I powiedzmy to na wstępie - zbyt wielu odniesień ze strony Bedoesa 2115 do wspomnianego beefu nie było. Dostaliśmy natomiast naprawdę świetne show, gdzie całkiem sporo hitów się przewinęło. Już samo wejście do "Turysty", a późniejsze "Więcej Dymu" było czymś, co rozbujało liczną (choć daleką od sold-outu) publiczność.
Choć parę wspólnych utworów 2115 ma, to głównie podczas swojego występu postawili na hity pojedynczych raperów. Od Bedoesa 2115 dostaliśmy "1998 (mam to we krwi)" czy "Delfina", od White'a 2115 "Californię", Kuqe 2115 zaprezentował "taki mały ja", a Blacha 2115 "Casablancę".
Jak na urodziny jednak przystało, nie brakowało również wielu niespodzianek i tortu. Szybko zrozumiałem, że nie jest to typowy support, natomiast nie spodziewałem się, aż tak wielu gości specjalnych. A tutaj nie dość, że pojawili się Kizo i Mr. Polska, to jeszcze mieliśmy okazję usłyszeć Zippiego Ogara, Borona i Po Prostu Kajtka, którzy z Bedoesem 2115 poznali się przy okazji programu "Rhythm + Flow".
Najciekawszym gościem był mimo wszystko Pawbeats, który zagrał akompaniament na fortepianie pod "Jolie Jolie" Blachy 2115, a później "wszystkie noce są samotne" Kuqe 2115 - wniosło to naprawdę sporo świeżości przy tak wielu trapowych hitach. I należy tutaj wyróżnić Kuqe 2115, który po raz kolejny udowodnił, jak dobrze radzi sobie na scenie - również wokalnie.
Nie ukrywam jednak, że zaproszenie 2115 na support było dla mnie dość zaskakujące. Byłem ciekaw, jak uda pogodzić się starą szkołę amerykańskiego rapu z newschoolowymi brzmieniami z Polski. Sam Bedoes 2115 podkreślał ze sceny, że wychowywał się na 50 Cencie i jego muzyce. Dodał również, że rap ewoluował i chcą, by wraz z tym miejsce było dla każdego - i dało się to odczuć. Choć cały kolektyw został dość ciepło przyjęty, stadion nabrał zupełnie innej energii, gdy na scenie pojawiła się amerykańska gwiazda.
50 Cent w Warszawie. Co działo się na Stadionie Narodowym?
Choć 50 Cent trzymał swój wysoki poziom nawijania na żywo, niczym szczególnym mnie nie zaskoczył - dostaliśmy dokładnie to, czego można było się po nim spodziewać. Było kultowe "In Da Club" oraz "Candy Shop", na których cały stadion (wraz z trybunami) oszalał i bujał się w rytm utworów. Były również genialne występy jego tancerzy, którzy niemal przez cały koncert dopełniali występu.
Jedyne, co muszę przyznać, to że byłem rozczarowany niewielkim kontaktem rapera z publicznością. Poza ciągłymi nawoływaniami jego hypeman'a "Put your hands up", tego kontaktu było naprawdę niewiele. Ale może właśnie taki był zamysł, by artysta nie zagadywał publiczności, tylko skupił się na swojej robocie? Nie wiem, choć mi tego brakowało.
Całość odbieram wyjątkowo pozytywnie, ponieważ naprawdę nieczęsto nadarza się okazja, by jednego wieczoru usłyszeć taki przekrój historii amerykańskiego rapu. Do tego nie można zapominać o 2115, którzy pokazali, jak istotną rolę pełnią we współczesnym polskim hip-hopie. Rap łączy pokolenia, a wczorajszy wieczór był tego idealną wizytówką.












