Choć to dwudziesta, jubileuszowa edycja festiwalu Audioriver, to nie będę ukrywał - jestem na nim pierwszy raz. Kiedy pojawiłem się na miejscu wydarzenia, którym w tym roku po raz kolejny są Łódzkie Błonia, pierwsze wrażenie to… poczucie absolutnego przytłoczenia. Chyba nigdy wcześniej nie byłem na festiwalu muzycznym, który bardziej sprawiał wrażenie bycia lunaparkiem niż wydarzeniem. Trudno się dziwić: 10 grających w tym samym czasie artystów na 10 scenach muzykę nastawioną przede wszystkim na wprowadzenie słuchacza w taneczny trans. To wszystko od 18:00 do 6:00 - serio, znajdźcie mi drugie takie miejsce w Polsce!
Wrażenia pewnie dopełniały dwie sceny umiejscowione na przeciwległych polach, które swoją konstrukcją przypominały raczej namioty cyrkowe. Szybko sobie uświadomiłem, że tak, to prawda: faktycznie jestem w lunaparku, ale główną atrakcją jest tu muzyka elektroniczna.
Masz FOMO? Audioriver nauczy cię odpuszczania
To też chyba pierwszy festiwal w moim życiu, w którym przez to przytłoczenie bardzo szybko odpuściłem sobie wewnętrzne FOMO, tzn. potrzebę odhaczenia jak największej liczby artystów, aby jak najpełniej przedstawić to, co się dzieje. Zwyczajnie nie da się tego ogarnąć z perspektywy dziennikarskiej, a co dopiero zwykłego uczestnika, który przyszedł się tu dobrze bawić. W końcu kolejni DJ-e i artyści wykonujący swoje live acty (prezentowanie muzyki elektronicznej za pomocą syntezatorów i kontrolerów MIDI, zamiast grania na gramofonach - przyp. red.) zachęcają przede wszystkim do pozostania na miejscu.
Jaka więc jest odpowiednia strategia na obecność na Audioriver? Myślę, że dość prosta: albo patrzysz - na stronie internetowej lub niesamowicie przydatnej aplikacji w smartfonie - kiedy grają artyści, którzy są w zasięgu twoich zainteresowań i których słuchasz, albo po prostu wybierasz ten nurt muzyki elektronicznej, który akurat w danej chwili najbardziej ci odpowiada. Bo to, że w jednym miejscu wybrzmiewa drum'n'bass, w drugim hard techno, w trzecim house, w czwartym UK Bass (nawet raper Jakub Jan Bryndal, kojarzony ze współpracy z Pezetem czy Łoną, przewinął mi się na jednej ze scen, nawijając pod brytyjskie basy!) a jeszcze gdzie indziej neurotyczne, industrialne brzmienia, jest tu całkowicie normalne. A jedna niezmienna rzecz to fakt, że wszędzie traficie na masę tańczących - z mniejszym lub większym zaangażowaniem - osób. Tak, to zdecydowanie najbardziej roztańczony festiwal w Polsce.
Muzyka elektroniczna? Do wyboru do koloru
Sam miałem na swojej liście do odhaczenia pierwszego dnia te najgłośniejsze wydarzenia, które zdecydowanie przyciągnęły tu masę ludzi. Na ogromnej scenie rozpościerającej się na szerokość jeszcze w świetle dnia zagrało chociażby jazzowe Błoto. Co tu robi ekipa jazzowa, dowodzona przez Marka Pędziwiatra, pewnie spytacie? Ano, chłopaki zagrali… klasyki detroit techno. Przyznaję, że to doświadczenie bardzo niecodzienne słyszeć chociażby utwory ekipy Cybertron czy Underground Resistance w wykonaniu jazzowego kwartetu, wśród którego jest przecież saksofonista. Sprawa jest o tyle ciekawa, że muzycy wędrowali już muzycznie w stronę Detroit, ale głównie przez nieco bardziej oczywiste drogi, tzn. J Dillę, czyli jednego z najbardziej wpływowych producentów hip-hopowych w historii, któremu muzyka elektroniczna zawdzięcza równie wiele.
Kto jeszcze był na mojej liście? Nie byłem w stanie sobie odpuścić Zamilskiej, która zagrała na scenie Kosmos - chyba najbardziej satysfakcjonującym estetycznie miejscu na tym festiwalu. Bo wyobraźcie sobie scenę, która otoczona jest kręgiem drzew i krzewów. Nagle miałem wrażenie, że pojawiłem się na imprezie w środku lasu. A Zamilska? Cudownie, ale czegóż innego się spodziewać? To osoba, której pomimo tego, iż gatunkowo porusza się po obiegach tanecznej muzyki elektronicznej, w sercu jest twardym metaluchem, który kocha też trip-hop i to wszystko ze sobą łączy. A że w moim sercu gra dokładnie to samo, byłem absolutnie zachwycony.
Nie mniej zachwycony niż następującą po nią matką chrzestną berlińskiego techno, Ellen Allien, która na kilka lat wypadła mi z horyzontu, choć swego czasu przecież zasłuchiwałem się w jej dokonaniach. Jej wspólny set z Salome zaskoczył mnie bardzo mocno swoją surowością, kiedy miałem w pamięci jej bardziej melodyjne oblicze z czasów "Berlinette" czy płyty "Orchestra of Bubbles", nagranej z Apparatem.
Boys Noize doskonale pokazał, dlaczego scena główna tuż przed The Prodigy należała do niego. Przekrój jego setu potrafił przytłoczyć równie dobrze jak cały festiwal. Od numerów własnych, przez kawałki współtworzone ze Skrillexem po… "Closer" Nine Inch Nails. Oczywiście ten, kto zna dokonania tego DJ-a, wie doskonale, że całkiem niedawno grał trasę wraz z Trentem Reznorem i Atticusem Rossem jako Nine Inch Noize, po czym wypuścili wspólną płytę zawierającą taneczne remixy utworów tej legendy industrial metalu.
The Prodigy - główna gwiazda pierwszego dnia Audioriver 2026
Ale czego by nie robił Boys Noize, nie dało się ukryć jednak, kto jest na wydarzeniu główną gwiazdą. Jeszcze w momencie, gdy grał na scenie, pod nią masowo zaczęli zbierać się słuchacze w koszulkach z charakterystyczną mrówką. Tak, The Prodigy byli główną gwiazdą piątkowego wieczoru w Łodzi - to było widać w każdym momencie i myślę, że większość z was czyta w ogóle tę relację właśnie z tego powodu.
To trzeci koncert legendy rave'u w Polsce bez legendarnego, charyzmatycznego Keitha Flinta, który zmarł w 2019 roku, a latami stanowił wizerunkowy punkt zaczepienia dla grupy. Miło było zobaczyć, jak niektórzy z obecnych za pomocą fryzury albo makijażu oddawali mu hołd. Obawy były jednak dokładnie te same - czy bez Keitha to będzie to samo?
Kiedy jednak wybrzmiały pierwsze nuty "Omen", którymi Brytyjczycy rozpoczęli swój występ, a po moim ciele przeszły ciarki ekscytacji, wiedziałem, że mimo strat osobowych, ekipa Liama Howletta i Maxima Reality dowiezie ten koncert z nawiązką. "Voodoo People" po "Omenie"? Ależ proszę bardzo. "Invaders Must Die"? Czemu nie! Wybrzmiało nawet legendarne "Smack My Bitch Up", które uległo znaczącemu liftingowi brzmieniowemu, czy rzucone niemal na koniec "Out of Space" z debiutanckiego "Experience", które wprawiło cały tłum we wspólny śpiew.
Maxim pełnił tradycyjną funkcję mistrza ceremonii, który zachęcał wszystkich słuchaczy do tańczenia, skakania, robienia moshpitów. Pewnie gdyby pokazał dowód osobisty, okazałoby się, że "sztuka kontroli nad tłumem" to jego drugie imię. A wszystko to w towarzystwie żywego perkusisty oraz gitarzysty, którzy do i tak już bardzo energicznej muzyki The Prodigy dokładali nowe pokłady. Nie da się ukryć, że niesamowicie dynamiczna gra świateł i wizualizacje też zrobiły swoje - te z walczącymi szkieletami zapadły mi w pamięć najbardziej. Kto był, ten wie.
Liczba osób pod sceną na The Prodigy absolutnie przytłaczała, ale myślicie, że w tym samym czasie na innych scenach było pusto? Ależ skąd - wystarczyło przejść się na scenę Circus, by zobaczyć cały namiot wypełniony przepoconymi ludźmi tkwiącymi w hipnozie wywołanej przez psytrance'owe rytmy Novah. Boli mnie jednak, że w tym samym czasie grał LTJ Bukem - pionier łączenia muzyki jungle i drum'n'bassu z jazzem i prawdopodobnie osoba, bez której nurt znany jako liquid drum'n'bass nie miałby nigdy racji bytu. Powracamy: sztuka odpuszczania.
Zazdroszczę tym, którzy potrafili wytrwać do końca pierwszego dnia festiwalu - przyznaję, że po pobujaniu się przy kilku scenach bez najmniejszego narzucania sobie presji w końcu odpadłem, ale z uwagi na to, co wydarzy się późno w nocy drugiego dnia, obiecuję sobie wytrwać. Czy się uda? O tym przekonacie się w relacji z drugiego dnia!










