trochę kontrowersji na zasadzie, że to trochę niemożliwe, żeby napisać piosenkę o tym, że rower jest super. I tak sobie pomyśleliśmy, rozmawiając z kolegą, że może to jest też dobry pokaz tego, że można napisać piosenkę o wszystkim i zrobić z tego przebój, o ile jest wpadająca w ucho. Czy bredzę?
- Ależ nie! Przebój z piosenki robią ludzie, bo czasami jest tak, że piosenka jest świetna, a nie jest przebojem z jakichś dziwnych powodów. Zawsze przypominam taką sytuację, kiedy Beatlesi, których jestem fanem, nagrali "Strawberry Fields Forever", utwór genialny, i ten utwór przegrał z Engelbertem Humperdinckiem, i nie wszedł na pierwsze miejsce brytyjskiej listy przebojów (śmiech). "Strawberry" genialne, a utwór Humperdincka taki sobie, a jednak ludziom podobał się bardziej….
A jeżeli chodzi o "Rower"... Napisałem go w ogólniaku. Była to taka pogodna piosenka - nie za wiele mam tych pogodnych piosenek, a ta była akurat pogodna. Najpierw napisałem melodyjkę, czyli całe canto, refreny, i chyba pierwszą frazę tekstu. Tekst dokończyłem po latach, kiedy nagrywałem go w 2004 roku.
Mam takie marzenie, żeby zrobić wywiad z pytań z tekstów piosenek i gdybyśmy teraz byli na tym wywiadzie, to spytałabym, czy trzeba iść do nieba?
- Miło by było, bo jestem ateistą. Kiedyś mojej mamie powiedziałem, bo wyczytałem, że Beatlesi się rozpadli, więc czas umierać, na co moja mama mówi: "No na twoim miejscu bym się tak nie przejmowała. Wszystko się kończy. Tylko Bóg nie ma początku ani końca. Nie histeryzuj".
To jeszcze tak na koniec poprosiłabym o jedną rzecz, którą ludzie, tak ogólnie, powinni sobie zapamiętać.
- Moja wskazówka dla, że tak powiem, ludzkości? Nie mam takiego przesłania, ale jedyne, co mi do głowy przychodzi, to: uważnie przyglądajcie się temu, co sobie przewijacie w internetach. I przyglądajcie się temu bardzo krytycznie. Większość to bełkot.











