Reklama

"Wspominając Kurta Cobaina": Tak wyglądał pogrzeb lidera grupy Nirvana [FRAGMENT KSIĄŻKI]

"Myślę, że gdyby nie poznał Courtney, opuściłby ten świat już dawno temu" - takie słowa na pogrzebie Kurta Cobaina wygłosił menedżer Nirvany Danny Goldberg. Na stronach Interii możecie przeczytać fragment jego książki "Wspominając Kurta Cobaina".

Courtney Love z córką Frances Bean Cobain, z tyłu Danny Goldberg i Kurt Cobain - wrzesień 1993 r.

5 kwietnia 1994 r. Kurt Cobain odebrał sobie życie. Samobójstwo 27-letniego lidera grupy Nirvana (posłuchaj!) było szokiem dla milionów fanów na całym świecie.

Reklama

Początek 1991 roku. Danny Goldberg, znany menedżer muzyczny, zgadza się wziąć pod swoje skrzydła rokujący młody zespół z podziemnej sceny muzycznej w Seattle. Nie ma pojęcia, że lider Nirvany stanie się ikoną popkultury na miarę Johna Lennona, Michaela Jacksona czy Elvisa Presleya. Danny znał Kurta jak mało kto. Był z nim od początku aż do tragicznego końca.

Jego opowieść o legendzie Nirvany, oparta na własnych wspomnieniach, relacjach rodziny i przyjaciół nigdy wcześniej nie upublicznianych, ukazuje postać Kurta w całkiem nowym świetle.

Książka "Wspominając Kurta Cobaina. Biografia lidera Nirvany" trafiła do sklepów pod koniec listopada nakładem Wydawnictwa Znak.

-------

Jeszcze raz podkreśliłem, że niezależnie od tego, jakie ma problemy z zespołem albo z Courtney [Love, żona Cobaina i liderka grupy Hole - sprawdź!], albo z demonami siedzącymi w jego własnej głowie, do których nie mam dostępu, niezależnie od tego, jakich wyborów dokona w życiu artystycznym czy prywatnym, będzie w stanie myśleć bardziej trzeźwo i podejmować mądrzejsze decyzje, jeśli najpierw przejdzie detoks. Po prostu żadne inne słowa nie przychodziły mi do głowy.

Kurt nie chciał o tym słyszeć. Tłumaczył, że William Burroughs był w stanie funkcjonować kilkadziesiąt lat jako narkoman, więc dlaczego on sam też nie mógłby tak żyć. To z jakiegoś powodu wyprowadziło mnie z równowagi bardziej niż wszystko, co powiedział do tej pory, i było to słychać w moim głosie. Stwierdziłem, że chcę wracać do domu, do swoich dzieci. Przyleciałem tylko dlatego, że się o niego martwiłem, ale teraz musiałem zdążyć na samolot. Jeszcze raz zacząłem go błagać, żeby poszedł na odwyk, bo dopiero wtedy będzie w stanie podejmować rozsądne decyzje. Zapewniłem, że gdy to zrobi, będę go wspierał w każdy możliwy sposób we wszystkim, co postanowi, ale musiałem już jechać na lotnisko.

Kiedy kilka godzin późnej przyleciałem do Los Angeles, czułem się okropnie. Żałowałem tego, że przed samym wyjściem okazałem Kurtowi swoją irytację, i natychmiast do niego zadzwoniłem. Przepraszałem za to, że próbowałem go pouczać, powtarzałem, że go kocham i szanuję, a moje zdenerwowanie wynikało jedynie z troski. Był bardzo smutny i prawdopodobnie na haju, ale nawet w tym stanie miał w sobie tę łagodną serdeczność. Odpowiedział: "Wiem o tym".

Podczas gdy z nim rozmawiałem, do pokoju weszła Katie, która też chciała mu coś powiedzieć. Pomyślałem, że może to go trochę rozweseli, więc podałem jej słuchawkę. Rozmawiała z Kurtem przez minutę, dwie, z oburzeniem informując go, że Frances [Bean Cobain, urodzona w 1992 r. córka Cobaina i Love] ją uszczypnęła, kiedy ostatnio się widziały. Umilkła, żeby wysłuchać jego odpowiedzi, a potem stwierdziła: "Kurt, mówisz jak jakiś zrzęda. Nie bądź zrzędą!". Następnie powiedziała, że go kocha, i oddała mi telefon. Ja również mu to powtórzyłem. Kiedy się żegnaliśmy, wydawał się równie przybity jak wcześniej. Poczułem się bezsilny. To była nasza ostatnia rozmowa.

W następnych dniach zarówno Kurt, jak i Courtney przylecieli do Los Angeles, żeby iść na odwyk, i miałem nadzieję, że tym razem da to jakiś trwalszy efekt. Znałem mnóstwo historii narkomanów, którzy przechodzili ten proces kilka razy, zanim wreszcie udało im się dokonać przełomu. Myślałem, że może to właśnie będzie ten moment.

Dwa tygodnie później, w piątek 8 kwietnia, byłem w Nowym Jorku na spotkaniu z dyrektorem generalnym Atlantic Valem AzzolimStevie Nicks. Rozmawialiśmy o jej planowanej nowej płycie, kiedy moja asystentka dała mi znać, że Rosemary czeka przy telefonie i mówi, że to pilne. Dzwoniła do mnie z samochodu, bo właśnie jechała do Courtney, która ciągle przebywała na odwyku. Tłumaczyła, że musi jej powiedzieć, co się stało. Ponieważ nie miałem pojęcia, o czym mówi, odparła: "O mój Boże. Oczywiście, ty też jeszcze nic nie wiesz. Kurt się zabił". Już nigdy nie otrząsnę się do końca z bólu i smutku, które przeszyły mnie w tamtej sekundzie.

Cierpienie wkrótce zastąpił szok oraz świadomość, że trzeba jakoś dalej "funkcjonować". Wsiadłem w samolot powrotny do Los Angeles i nazajutrz razem z Rosemary, Katie i czteroipółmiesięcznym Maxem polecieliśmy do Seattle, gdzie czekała na nas limuzyna z kobietą za kierownicą. Szybko domyśliła się, że jesteśmy w mieście z powodu pogrzebu Kurta.

"Wiecie, woziłam go kilka miesięcy temu. Był naprawdę miły. Powiedziałam mu, że mój czternastoletni syn jest jego wielkim fanem, a on zapytał, gdzie mieszkamy. Okazało się, że to po drodze do jego domu, więc zaproponował, żebyśmy się tam na chwilę zatrzymali, to pójdzie się z nim przywitać". Potem dodała: "Kurt uścisnął rękę mojemu synowi, spojrzał mu w oczy i powiedział: 'Wiesz co, twoja mama jest naprawdę świetnym kierowcą'".

Zanim dotarła do końca opowieści, była już cała we łzach, podobnie jak my. Kiedy ochłonęła, powiedziała jeszcze: "Mój syn bardzo się złości na tych, którzy teraz krytykują Kurta. Mówi, że po prosu nie rozumieją, co on przeżywał".

Janet musiała ustalić, gdzie odbędzie się pogrzeb. Ponieważ Kurt popełnił samobójstwo, większość kościołów nie chciała go przyjąć. "Siedziałam w Four Seasons i wydzwaniałam na ślepo pod numery z książki telefonicznej. W końcu [menedżerka Soundgarden] Susan Silver zasugerowała, żebym spróbowała u unitarian".

Jakiś czas później wszyscy byliśmy w domu Courtney. Po różnych pomieszczeniach kręciły się dziesiątki ludzi, ale kilkoro z nas usiadło razem z Courtney i matką Kurta, Wendy, w jednej z sypialni. Pojawiła się Kat BjellandBabes in Toyland - Courtney często ścinała się z nią na łamach prasy, ale obie nadal dużo dla siebie znaczyły.

Courtney powiedziała nam nagle, że znalazła list pożegnalny Kurta. Nie wiem, czy wcześniej nie chciała o tym wspominać, czy dopiero co się na niego natknęła. W kolejnych latach ten list był publikowany dziesiątki razy w różnych miejscach i poddawany rozmaitym interpretacjom, ale gdy czytała go wtedy na głos, była to naprawdę rozdzierająca serce chwila.

Zaczęła: "Do Boddy: Mówię do was językiem doświadczonego prostaka, który zdecydowanie wolałby być zniewieściałym, infantylnym, wiecznie niezadowolonym typem... [tłum. Katarzyna Malita]. W tym momencie przerwała: "Kurwa, Kurt, nawet nie umiałeś dobrze napisać imienia Buddy". Wtedy Wendy głośno westchnęła i wyjaśniła nam, że Bodda to imię wyimaginowanego przyjaciela Kurta z czasów, gdy był małym dzieckiem. Przez chwilę wszyscy siedzieliśmy jak oniemiali.

Później tego samego wieczoru Courtney wzięła mnie na stronę i powiedziała przez łzy: "Kurt i ja chcieliśmy być jak Danny i Rosemary, ale problem w tym, że oboje chcieliśmy być Rosemary". Spytała, czy wygłosiłbym mowę podczas nabożeństwa, a ja zacząłem się rozglądać po domu w poszukiwaniu Biblii. Ostatnio byłem na pogrzebie, na którym rabin odczytał poruszający fragment Księgi Koheleta: "Wszystko ma swój czas, (...) Jest czas rodzenia i czas umierania". Chciała też, żeby po zakończeniu uroczystości poleciała jakaś piosenka, a ja zaproponowałem "In My Life" Johna Lennona.

W miejscu, które zaklepała Janet, Unitariańskim Kościele Prawdy, najpierw zabierali głos różni ludzie, którzy znali Kurta, kiedy dorastał, a później przyszła moja kolej. Nie zrobiłem sobie wcześniej żadnych notatek i o ile wiem, nie istnieje żadne nagranie z pogrzebu, więc nie pamiętam zbyt szczegółowo swojego wystąpienia. Wiem, że zacytowałem Koheleta i stwierdziłem, że Kurt był kimś szczególnym, świetlistą istotą, która zstąpiła na ziemię, bo później krytykował to w swojej książce Everett True. Ale tak uważałem wtedy i w dalszym ciągu tak uważam.

Nie chciałem, aby ludzie, którzy poznali go w ciągu ostatnich kilku lat, poczuli się wykluczeni. Eddie Rosenblatt powiedział, że na pogrzeb powinni przyjść tylko ci pracownicy Geffena, który znali Kurta osobiście, ale to i tak oznaczało, że w kościele tamtego dnia znaleźli się Gary Gersh, Mark Kates, John Rosenfelder, Ray Farrell i Robin Sloane. To oni głównie zaprzątali moje myśli, a także John Silva i inne osoby z Gold Mountain. Opowiadałem o naszej współpracy, gdy mieszkał w Los Angeles, o tym, jak walczył o zachowanie swojej tożsamości artystycznej, a jednocześnie starał się dotrzeć do jak największej liczby odbiorców. Myślałem też o Rosemary, więc przytoczyłem rozmowę, którą oboje z nim odbyliśmy, kiedy próbował zdecydować, czy wystąpić na rozdaniu nagród VMA, czy nie. I wreszcie, myślałem o żonie Kurta. "Rolling Stone" wydrukował jedno zdanie z mojej przemowy, które dzięki temu przetrwało: "Myślę, że gdyby nie poznał Courtney, opuściłby ten świat już dawno temu".

Mam jedynie strzępki wspomnień na temat tego, co się działo później, kiedy z głośników leciała piosenka Lennona. Wiem, że gdy zobaczyłem Eddiego Rosenblatta, objąłem go i zacząłem szlochać w jego ramionach. Kilka minut później podszedł do mnie jakiś mężczyzna. Podał mi rękę i przedstawił się jako Don Cobain, ojciec Kurta. Powiedziałem potem Kristowi [Novoselicowi, basiście Nirvany], że nigdy wcześniej go nie spotkałem, a on odparł: "No tak. Kurt nigdy nie umiał mu wybaczyć". A po chwili dodał smutno: "Ja wolę wybaczać".


INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Kurt Cobain | Nirvana | Courtney Love

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje