Tradycyjnie już, dzień zaczął się od solo actu, tym razem Gumy z zespołu Moskwa, a zaraz po nim dyrektor całego przedsięwzięcia, czyli Wiraszko. Nie odkleję od tego sentymentu do zespołu Muchy i takich "Nieprzeszkadzajmibotańczę" czy "Przesilenia" słuchanego za czasów nastoletnich, ale chyba też nikogo nie muszę przekonywać, że Michał jest tekściarzem z powołania. Jak tylko słyszę "Gdy odruchowo sprawdzasz, czy napisał ktoś co chwilę, mimo że nie napisał nikt", to od razu ciarki przechodzą. Umie człowieka tak szturchnąć w serduszko.
Następnie jeden z ciekawszych projektów, czyli Mery Spolsky gra Kontrolę W./Kosmetyki Mrs. Pinky. Przyznaję szczerze, że kiedyś tam miałam ambiwalentne podejście do Mery, bo z jednej strony wpadła na scenę jak po swoje i wydawała hit za hitem, a z drugiej nie chciałam, żeby po głowie chodziły mi rzeczy typu "Kiedy problem jakiś mam, jadę tam, jadę / A potem daję radę". Później zaczęłam obserwować z coraz większym zainteresowaniem, wtem! Mery odkopuje dwa polskie nowofalowe zespoły z lat 80. i jeszcze w dodatku robi to w wielkim stylu. Więc kłaniam się z uznaniem. Za "Radioaktywne", "Manekiny", "Miłość na polu minowym" czy "Dziennik Telewizyjny" zagrane tak dobrze. Jeśli robić międzypokoleniowe spotkania, to właśnie tak.
A potem mój ulubiony koncert tego dnia, zdecydowanie wskakujący do topki trzech najlepszych koncertów festiwalu, czyli Lordofon. Nigdy nie widziałam ich na żywo, jak do tego doszło nie wiem, ale w końcu się udało i oszalałam. Po pierwsze, jeszcze zanim o koncercie, uważam, że wers "Biję się z myślami, mógłbym zostać freakfighterem / W oktagonie dwóch debili, każdy z nich to ja" to majstersztyk. Po drugie, utwór "Grawitacja" to majstersztyk. Po trzecie, prowadzenie koncertu przez Lordofon to maj-ster-sztyk. Był rekord świata w krzyczeniu "Co? Jajco!", co było niezwykle urocze, bo w końcu super być w czymś najlepszym. Ludzie przez cały utwór trzymający się za ręce na "Kobayashi" - słodkie. No ogólnie zarządzanie choreografią publiczności mistrzowskie. Ach, no i Lordofon sprawił, że słuchaliśmy Hi Hani na Jarocinie. Kocham Lordofon. Po tym koncercie dosłownie kocham Lordofon.
Następnie Zalewski, o którym też już pisałam nieraz. Ten człowiek po prostu nie psuje koncertów. Jeśli nigdy nie widzieliście, warto, nie zawiedziecie się. Potem Obywatelka K.L., czyli Kasia Lins z utworami Grzegorza Ciechowskiego. Ja, jak wspominałam, nie jestem fanką mielenia po raz kolejny najbardziej znanych piosenek Ciechowskiego i Kory, i nie wiem, co ktoś musiałby zrobić, żeby zmienić moje zdanie. Natomiast! Pomijając to, był to koncert niezwykły, a wizerunek Kasi Lins sprawia, że trudno oderwać od niej wzrok. Myślę, że wśród publiczności są osoby, które stwierdzą, że był to najlepszy koncert festiwalu.
Zanim o zakończeniu, przejdźmy jeszcze na Scenę Białą. Tam na start Jacko Brango, który ma talent do pisania hiciorów, jak "Rozumy" czy zawsze rozczulające "Ze Sprite'em". Potem The Cassino, którego w sumie trochę bałam się słuchać w plenerze, bo jednak ich muzyka dobrze wchodzi w ciemnym klubie, gdzie można w spokoju przeżywać te teksty. Ale nie, zawsze tak samo świetni. Po nich Zuta. Kocham Lordofon, ale kocham też Zutę i jej nieskończoną charyzmę, mam dużo miejsca w sercu. Koncert Zuty trzeba zobaczyć chociaż raz w życiu, tak mówi prawo. Trzeba posłuchać piosenek "Best", "Okres" czy "Elvis" na żywo i zobaczycie, że Zuta to obecnie jedna z najciekawszych polskich wokalistek.
Scenę Białą zamknął występ Closterkeller, żeby potem wszyscy zebrali się pod główną sceną na projekcie specjalnym "Moja krew, twoja krew". Najpierw Mery Spolsky zaśpiewała "Ciągle w ruchu", potem m.in. Hela Dys i Michał Wiraszko wystąpili z "Ludźmi Wschodu" i oczywiście najlepsze dla mnie "Sprężyć krok" z Wojciechem Waglewskim i Mateuszem Pospieszalskim. Zuta i Mery Spolsky zaśpiewały "Zabijankę" T.Love, która ma tak mocny tekst, że ojej, a przy okazji te dwie wokalistki razem to jest jakieś power couple. Nie wiem, czy powinnam zdradzać wszystko, może nie, bo jeszcze jest szansa zobaczyć ten projekt podczas Męskiego Grania, ale mogę powiedzieć, że warto. Choćby dla samego posłuchania powracającej Republiki na żywo. A finał piękny.
Wiem, że dużo się zachwycam, ale Jarocin już tak ma. To zawsze dobry festiwal, kultowe miejsce, w line-upie wiadomo, że każdy będzie miał swoich faworytów i tych, których niekoniecznie będzie chciał słuchać, ale tak właśnie działa posiadanie własnego gustu, więc nie ma co dyskutować. Michał Wiraszko w wywiadzie przed Jarocinem mówił mi, że wszyscy jeżdżący tam ludzie, niezależnie od wieku, mówią o "moim Jarocinie". I ja też mam "swój Jarocin", a to chyba znaczy, że potrafi ten festiwal zostać w serduszku. Tradycyjnie: dozo za rok!















