Damian Westfal, Interia Muzyka: FAMA należy dziś do najstarszych festiwali w Polsce! Na czym polega jej wyjątkowość?
Sławomir Przybył: Jest kilka festiwali w Polsce o podobnej metryce - chociażby Festiwal w Jarocinie, podobnie Festiwal Piosenki Studenckiej w Krakowie. Opole jest jeszcze starsze, Sopot również ma długą historię. FAMA jest więc jednym z tych festiwali, które mają na sobie ciężar wieku, a przede wszystkim - długą tradycję. Siłą rzeczy ta historia przekłada się również na wpływ, jaki przez lata festiwal miał na polską kulturę i na to, jak ona wyglądała, biorąc pod uwagę nacisk na młodą sztukę i młodych artystów. Każdy kiedyś był debiutantem - chociażby Marek Grechuta. Osoby, które później tworzyły polską kulturę i stały się jej mocnymi nazwiskami, były kiedyś wychowankami FAMY.
Świnoujście odgrywa jakąś rolę w fenomenie FAMY?
- Kiedyś - kiedy jeszcze nas nie było na świecie - Świnoujście miało szczególną sytuację. To była wyspa, a w zasadzie miasto położone na 44 wyspach - było więc miejscem trochę odseparowanym od pozostałej części Polski: żyło swoim mikroklimatem, a studenci, którzy przyjeżdżali na FAMĘ, spędzali tutaj naprawdę dużo czasu. Dzisiaj FAMA trwa tydzień, jeszcze do niedawna trwała dwa tygodnie, natomiast w latach 70. i wcześniej festiwal trwał miesiąc albo nawet dłużej. Ci ludzie spotykali się w Świnoujściu i spędzali ze sobą naprawdę długi czas. Ma to również swoje uzasadnienie historyczne, chociażby z perspektywy ograniczeń, jakie nakładano wówczas na artystyczną wypowiedź młodych ludzi.
Przecież FAMA w tamtych czasach na parę lat zniknęła z artystycznego kalendarza Polski…
- PRL, stan wojenny i cała ówczesna rzeczywistość sprawiły, że w pewnym momencie było tego po prostu za dużo, żeby dopuszczać do takich przedsięwzięć. Jednak Świnoujście traktowano - rozmawiając ze starszymi uczestnikami FAMY, tak zwanymi "starymi famami" - jako miejsce odseparowania od szarej rzeczywistości. Było morze, morski klimat, a jednocześnie poczucie pewnej swobody. Podobno nawet z cenzorami było trochę inaczej, bo nikomu specjalnie nie chciało się jeździć na ten koniec Polski, żeby podglądać uczestników. Teoretycznie więc na FAMACH była dość duża swoboda - chociażby w przypadku wypowiedzi kabaretowych, sztuk wizualnych, performatywnych czy piosenki, tej bardziej odważnej i zaangażowanej. Formuła się zmieniła, bo zmieniły się czasy i świat. "Stara gwardia" czasami mówi: "Tych FAM już nie ma", ale przecież FAMA nadal co roku wypuszcza w świat jakieś mocne nazwiska. Jej absolwenci to ludzie, którzy później działają i pracują w kulturze, w bardzo różnych przestrzeniach.
Skoro FAMA ewoluowała, to zastanawiam się, co pozostaje jej niezmiennym DNA? W czym tkwi jej siła?
- Wydaje mi się, że tym najsilniejszym DNA jest interdyscyplinarność, czyli przenikanie się różnych dyscyplin artystycznych. To właśnie wyróżnia nas na tle innych festiwali. FAMA jest pewnego rodzaju przekroczeniem utartych schematów, jeśli chodzi o wydarzenia takie jak konkursy i tym podobne. Przenikamy się pokoleniowo, przejmujemy doświadczenia i perspektywy, sposób patrzenia na sztukę i kulturę. To jest coś innego. W dobie dzisiejszych showcase'ów, gdzie masz dziesiątki różnych zespołów i artystów, FAMA jest mocno selektywna. Na festiwal naprawdę przyjeżdża kilkanaście zespołów z kilkuset zgłoszeń. Jest to trochę taki ostatni przystanek przed potencjalną - nie bójmy się tego słowa - karierą czy dalszą perspektywą działalności młodych ludzi. Myślę, że nasze DNA składa się właśnie z pewnego rodzaju wolności, wymiany perspektyw, doświadczeń i myśli artystycznej. Młodzi ludzie mają okazję wyjść ze swoich baniek. Na co dzień są bardzo często w swoich szkołach - teatralnych, plastycznych czy muzycznych. Tutaj natomiast spotykają się razem.
W sekcji muzycznej na scenie zaprezentuje się 14 młodych artystów wyłonionych w konkursie. Czym was urzekli? Jak wspominasz castingi?
- To trudne zadanie. Kandydaci byli bardzo różnorodni i często stali na naprawdę wysokim poziomie, bo dzisiaj wszystko bardzo mocno się profesjonalizuje. Debiutant to już nie jest ktoś, kto ma nagrany telefonem jakiś utwór. Debiutant to często osoba, która ma już sześć wysokobudżetowych teledysków, dwie płyty i próbuje się przebić po raz piąty, szósty czy dziesiąty. Bardzo często pojawiają się nazwiska i zespoły, które przewijają się również przez inne konkursy, showcase'y i podobne wydarzenia. Czasami więc już coś o nich wiemy, a czasami coś nas zaskakuje. W tym roku urzekło nas bardzo dużo rzeczy. Tak naprawdę grupa osób, która została pod kreską i ostatecznie nie dostała się na festiwal, też była bardzo duża. Ostateczny wybór był jednak również kwestią myślenia programem - chcieliśmy, żeby tych 14 koncertów było możliwie różnorodnych. Osobiście zwracam uwagę na wykonanie. Atutem jest, kiedy ktoś podeśle swoje nagrania live, żeby można było zobaczyć, jak prezentuje się od strony warsztatowej. Wyłoniliśmy więc naprawdę mocny skład. Sam jestem ciekawy, jak zaprezentują się na żywo.
Młodym artystom trudniej jest się dziś przebić na polskiej scenie czy paradoksalnie internet daje im więcej możliwości?
- Na pewno internet, system wydawniczy, bardzo progresywna sytuacja związana z niezależnymi wytwórniami i wydawnictwami - to wszystko daje bardzo demokratyczną sytuację. Praktycznie każdy, mając podstawowy sprzęt, może nagrać płytę w domu, nie wychodząc z niego i nie płacąc za studio. Ma to oczywiście swoje wady i zalety. Czasami te produkty są świetne, pełne pomysłów, a czasami słychać, że ktoś nie wie, jak stworzyć choćby odpowiednie brzmienie bębna. Nie ma też już tylu tradycyjnych instytucji, które promowały artystów i miały wpływ na to, kto zaistnieje - radio, telewizja, festiwale, konkursy. Oczywiście konkursy takie jak FAMA są ważnymi punktami dla talentów, żeby się pokazać, natomiast nie zawrócą kijem Wisły i nie sprawią, że nagle z dnia na dzień staniesz się sławny. Nie będzie tak, że ktoś pokaże cię w telewizji czy Trójka puści twój utwór i nagle cała Polska zacznie cię słuchać. Natomiast dają one coś znacznie ważniejszego: wyciągają młodego człowieka sprzed laptopa i mediów społecznościowych, prowokują do spotkania na żywo. Sztuka jest przecież bardziej humanitarna niż cyfrowa i to jest najistotniejsze w tej całej układance.
Na deskach FAMY, obok debiutantów, pojawiają się również artyści renomowani i uznani. Kogo zobaczymy podczas tegorocznych wydarzeń specjalnych?
- Mamy taki plan, żeby między środą a sobotą postawić obok debiutantów - czyli ludzi występujących w formule konkursowej - również artystów o ugruntowanej pozycji. Chcemy ich ze sobą skonfrontować. W środę będzie zespół Bibobit, mocno funkowa i groove'owa ekipa z Poznania. W czwartek będzie John Porter - jego muzyka zapisała się bardzo mocno na kartach muzyki.
Będzie też zwyciężczyni programu "Must Be The Music". Czym urzekła cię Marcycha?
- Ma bardzo ciekawe, oldschoolowe podejście do piosenki, coraz rzadziej dziś spotykane. Podobnie strzałem w dziesiątkę jest Daria ze Śląska - dziewczyna świetnie pisząca muzykę i teksty, bardzo sprawnie działająca ze świetnym zespołem, laureatka wielu branżowych nagród. Przed głównym wydarzeniem będzie jeszcze Skubas ze swoim godzinnym koncertem na dwie gitary.
Sobota to zawsze koncert finałowy i wydarzenie specjalne…
- Tematem koncertu finałowego będzie w tym roku "Nóż w wodzie", czyli ścieżka filmowa duetu Polański-Komeda, w wykonaniu zespołu LUNAMË Macieja Kądzieli. To świetny saksofonista i bardzo dobry, rozwijający się zespół jazzowy - taki, który dużo myśli i w świeży sposób przetwarza tradycje muzyki jazzowej. Gościnią koncertu finałowego będzie Julia Pietrucha, którą włączamy w dwa utwory. Na scenie pojawi się również Jakub Jan Bryndal - moim zdaniem jedna z nadziei polskiej sceny hip-hopowej, tej bardziej inteligentnej, a może nawet błyskotliwej.
Czy duet Pietrucha-Bryndal to dla ciebie współczesny sposób rozumienia Komedy?
- Z Komedą jest trochę tak jak z całym tym projektem: "Nóż w wodzie" jest mocno intertekstualnym wydarzeniem, czyli otwiera różne możliwości. Tam jest jazz, jest piosenka, jest też aspekt improwizacji i dialogów. Podobno Skolimowski z Polańskim, kiedy pisali dialogi do "Noża w wodzie", improwizowali. Czuję naturalny pomost między Bryndalem, który na co dzień freestyluje i zajmuje się tym językiem, a linią dialogową filmu. To będzie naprawdę super. Sam do końca nie wiem, jak to się skończy. Maciej coś mi już podsyłał, ale zdaję się po prostu na ich pracę, którą wykonują od jakiegoś czasu.
Czy jako dyrektor programowy potrafisz jeszcze po prostu przyjechać na FAMĘ i być jej uczestnikiem - dać się zaskoczyć i nie mieć wszystkiego pod kontrolą?
- Oczywiście takie sytuacje są mniej spotykane, bo jest naprawdę dużo pracy. Natomiast chcę czerpać z tego frajdę, oprócz samej pracy nad programem, która bywa po prostu żmudna - to stos maili, mnóstwo tematów produkcyjnych, promocyjnych i organizacyjnych. Jednak na samym końcu jest nagroda w postaci sztuki: jakiś świetny koncert, zaskoczenie, nowa osoba, której wcześniej nikt nie znał, albo zaskakujący pomysł. Staram się zawsze wymyślać projekty tak, żeby nie były odgrzewanymi kotletami, tylko żeby były przetwarzane, interpretowane i robione na nowo. Dzisiaj trzeba mieć argument, żeby zaprosić kogoś na festiwal.
To jaką publiczność przyciąga FAMA? Wiem, że ta publika jest trochę inna niż wszędzie - bardzo zaangażowana.
- Na pewno mocną ekipę tworzy lokalne, świnoujskie środowisko alternatywne, które po prostu żyje sztuką, czerpie z niej przyjemność i inspirację. Ci ludzie chodzą na wszystkie wydarzenia. To bardzo fajni, otwarci ludzie. Oczywiście przyjeżdżają też osoby z okolic i ze Szczecina. Trzonem tego środowiska są debiutanci. Czasami się śmiejemy, że FAMA jest takim graniem artystów dla artystów.
Co dla ciebie jest najważniejszym punktem tegorocznej FAMY? Z czego będziesz czerpał osobiście przyjemność?
- Oczywiście "Nóż w wodzie". Zawsze najbardziej interesują mnie koncerty i wydarzenia specjalne. To są rzeczy zupełnie nowe. Oczywiście tematy bardzo często są stare, bo wyciągamy coś z kontekstu kultury, ale robimy to od nowa albo staramy się spojrzeć na to ze świeżej perspektywy. Znając życie, niejeden raz się zaskoczę, niejeden raz przejdą mi ciarki po plecach.
Co dla ciebie jest wyznacznikiem dobrego festiwalu?
- Myślę, że tych komponentów jest kilka. Na pewno środowisko - czyli towarzystwo, które się tam pojawia, i ludzie, którzy tworzą festiwal. Czasami zapomina się o organizatorach, którzy są niewidoczni, czyli całej sekcji produkcyjnej i wszystkich osobach pracujących przy wydarzeniu. Wyznacznikiem dobrego festiwalu jest dla mnie oczywiście również dobry, ciekawy, kreatywny i zróżnicowany program - coś, co po prostu nie nudzi, nie jest odgrzewane i nie wygląda tak samo jak w 50 innych miejscach w ramach letniego sezonu. Festiwal powinien mieć swój indywidualny rys.











