Grzegorz Kupczyk: Trzeba mieć dużo odwagi
Materiał z solowej płyty "Grzegorz Kupczyk" oraz klasyki z repertuaru grupy Turbo usłyszymy podczas Festiwalu w Jarocinie. Tuż przed świętem polskiego rocka Grzegorz Kupczyk w rozmowie z Interią ujawnił, jakie niespodzianki planuje w najbliższym czasie oraz dlaczego ucieka od heavy metalu, z którym najbardziej jest kojarzony.

Muzyczna kariera Grzegorza Kupczyka liczy już dobrze ponad 40 lat. Największą sławę zyskał jako wokalista grupy Turbo, z którą nagrał tak przełomowe płyty dla polskiego metalu, jak m.in. "Dorosłe dzieci" czy "Kawaleria Szatana". Od 1989 r. stoi na czele własnego zespołu CETI (obecnie w stanie zawieszenia), z którym wydał 12 płyt studyjnych. Współpracował też z takimi formacjami jak m.in. Aion, Panzer X, Esqarial, Kruk i Non Iron, a ostatnio dołączył do grupy Blues Fighters.
W maju 2024 r. wypuścił solowy album zatytułowany po prostu "Grzegorz Kupczyk". W nagraniach wsparli go Paweł Oziabło (gitara), Grzegorz "Ornette" Stępień (bas) i Łukasz Marek (perkusja) i to właśnie z tym składem wokalista zaprezentuje się podczas Festiwalu w Jarocinie. Grzegorz Kupczyk wystąpi na dużej scenie 19 lipca (początek godz. 16:30).
Grzegorz Kupczyk - legenda polskiego metalu
Wspomniani Paweł "Gunsess" Oziabło (od 2016 r. muzyk Oddziału Zamkniętego) i Grzegorz "Ornette" Stępień (w latach 2002-2020 w Oddziale Zamkniętym) wspierają Kupczyka także w Orkiestrze Dorosłych Dzieci, która przypomina polskie hity z naciskiem na lata 80. i 90.
Michał Boroń, Interia: W tym roku powracasz do Jarocina ze swoim zespołem. Pamiętasz swój debiut na tym festiwalu?
Grzegorz Kupczyk: - Oczywiście, to był pierwszy mój festiwal w życiu. Pamiętam, że graliśmy po Czesławie Niemenie, który - jak to Niemen - grał wspaniale. I wtedy niecierpliwi metalowcy, czy jeszcze wtedy fani po prostu rocka, krzyczeli już pod koniec jego występu "Turbo, Turbo". Wówczas Niemen powiedział, co bardzo dobrze zapamiętałem, że "już za chwilę Turbo będzie turbować".
Mieliśmy grać, o ile dobrze wiem, z 45 minut, a zespół został tak dobrze przejęty, że graliśmy chyba 2 godziny. Skończyliśmy, jak zaczęło świtać. Przyjęcie było rewelacyjne, to było już po tych sukcesach "Kawalerii szatana", więc grunt był bardzo dobrze przygotowany.
A jakbyś policzył, to ile razy w sumie byłeś w Jarocinie?
- Dwa razy z Turbo, a raz z zespołem Non Iron, i jeszcze z CETI w 1992 r., a teraz jako Kupczyk, będę pierwszy raz. Jeszcze w 2024 r. wystąpiłem z Polish Metal Alliance w amfiteatrze podczas Jarocińskich Rytmów Młodych.
Teraz będziesz z jednej strony solowo, ale trochę też z repertuarem Turbo. Wiadomo, że festiwale rządzą się swoimi prawami - jak w takim razie przygotowujesz repertuar na ten występ, jak to będzie mniej więcej podzielone? Masz już jakiś pomysł?
- Ze względu na czas, jaki otrzymaliśmy, musieliśmy też dobrze to przemyśleć. Na pewno będziemy głównie prezentować naszą płytę nagraną z Pawłem Oziabło, Grzegorzem "Ornette" Stępieniem i Łukaszem Markiem. Na pewno znajdą się jakieś kawałki Turbo w secie, ale jakie? Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, bo to musimy sobie jeszcze teraz przepracować.
Grzegorz Kupczyk: Wychowałem się na klasyce rockowej
Mam wrażenie, że ta solowa płyta "Grzegorz Kupczyk", którą nagrałeś z tymi muzykami, jest bliższa takiemu klasycznemu hard rockowi niż metalowi. Zgodzisz się z tym?
- Stanowczo, tak. Zawsze uważałem, że jestem bardziej wokalistą hard niż heavy. Popularność muzyki metalowej w naszym kraju spowodowała, że i zespół Turbo zmieniał troszeczkę swoją twórczość. W dyskografii CETI mam też albumy, które były bardzo mocno i bardzo zbliżone do heavy metalu, może nawet gdzieś tam na granicy thrashu. Ale ja jestem wokalistą głównie hardrockowym, wychowałem się na klasyce rockowej i w tym czuję się najlepiej. Kiedy tylko wyszło na to, że będę robić płytę firmowaną moim nazwiskiem, i okazało się, że wszyscy nadajemy na tej samej fali, to efekt wyszedł właśnie taki, że jest to rzeczywiście moim zdaniem najbardziej zbliżone do tego, co kocham.
A gdybyś miał wybrać spośród dwóch najpopularniejszych płyt Turbo, to byłyby to "Dorosłe dzieci" czy bardziej "Kawaleria szatana"?
- To jest pytanie bardzo podchwytliwe i trudna odpowiedź. Wydaje mi się, że chyba jednak bardziej popularna jest "Kawaleria…". Bo "Dorosłe dzieci" owszem, sprzedały się chyba w pół milionowym nakładzie albo nawet większym, ale jednak "Kawaleria szatana" do dzisiaj jest znana praktycznie w całości, a z "Dorosłych dzieci" to głównie utwór tytułowy.
A w Jarocinie sięgniesz raczej po metalowe oblicze Turbo z czasów "Kawalerii", czy bardziej hardrockowe z etapu właśnie "Dorosłych dzieci"?
- Podczas moich solowych koncertów z NZB wybieramy kilka utworów z "Kawalerii...", gramy kilka utworów z "Dorosłych dzieci", ale też nie chciałbym podpinać się pod twórczość, którą już że tak powiem zaniechałem, czyli właśnie Turbo. Z tym zespołem ostatnio też coraz częściej gościnnie występuję, więc nie chciałbym, aby te utwory w jakikolwiek się sposób powtarzały. Kto wie, czy nawet nie dojdzie do takiej sytuacji, że sobie to troszeczkę skonsultujemy z Wojtkiem Hoffmannem [gitarzysta i lider Turbo], żeby po prostu nie wchodzić sobie w drogę, nie przeszkadzać wzajemnie. Ja myślę, że raczej chyba zostaniemy przy repertuarze płyty "Dorosłe dzieci", bo to chyba jest bliższe temu, co znajduje się na mojej płycie "Grzegorz Kupczyk".
Grzegorz Kupczyk i "Zupełnie inna płyta". Co już wiemy?
Zdradzisz w końcu, co się kryje pod literkami NZB?
- Wiesz, jeżeli zdradzę, to nie będzie tego ciśnienia. Powiedzmy, że to jest nasz wewnętrzny szyfr, nasz wewnętrzny kod. My wiemy, być może kiedyś o tym powiemy. To jest bardzo żartobliwy, bardzo zdystansowany skrót. Poczekajmy jeszcze troszkę, może przy następnej płycie.
A propos następnej płyty, od tego solowego debiutu mamy już ponad rok od premiery. W związku z tym pytanie się pojawia, czy myślisz już o następcy? Przy tej pierwszej płycie o ile dobrze pamiętam, to uwinęliście się w niecały tydzień.
- O, jeżeli chodzi o samo nagranie, to w dwa dni, a płytę przygotowywaliśmy cztery dni w Narewce. Repertuar w sumie jest już gotowy. Spotkaliśmy się w Krakowie na dwa dni jakieś 3 tygodnie temu, może miesiąc i przy pierwszym wejściu do studia Ornette'a, okazało się, że mamy 20 utworów gotowych, w związku z czym po Jarocinie wchodzimy już do studia, aby zarejestrować sekcję. No i potem po jakimś czasie, zarejestrujemy prawdopodobnie całą resztę i instrumenty, i wokale, bo nie chcemy się spieszyć.
Natomiast mam taką niespodziankę dla fanów. Najprawdopodobniej we wrześniu ukaże się płyta zatytułowana "Zupełnie inna płyta". Jest to album złożony z utworów, które leżały i lub przeleżały sobie troszkę w szufladzie. To będzie płyta naprawdę bardzo zróżnicowana. Pomysł na tytuł wyszedł do Grześka Stępnia, z którym rozmawiałem na ten temat, że to nie jest ani płyta heavymetalowa, ani popowa - to po prostu "Zupełnie inna płyta", zbitek utworów z ostatnich wielu, wielu lat.
Mogę zdradzić, że będzie tu nowa wersja, moim zdaniem bardzo interesująca, utworu "Szalony Ikar" [którą w oryginale nagrał z Turbo], będzie "Wasted Years" z repertuaru Iron Maiden, który na listach przebojów śmigał dość wysoko, na Turbo Topie Antyradia doszedł nawet do trzeciego miejsca. No i jest jeszcze parę innych zaskakujących utworów, to takie moje widzimisię, ale bardzo się z tego cieszę.
Czyli ta "Zupełnie inna płyta" będzie we wrześniu, a druga z NZB? Myślicie już o jakimś terminie czy jeszcze nie?
- Zakładaliśmy, że płyta powinna się ukazać na wiosnę przyszłego roku. Czy tak będzie? Nie wiem. Polskim rynkiem też rządzą pewne prawidłowości. Jeśli się uda na wiosnę, to będzie fajnie, a jeśli nie, to najpóźniej w okolicach września płyta powinna znaleźć się na rynku.
Wytwórnia Metal Mind, z którą byłeś związany przez lata, ogłosiła upadłość. Czy w takim razie prowadzisz jakieś rozmowy na temat potencjalnego wydawcy?
- Tak, tak, rozmowy są prowadzone, są pewne pomysły, są osoby zainteresowane, nie chce na razie zapeszać, w związku z tym na razie pozostanie to jeszcze w tajemnicy. Na pewno fani się dowiedzą, jak tylko będzie wiadomo, że to jest stuprocentowe. Myślę, że ta sprawa powinna się wyjaśnić w ciągu najbliższych dwóch, może trzech tygodni.
Grzegorz Kupczyk i Blues Fighters: Z takim jajem nikt w Polsce nie gra
Poza Jarocinem i przygotowaniem nowego materiału, w dalszym ciągu koncertujesz z Orkiestrą Dorosłych Dzieci, a poza tym wydałeś płytę z zespołem Blues Fighters. To o tyle w sumie niespodzianka, że takiego albumu chyba jeszcze nie miałeś w swoim dorobku.
- Była bardzo zbliżona płyta, pierwsza, którą nagrywałem z zespołem Kruk - "Memories". Ale to była płyta coverowa, natomiast tutaj jest rzeczywiście bardzo interesująca sprawa - chłopaki z zespołu przyszli do mnie na ranczo i zaproponowali mi udział na tej płycie. Przyznam szczerze, że byłem pełen obaw, że przez moje różne wyjazdy nie będę w stanie wyrobić z terminami, a oni i tak już długo czekali, bo tam się im skład zmienił. Ale byli bardzo cierpliwi - w wolnych chwilach wchodziłem do studia i nagrywałem.
Zaproponowałem do składu też klawiszowca Łukasza Jakubowicza. No i to był fantastyczny pomysł. Do tego doszedł jeszcze na basie Tomás Díaz, Chilijczyk. Okazało się, że płyta wyszła bombowa, mega klasyczna, hardrockowa. Mam takie wrażenie, że muzyki w takim wydźwięku, z takim brzmieniem, z takim jajem, to chyba w Polsce nikt nie gra. Trzeba mieć dużo odwagi, żeby w czasach piszczących wokalistów czy miauczących panów udających, że śpiewają, zrobić coś takiego.
Jak w ogóle do tego doszło, że się do ciebie zgłosili? Poza tym, że jesteście z Poznania? To zasługa gitarzysty Wojtka Kubiaka, z którym grywasz różne akustyczne rzeczy?
- Nigdy o to nie pytałem, ale wydaje mi się, że zaproponował mnie Wojtek właśnie, aczkolwiek my z Darkiem [Nowickim, perkusistą Blues Fighters] znamy się kupę lat. Wiesz, jak to jest - najciemniej jest pod latarnią (śmiech).
Na ile w ogóle ingerowałeś w to, co przygotowali Blues Fighters zanim dołączyłeś do zespołu? Mówiłeś, że materiał w zasadzie był gotowy w 80-90 procentach.
- Dostałem dość sporo pola manewru, co pozwoliło mi dać z siebie to, co moim zdaniem najlepsze. Ale już na przykład utwory "Trouble", "What is Love" czy "Dancing in the Night" to już właściwie robiliśmy razem. To są takie linie melodyczne przeze mnie wypracowane na podstawie "rybek" przedstawionych przez Darka Nowickiego, czyli perkusistę i szefa zespołu. Kilka innych moich pomysłów też zostało przyjęte i wyszła taka wypadkowa naszych zainteresowań.
Szczególnie jestem zadowolony i zachwycony dwoma utworami, a mianowicie "What is Love" - przepiękny utwór, udało mi się tam stworzyć fajne partie chóralne, i "Trouble" - o takim wydźwięku quasi-jazzowym. Kiedy usłyszałem go po raz pierwszy, od razu się zachwyciłem. Powiedziałem, że to jest absolutna rewelacja. To jest numer jeden. Zaśpiewałem tak jak czułem ten utwór, nikt mi niczego nie narzucał. Żeby było śmieszniej, bardzo inspirowałem się Yves'em Montandem z takiego starego filmu "Pokochajmy się". Jest taka specyficzna scena, kiedy uczą go śpiewać i właśnie są takie partie wokalne. Ten utwór ma fantastyczny klimat takiego zadymionego, bluesowego pubu z dobrą szklanką whisky.
Czyli jednym słowem nie tylko twój ukochany David Coverdale, jeżeli chodzi o inspiracje.
- Ostatnio postanowiłem się też od tego heavy metalu troszeczkę oddzielić. To nie znaczy, żebym go nie lubił i chciał go zdradzić. Po prostu umiem dużo więcej, a jednak muzyka heavymetalowa troszkę ogranicza, te skale pentatoniczne, tego typu sprawy. A tutaj kiedy mogę śpiewać jazz, kiedy mogę zaśpiewać bluesa, kiedy mogę zaśpiewać klasycznego rocka, to pokazuję swój pełny wachlarz umiejętności. Dlatego tak bardzo się cieszę, że takie rzeczy mnie spotykają, jak właśnie płyta Blues Fighters, jak cykl koncertów "Legendy rocka symfonicznie", gdzie mogę się pokazać od zupełnie innej strony. Bardzo mi się to podoba, bardzo to lubię i mam nadzieję, że fajnie i nie tylko. Fani, którzy mnie słyszą, doceniają.
Powiedziałeś, że uciekasz trochę od metalu, od ciężkiego grania - czego zatem słuchasz ostatnio, co ci się rzuciło w ucho, do czego wracasz?
- Oczywiście tak jak zawsze słucham swoich ukochanych Zeppelinów [Led Zeppelin], nie potrafię się z tego wyzwolić, zresztą wcale nie chcę. Ale zaskoczę tutaj też wielu i prawdopodobnie ciebie też - jestem zakochany w ostatniej płycie Adele, słucham jej namiętnie. Późno, ale jednak odkryłem Komedę, dostałem ostatnio jakąś fazę na jazz.
Staram się też odkrywać zespoły, które znam, które kiedyś słyszałem, ale teraz obserwuję je "od spodu". Rzeczy do tej pory dla nas niedostępne - nie wiedzieliśmy, jak wyglądają, jak grają, jak się zachowują na scenie. Ostatnio trafiłem na koncert zespołu The Shadows z Cliffem Richardem. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłem, że nagłośnienie z przodu to są jakieś małe kolumienki o mocy pewnie z 40-50 wat, żadnych monitorów, żadnych aparatów odsłuchowych na scenie, a gitary grały wyłącznie ze wzmacniaczy z tyłu sceny. To są naprawdę pouczające rzeczy z takiej historii muzyki.
To mi też przypomniało czasy początków działalności z zespołem Turbo, kiedy nikt z nas nie miał żadnych odsłuchów, to w ogóle było w Polsce nieznane. Dopiero chyba po roku bębniarz dostał odsłuch, a my do przodu jedną kolumienkę, która pozwoliła nam odsłuchać i nie zdzierać tak bardzo gardła, nie niszczyć sobie zdrowia.












