Przepraszam za ten żart, napijmy się wody i coś tam opowiem. Zaczęliśmy najlepiej, jak się dało, bo od występu zespołu Brudne Dzieci Sida lub też solo actu Patyczaka, obie opcje są poprawne. Bo czy może być coś lepszego, niż zaśpiewanie na start Jarocina "Sprawdź rozkład PKP, wszystko co złe to minie. Spotkajmy się pod sceną w Jarocinie". Albo "Ale sposób na to mam, siadam se i panka gram, mija zawsze w dwie minuty mówię wam, trzy akordy darcie mordy". No Patyczak to jest zawsze, jak to mówią, marka sama w sobie.
I do tego momentu szło dobrze, ale ledwie Patyczak skończył, wyszedł Edgar, głos Jarocina, i zapowiedział, że koncerty są przesunięte o pół godziny w związku z tym, że zaraz będzie armagedon. I rzeczywiście, my zostaliśmy zamknięci w namiocie od zewnątrz, a publika ewakuowana w lepsze miejsce, w którym można przeczekać burzę. Początkowo nie obyło się oczywiście bez "k..wa mać, punki grać" i takich tam, ale bezpieczeństwo przede wszystkim.
Na szczęście rozkład głównej sceny szybko wrócił, a wraz z nim zespół The Bill, który wspominał swój koncert w Jarocinie z 1992 roku, dlatego też usłyszeliśmy m.in. pierwszy zagrany wtedy utwór "Piosenka o Wiśle". Nie jestem w stanie policzyć, który to mój koncert The Billa, ale są takie powtórki, przy których słowa narzekania nie mogę powiedzieć. "Lego", "Dziki Zachód" czy "Mam dwie lewe ręce" zawsze brzmią dobrze. Nie zabrakło też piosenki, przy której zawsze myślę, jak niezrównoważone są wilki we mnie, bo mogę sobie z jednej strony chodzić na jazz do spalonego teatru i się nad tym rozpływać, ale jak tylko usłyszę "Obmyślam nowy plan, obmyślam nowy plan, obmyślam nowy plan…", to znowu mam 16 lat, irokeza i chodzę w glanach w lecie. Na zakończenie dostaliśmy jeszcze "Drugą w nocy" z ważnego dla mnie albumu "Historie prawdziwe". "Drzwi zamknięte a sił coraz mniej, by wyjść / Zamazane obrazy w mojej głowie / Swe rany rozdrapuję, oddech dławi lęk, oto człowiek" - zawsze ciary na rękach.
Następnie Spięty, jak zawsze dobrze, choć ja tam nadal tęsknię za Lao Che, bo wiadomo, kiedyś to były czasy, potem Farben Lehre, którzy zaprosili publiczność na Stację Wolność. Może nie jest to mój pierwszy muzyczny wybór, ale takie teksty, jak "Kontrasty" zawsze głęboko w serduszku. No i nie zabrakło hołdu dla Siwego z Defektu Muzgó, czyli "Wszyscy jedziemy na tym samym wózku…". Kolejny zespół to Strachy na Lachy, z którymi spotkałam się całkiem niedawno, bo na Zew się budzi, i cóż mam powiedzieć, skoro było tak samo, równiutko dobrze. Śpiewania "Piły tango", "Jednej takiej szansy na 100" czy "Ostatków" nigdy dość. Tak samo jest zresztą z Dezerterem, który nigdy nie zawodzi. Dali nam nawet adekwatnie do pogody kawałek "Burza" z wydanego w 2026 roku "Wolnego wybiegu".
Ale przed Dezerterem zagrała jeszcze laureatka Wielkopolskich Rytmów Młodych, czyli Kyoku. Mówiła ze sceny, że spełnia tutaj swoje marzenie i tę samą wdzięczność i podjarkę było słychać później w naszym wywiadzie, który w serwisie już niedługo, więc stay tuned. Wierzę, że to jest dla niej dopiero początek. Zdolnych mamy ludzi w tej młodej polskiej muzyce.
I na koniec koncert, na który czekałam najbardziej, czyli ostatni koncert Lecha Janerki w Jarocinie. Był to występ tak samo piękny, co i smutny, a dodatkowy klimat robił deszcz i pioruny strzelające co chwilę za sceną. Myślałam, że moim ulubionym koncertem Janerki zostanie ten z Great September w przepięknym Teatr Club, ale po tym jarocińskim jednak zmieniam zdanie. I ten wspólny moment basu i wiolonczeli w "Ewolucja rewolucja i ja". I zagrane pod koniec, ukochane moje "Wyobraź sobie"… Żal wielki oczywiście, że być może widziałam go na scenie po raz ostatni, ale trzeba docenić to, że niektórzy wiedzą, kiedy ze sceny zejść niepokonanym. "Mam nadzieję, że zawsze państwo będziecie mieć czas, że nie będzie wojny, że się wszystko poukłada" - mówił Janerka do publiczności. Dziękujemy za wszystko, Mistrzu.
To była scena główna, czyli Czarna. Więcej problemów miała Scena Biała, bo z tego, co wiem, deszcz zalał tam mikser, więc koncerty się mocno opóźniły, ale taka Stacja B. znalazła na to sposób i śpiewała dla publiczności, skacząc w klapkach w błocie razem z tłumem. I to są momenty, które zapisują się w historii na zawsze. "To było genialne, tak przechodzi się do legendy", "Jesteście legendą festiwalu. Dziękujemy, że gubiliście klapki w błocie, żeby wystąpić dla nas!! Doceniamy", "Ależ mi zaimponowaliście! Turbo petarda!" - to tylko niektóre z komentarzy, które można znaleźć po tym gigu w internecie.
Biała Scena to też Negatyw, Leniwiec, Gold Rock Band, który przypomina twórczość Roberta Brylewskiego, i Frontside. Mocne to było miejsce, choć trudno było się do niego dostać. Chyba że było się wychillowanym uczestnikiem i biegało boso po błocie lub też w tym błocie sprawdzało, jak daleko można się ślizgać na brzuchu, jeśli się człowiek dobrze rozpędzi. Ale teraz, kiedy to piszę, jest już piątkowe popołudnie, słońce świeci, słychać głos Edgara ze sceny, wywiady zrobione, zero potrzeb.















