Bardzo lubię drugie dni festiwali muzycznych. Mam wrażenie, że to moment, w którym napięcia z pierwszego dnia zazwyczaj zaczynają mijać. A że tegoroczny, 20. Audioriver odbywający się od 10 do 12 lipca na Łódzkich Błoniach, jest jednocześnie moim pierwszym, ciągle go odkrywam. Kiedy zaczynam myśleć, że tak, wiem już, o co tu chodzi, wiem już, dlaczego spotykam osobę, która mówi, że była na Audioriverze już szesnaście razy i myślę, że rozumiem, skąd bierze się ten stan rzeczy, błyskawicznie okazuje się, że odkrywam kolejne warstwy festiwalu.
Gdzie bije źródło Audioriver?
Bo tak, z perspektywy laika, którym niewątpliwie tu jestem, sprawa może z początku wydawać się prosta. Są rozpoznawalne gwiazdy muzyki elektronicznej, są ksywy znane raczej tylko osobom siedzącym głęboko w danych gatunkach, jest mnogość stylów, a co za tym idzie, możliwość wyboru jednej z dziesięciu scen, na które możesz iść. Idziesz, tańczysz i zapominasz o całym świecie.
Potem zatapiam się w scenach Kosmos, Studio i Park, które są niejako oderwane od reszty wydarzenia, wtopione w leśny klimat i zapowiadające obecność Ogrodu Botanicznego w okolicach terenu festiwalu. Widzę, jak z czasem zbierają się tam tłumy niemniejsze niż przy scenach namiotowych, jak z biegiem czasu coraz trudniej znaleźć tam dla siebie przestrzeń. Wtedy myślę, że tak - to właśnie jest serce Audiorivera. Po czym wracam pod główną scenę i nie potrafię zebrać szczęki z podłogi, a idąc do jednej ze stref gastronomicznych z daleka już widzę wypełniony namiot Circus, w którym gra bezkompromisowe, piekielnie szybkie hard techno. I wiecie, jaki jest mój ostateczny wniosek? Chapeau bas dla organizatorów za umiejętność pogodzenia w jednym miejscu całego spektrum gatunkowego muzyki elektronicznej - do czego za chwilę dojdziemy - ale również za uchwycenie różnorodności kultury klubowej.
Co się działo drugiego dnia Audioriver?
Co więc odhaczyłem drugiego dnia? Główna scena z początku została opanowana przez DD i Leonę Jacewską (dawniej znaną jako Charlie) - ta druga zaprezentowała bardzo energiczny live-act, w którym nie stroniła od śpiewu. W głowie pojawiły mi się błyskawicznie dawne imprezy dowodzonego przez Novikę i Mr. Lexa kolektywu Beats Friendly, którego członków z tego miejsca serdecznie pozdrawiam.
Ze względu na swoje hip-hopowe korzenie nie mogłem pominąć tego, co zagrał ATZ Sound, czyli selektorski projekt rapera znanego jako Miły ATZ - prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalnego aktualnie ambasadora brzmień grime'owych i UK Bass w Polsce. I przyznaję, że po zakończeniu projektu Święty Bass jego były członek poradził sobie doskonale, łącząc typowo DJ-ski set pełen niskich częstotliwości ze specyficzną grime'ową nawijką. Zaskoczył mnie również Expo 2000, umiejscowiony w środku sceny Rotunda. Producent kojarzony głównie z projektu Poppyn i współpracy z raperem Belmondo, rozpoczął swój set od utworu ekipy Skalpel, po czym płynnie przechodził między brzmieniami urban a klimatami acid techno, by całość zakończyć numerem "Moments in Love" zespołu Art of Noise pamiętanym mocno z czasów MTV2. Cóż, pseudonim zobowiązuje. Po nim Kacha z Coals weszła od razu ze swoim setem w rytmach pochodzących z… Ameryki Południowej. Ale przyznaję, że słyszałem go tylko przez chwilę, bo na liście rzeczy do odhaczenia miałem w tym dniu przede wszystkim projekt Nervy.
Sekcje dęte na Audioriver
Tak, Agim Dżeljilji pojawił się na scenie, by przypomnieć o projekcie współtworzonym z Igorem Boxxem i Janem Młynarskim, który ponad dekadę temu trząsł światem elektronicznej muzyki alternatywnej. Połączenie niekoniecznie łatwych w odbiorze dźwięków syntetycznych i sampli z orkiestrą dętą, bez wyraźnego przesunięcia w jedną lub drugą stronę? Nie lada sztuka. Spośród prowodyrów projektu pojawił się wyłącznie Agim, który dyrygował 12 towarzyszącymi mu muzykami. Warto dodać, że jednym z muzyków był perkusista Rafał Dutkiewicz - kto wie, czy nie jeden z najbardziej utalentowanych bębniarzy w Polsce, który błyszczał już na jednej scenie z Brodką, P.Unity czy zespołem Skalpel. Bardzo satysfakcjonująca rzecz w odbiorze.
Co ciekawe, po instrumenty dęte sięgnął później Apache, który wraz z The Brass Orchestra zaprezentował set osadzony zarówno w kulturze klubowej, jak i czerpiący z… muzyki klasycznej. I to nie tylko pod kątem stricte dźwiękowym, gdyż ich występowi towarzyszyły wizualizacje nawiązujące w pełni do barokowego przepychu. Słuchało się i oglądało tego ciekawie (szczególnie w momencie, gdy na scenie muzykom towarzyszyli wokaliści), chociaż mam wrażenie, że przez bardziej DJ-ski charakter niż w przypadku Nervów, obecność sekcji dętej w samych dźwiękach pełniła funkcję przyprawy, zamiast głównego dania jak było to w przypadku naszego rodzimego projektu.
Audioriver 2026 - gwiazdy drugiego dnia
Moje największe zachwyty tego wieczoru w Łodzi to dwa skrajnie różne występy właśnie na głównej scenie. Przed Apache & The Brass Orchestra swój live act zagrał duet Parisi. Przyznaję, że sama nazwa zespołu stworzonego przez włoskich braci Marco i Jacka Parisich wydawała mi się anonimowa, dopóki nie spojrzałem na listę utworów, które współtworzyli, gdy okazało się, że… wszystko w zasadzie znam. Tak, muzycy latami pracowali na nazwiska dużo bardziej znanych kolegów, takich jak Skrillex, Fred Again… czy Swedish House Mafia. Jeżeli nie kojarzycie z miejsca, to zdradzę, że oni odpowiadali za fundament "Turn On The Lights Again…", który to numer kojarzy w zasadzie każdy fan EDM-u. I wiecie co? Dla mnie obecność na ich występie była jednym z najlepszych momentów koncertowych w całym moim życiu. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.
Z fascynacją patrzyło się na live act, w którym muzycy korzystali z syntezatorów, wizualnie podkręconych kontrolerów MIDI, a ekrany po bokach skupiały się przede wszystkim na tym, by pokazywać, jak bardzo cieszą się z tego, że są na miejscu i wspólnie grają. Nie wiem, czy był moment tego koncertu, w trakcie którego byłem w stanie podnieść swoją szczękę z podłogi. Świetnie było usłyszeć na żywo zarówno wspomniany kawałek "Turn On The Lights Again…", jak i "OK OK" z Dannym Brownem i JPEGMAFIĄ oraz bardzo emocjonalne, pochodzące jeszcze z tego roku "This is Real (Disappear)", które zawładnęło moimi słuchawkami jeszcze kilka miesięcy przed pojawieniem się na Audioriver. Czasami najlepsze koncerty to te, o których nie wiedziało się, że się na nie czeka.
A jeśli chodzi o te, na które czekałem: set DJ-ski Disclosure. W jego trakcie w pełni zrozumiałem, dlaczego duetowi należy się scena główna. Chociaż zaczęli o 1:15 i skończyli przed trzecią w nocy, był to najbardziej przetańczony przeze mnie - i zgaduję, że przez większość uczestników - moment drugiego dnia festiwalu Audioriver 2026.
Muzycy zaczęli set od swoich numerów "When a Fire Starts To Burn" i "F For You", by potem coraz bardziej poszerzać selekcję. W tym przyjemnym, UK House'owym secie rządziła przede wszystkim muzyka. DJ-e bowiem nie mieli ze sobą niesamowitych, oszałamiających wizualizacji, potężnej gry świateł, a na scenie towarzyszyło im tylko kilka święcących kolumn. Bezpośredni kontakt z publicznością również był ograniczony do minimum. Tu miała przemawiać muzyka i w tym tkwił cały sukces. Czasami artysta nie musi wiele mówić, by móc się przekonać o jego klasie.
Czysta ciekawość sprowadziła mnie jednak na dłuższą chwilę również pod scenę Circus, gdzie uczestników Audioriver rozpalał piekielnie szybki set Klangkuenstlera. To skrajny kontrast wobec bardziej wychillowanych produkcji proponowanych przez Disclosure, ale rozumiecie, że nawet przy gwieździe takiego formatu muzycy na innych scenach mogą liczyć na tłum wypełniający całą przestrzeń?
I tak po drugim dniu myślę sobie, że słuszna jest ta konkluzja, którą usłyszałem zupełnie przypadkiem od jednego z uczestników podczas setu Disclosure. "Bo wiesz, to jest tak, że na Audioriverze stopy już bolą, ale same rwą się do tańca". Czyli o to w tym wszystkim chodzi?










