Piątek bez wątpienia był dniem "momentów". Każdy rapowy festiwal potrzebuje swoich wizytówek, motywów przewodnich w postaci legendarnych rapowych hitów, dla których ludzie przychodzą na koncerty. Taka okazja przydarzyła się już na otwarcie Main Stage'a, gdy swoje show grał Guzior. Pomimo tego, że sam występ był po prostu poprawny, nie mogło zabraknąć utworu "Blueberry", który zapisał się na dobre w kanonie rapowych numerów.
Kolejną taką wizytówką niewątpliwie była "Woda Księżycowa", o której wykonanie zadbała bambi. Swój set rozpoczęła z przytupem od pełnej energii "Madonny" - numeru stworzonego pod granie koncertów. Choć długo mógłbym mówić o setliście i energii, jaka panowała, to najważniejszą informacją jest to, że w końcu udało jej się przełamać swoją klątwę. Dwa lata temu podczas jej występu ogłoszona została ewakuacja ze względu na silną burzę, rok temu spłonął food truck (dosłownie) - tym razem natomiast odbyło się bez przeszkód. I mimo tego, że "Woda Księżycowa" wybrzmiała najgłośniej, cieszę się, że mogłem na żywo usłyszeć "VIS-A-VIS" z "Krętacza z Ciechanowa", na który do Quebo dograła się sama bambi.
Dzisiaj na dobre dał również znać o sobie Tiger Stage, który gościł artystów zdolnych śmiało wypełnić główną scenę. Najjaśniejszą gwiazdą jednak bez wątpienia był Hubert., który lekko ponad tydzień temu wydał swój nowy krążek "się porobiło". Koncert był więc niemal w pełni poświęcony nowemu materiałowi, co było doskonałą okazją, by usłyszeć przykładowo genialne "żyjemy w symulacji" na żywo czy zobaczyć, jak ogromną i oddaną społeczność zbudował wokół swojej twórczości - co w towarzystwie jeziora i blasku księżyca tworzy znakomitą otoczkę.
Dużym problemem był jednak fakt, że w tym samym czasie na głównej scenie swoje show grał jedyny zagraniczny artysta na tegorocznej Rap Stacji, headliner - Busta Rhymes. Na szczęście udało mi się załapać na obydwu po trochę. Pomimo moich obaw co do jego występu i formy na żywo, było to jedno z największych dotychczasowych zaskoczeń. Znakomity kontakt z publicznością, bezbłędna nawijka w zawrotnym tempie i koncert zwieńczony rzuconym ze sceny "I appreciate you, Polish audience!". My Ciebie też doceniamy, Busta, i dziękujemy za wizytę!
Ostatnimi z występujących na wczorajszym Main Stage'u byli White 2115 i Bedoes 2115. Pierwszy z nich pozwolił skompletować kolejną wizytówkę - czyli "Californię". Łajcior po raz kolejny udowodnił, że choć w swojej dyskografii może mieć słabsze momenty, to w występach na żywo jest niedościgniony. Później niestety dopadła mnie klęska urodzaju - nie od dziś wiadomo, że festiwale wymagają ciężkich i stanowczych decyzji, dlatego zamiast zostać na Bedoesie, wróciłem na Old School Stage i zostałem na Peji, który - co tu dużo mówić - ma fach w ręku i porwał tłumy.
Wczorajszy line-up naprawdę nie był zły, ale mimo wszystko w powietrzu unosiło się wyczekiwanie na to, co przyniesie sobota. Drugi dzień nie zawiódł, utrzymał poziom i dał kolejną dawkę tej energii, po którą wszyscy tu przyjechali. Natomiast Rap Stację należy oceniać nie po tym, jak zaczyna, a po tym, jak kończy.










