Tym razem nie "nie zdążyłam na pierwszy spektakl", tylko musiałam pracować i wiadomo, że niefajnie, i FOMO ponownie, zwłaszcza że później, spotykając ludzi, którzy dotarli do Miejskiego Domu Kultury, słyszałam tylko w kółko, że "wszystkie były fajne". Niestety należy się pogodzić z tym, że na festiwalu czasem trzeba coś odpuścić.
Ale wspomnieć mogę. Więc: pierwszy spektakl to sztuka muzyczna "HOLA, HOLA" zderzająca pieśni ludowe ze współczesnością i sam pomysł już brzmi ciekawie, a też słyszałam komentarze, że ludzie płakali na widowni. Tak że oby jeszcze kiedyś była okazja!
Później dwa monodramy. Najpierw "(nie)ukształtowana", czyli spektakl dyplomowy Natalii Podymy inspirowany życiem rzeźbiarki Camille Claudel. Siłą rzeczy nie wypowiem się, ale widziałam, jak był tworzony kostium i wiedząc, ile zostało włożone w tę sztukę pracy, chyba można polecić w ciemno. Drugi monodram to przygotowany przez Mateusza Nguyena "Ucieczka z Chinatown", o którym można przeczytać, że "podejmuje tematykę tożsamości, nierówności społecznych, rasizmu, emigracji, relacji z rodziną i ambicji. Opowiada o Drugoplanowym Azjacie i, jak przedstawia go autor, poddaje pod dyskusje tematykę gombrowiczowskiej gęby - ról społecznych, które społeczeństwo nam narzuca". Brzmi ciekawie, nadrobię, jeśli tylko będzie okazja.
Na koncertach natomiast byłam wszystkich! Pierwszy w Hali Basenu Północnego zagrał Karmider, zespół improwizujący, obracający się wokół muzyki rockowej. Cała grupa poznała się na wydziale jazzu, więc można było przypuszczać, że będzie to coś dobrego. I istotnie. Szkoda jedynie, że ktoś zawsze musi grać pierwszy, kiedy ludzi pod sceną nie ma jeszcze tak dużo. Potem Syndyba, czyli duet, którego chętnie posłuchałabym w jakimś małym, przytulnym klubie, najlepiej siedząc na podłodze, żeby dać się wciągnąć w to transowe granie. No, i dopiero godzina mniej więcej 19, a tu już dwa kolejne zespoły, nad którymi jurorzy będą musieli się pochylić.

Jako trzeci - zespół Pere-Lachaise. I oczywiście nie mogę tutaj obiektywnie ocenić, bo wiecie, Wielkopolskie Rytmy Młodych i w ogóle. Ale nadal uważam, że "Wszystko wokół wreszcie płonie" to jest album z masą, a w zasadzie to z samymi dobrymi kawałkami, a chłopaki robią świetne koncerty. Szykują się też do wydania drugiej płyty, czekajcie, bo na bank jest na co. Później grupa Zachwyt. Słuchałam ich wcześniej studyjnie i na razie właśnie w tym wydaniu podobają mi się bardziej, ale na pewno dam im jeszcze szansę w jakichś innych okolicznościach. I na koniec Imasleep. Widziałam ich pierwszy raz w 2024 roku i chwaliłam już wtedy, chociaż ewidentnie potrzebowali jeszcze trochę doświadczenia. I ten przeskok, który zrobili przez ostatnie dwa lata, jest naprawdę imponujący. Nie mogę zdradzić, kto mi to powiedział za sceną, ale padł zwrot "zespół światowy".
Zakończenie wieczoru to koncert Darii ze Śląska, która akurat nie należy za bardzo do "mojej" muzyki, ale nie musi, żeby móc ocenić, że nikt, kto przyszedł na jej koncert, nie będzie zawiedziony. Zresztą pokazała to frekwencja pod sceną. Może nie tak duża, jak na Johnie Porterze, ale nadal. A w zasadzie zakończeniem wieczoru było silent disco. W tamtym roku pamiętam, że byłam zaskoczona, ile osób tańczy w Hali, więc można się było spodziewać, że w tym roku będzie podobnie. Ewidentnie jedna z ulubionych form afterów.

Przed nami jeszcze wydarzenia sobotnie, czyli m.in. - co najważniejsze - ogłoszenie werdyktu jury i koncert finałowy LUNAME gra "Nóż w wodzie". Jurorzy obradują mniej więcej w czasie, kiedy to piszę, mam nadzieję, że nadal wszyscy tam w jednym kawałku, bo no co powiedzieć - łatwo nie mają.











