Sea You Showcase 2026: dzień drugi. See you soon, Gdańsk! [RELACJA]
Polubiłam ten festiwal! Za klimat, ludzi, wiadomo. Ale za muzykę przede wszystkim, bo dostałam takie zespoły, które chciałam usłyszeć na żywo, a wcześniej nie było okazji, dostałam zaskoczenia, ale przede wszystkim mało oczywisty skład, bez "headlinerów", co w przypadku showcase'u jest zdecydowanie zaletą.

Nie napisałam tego wczoraj, ale jest jeszcze jedna rzecz, za którą trzeba pochwalić ekipę Sea You. Jest to strona internetowa i podstrony artystów. Bo mamy tam nie tylko standardowy opis z info prasowego, ale też skondensowaną sekcję "Co musisz wiedzieć?", podpowiedź, od czego zacząć przygodę z czyjąś muzyką, porównanie do innych, bardziej znanych, i przede wszystkim wyjaśnienie, dlaczego organizatorzy zdecydowali się zaprosić tę osobę czy zespół na scenę.
Więc, na przykład, o Kasoil, która otworzyła Scenę Magazyn drugiego dnia, możemy przeczytać, że wybrano ją, bo "na współczesnej scenie intrygujące i oryginalne podejście do r'n'b to rzadkość, a Kasoil świetnie rozwija ten gatunek" i że będzie to coś dla fanów Rosalie czy późnych albumów Jessie Ware. No czy to nie przydatne, żeby przygotować się przed koncertem? I znowu, pracujemy na odczuciach - nie moja estetyka, ale, słuchając "Płyń" albo "Wyrosłam", jestem w stanie sobie wyobrazić, że jej piosenki mogą trafić do dużej grupy ludzi.
Następnie Filip Żółtowski Quartet, czyli zespół z mojego ulubionego ostatnio nurtu - jazzu łączonego z elektroniką i hip-hopem. A jak wiadomo, scena trójmiejska dobrze stoi młodym jazzem. Powoli przestaję zadawać pytanie, czy polski jazz przeżywa renesans, skoro odpowiedź jest już oczywista. Więcej takich zespołów życzylibyśmy sobie na showcase'ach. Równie ciekawe były Popsysze. Byłam dość na świeżo po przesłuchaniu "Powięzi" i ciekawiło mnie, jak zabrzmi to na żywo, bo z taką muzyką różnie to bywa. Obie wersje - i studyjna, i live - do polecenia. Czwarty zespół to Babyhats, i powiem tak: tu naprawdę nie ma się do czego przyczepić, pewnie gdybyśmy dostali takie "Weather" jako singel zagranicznego, znanego zespołu, to też nikt by nie narzekał, ale nie był to koncert, który na długo zapadnie mi w pamięć. Choć gdybyście tam byli, to nie bylibyście rozczarowani.
Długo w pamięci zostanie mi natomiast ostatni na Scenie Magazyn Mjut. Jak do tego doszło, nie wiem, że wcześniej nie słyszałam tego na żywo. Przecież kocham te piosenki. Bardzo lubię, jak ktoś wylewa tyle emocji, z którymi można się utożsamić, a przy okazji powoduje, że w środku jakby cieplej. "A ty mnie kłam, bujaj mnie do snu / Wymyśl dla mnie żart z nieistniejących słów" - pierwsze wersy tej piosenki już sprawiają, że pojawiają się ciary. No i nowy singel "Wszyscy tacy uśmiechnięci / wszyscy sobie życzą szczęścia / A w tobie coś pęka, a w tobie coś…" - piękne. Dzięki wam za ten koncert.
Duża scena w sobotę to było miejsce zaskoczeń i nie były one wszystkie pozytywne niestety. Na początek The Surfers, no i hej, kiedy ostatnio słyszeliście surf rock na żywo? Szanuję istnienie tego zespołu całą sobą. Muzykę, wizerunek, wszystko. Ja się tu posłużę ponownie cytatem z sekcji "Posłuchaj, jeśli lubisz": "The Beach Boys, La Luz, surfing, (…) vintage, jazda autem z opuszczonymi szybami, hawajskie koszule, tęsknota za latem".
Następnie - Leon Krześniak, który wydał niedawno debiutancką płytę "Słoneczna strona ulicy", co dobrze też oddaje jego styl, określany przez samego artystę jako "pozytywne, lekkie indie popowe piosenki" i "gitarkowe brzmienie z nutą retro". Album debiutancki, ale Leona przecież znacie, choćby ze współpracy z Mrozem, Zalią czy Wiktorem Dydułą. Takie "Wspaniały to był rok" albo "Piękne dni" to są naprawdę przyjemne kawałki. Powiedziałabym, że do radia, ale to określenie nie zawsze jest dobrze odbierane. No ale co tu ukrywać, zdecydowanie mają szansę na bycie przebojami. Ach, i Leon miał akurat urodziny, i trzeba przyznać, że "Sto lat" brzmi jakby lepiej, jeśli 3/4 publiczności jest w jakiś sposób związana z muzyką.
Po tym uroczym indie na scenę wyszła Natalia Muianga i to było moje największe odkrycie Sea You 2026. Nie słucham popu, z reguły w najlepszym wypadku mi po prostu nie przeszkadza. Ale tutaj dostaliśmy też jazz i soul. I dobrą energię, dużo pewności siebie, dużo wdzięku. Tak naprawdę Natalia ma wszystko, żeby być gwiazdą. I ma też dęciaki, żeby zdobyć moje muzyczne serce. Różne tam w międzyczasie padały skojarzenia, w tym Whitney Houston czy Marilyn Monroe. Było też latino i lekko countrowe "Kruche", które dostało aprobatę co najmniej połowy duetu Kowbojów na falach z Radia Afera. Jestem zachwycona i tyle. I wiem, że nie tylko ja.
Później też dopadło mnie zaskoczenie, tylko tym razem nie było pozytywne. Bo płyta Nawrockiego "Moja mama ma depresję i siedem innych piosenek o miłości" była przeze mnie słuchana, choćby kawałek "Dobrzy ludzie" jest naprawdę zgrabny. Natomiast koncertowo nie siadło to zupełnie. Zostaną ze mną wersje studyjne. Dużą scenę zamknął projekt, performance, spektakl audiowizualny, zależy jak tam kto chce to nazywać, pod nazwą William Malcolm and The Dracul Affair. Nie było to takie zakończenie jak Spoiwo, ale to ciekawie spędzona godzina.
A, no i zawsze narzekam przy Inside Seaside, że trudno jest zrobić dobry klimat na indoorowym festiwalu, natomiast Sea You zdecydowanie dowiózł. Nie wiem, jak to zrobili, nie mam jednego konkretnego argumentu, po prostu człowiek się tam dobrze czuje. Tak że zdecydowanie see you, Gdańsk!









