Reklama

Nicki Minaj w Łodzi: Niech żyje bal! [RELACJA I ZDJĘCIA Z KONCERTU]

"Nicki Minaj w Łodzi z brzydkim psem. To byłby koniec świata. Czasoprzestrzeń by się zapadła" – mówił kilka lat temu Rado Radosny Kubie Stemplowskiemu podczas wywiadów. Brzydkich psów na koncercie w Atlas Arenie nie było, ale na brak atrakcji fani raperki, w tym sama Maryla Rodowicz, narzekać nie mogli.

Nicki Minaj podczas koncertu na MTV EMA

Jeszcze kilka dni przed koncertem, organizatorzy i ekipa Nicki Minaj, umiejętnie podgrzewali atmosferę przed pierwszym występem Amerykanki w Polsce. Doniesienia o 14 ciężarówkach sprzętu, specjalnych wymaganiach gwiazdy i rzeczach, które zobaczymy na scenie, skutecznie rozbudzały oczekiwania fanów.

Reklama

Atmosferę podgrzał również odwołany koncert w Bratysławie. W komunikatach do mediów podano bowiem, że w hali na Słowacji nie starczyło prądu, aby zasilić całą instalację, jaka raperka wzięła ze sobą w trasę. Taka sytuacja budzi pewien niepokój, ale i ciekawość - co bowiem do Europy przywiozła Minaj?

Odpowiedź na to pytanie otrzymaliśmy podczas łódzkiego koncertu, który wystartował z 45-minutowym poślizgiem, i co nieco zaskakujące, przy dość niskiej frekwencji, jak na koncert topowej gwiazdy ze Stanów Zjednoczonych. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że popularność za Oceanem często nie przekłada się na popularność w Polsce i tak prawdopodobnie jest w tym przypadku.

Ci, którzy zjawili się w Atlas Arenie, raczej nie będą żałować pieniędzy wydanych na bilet. Minaj swój spektakularny show z mnóstwem  efektów specjalnych (ruchome podesty, ogromne telebimy), podzieliła na kilka części. Pierwszy akt widowiska - najbardziej bombastyczny fragment koncertu - raperka rozpoczęła od wjazdu na scenę gigantycznym sztucznym pegazo-jednorożcem.

Raperka, jakby świadoma swojego spóźnienia, lotem błyskawicy przeskakiwała między kolejnymi numerami ("Feeling Myself" - posłuchaj!, "Only"- posłuchaj!) i swoimi gościnnymi zwrotkami ("Rake It Up" - posłuchaj! i "Big Bank" - posłuchaj!). Pomocny był także sposób, w jaki skonstruowano setlistę. Nikt tutaj nie próbował zbyt długo trzymać fanów przy jednym utworze - szybkie przeskakiwanie między kolejnymi przebojami miało być sposobem na potencjalne  znużenie fanów.

Znudzona na pewno nie była Maryla Rodowicz, która tańczyła na trybunach do największych hitów raperki, w tym do "Anacondy" (sprawdź!).

Trzeba uczciwie przyznać, że narzucone na początku koncertu tempo, na dłuższą metę mogło być wykańczające. Nic więc dziwnego, że kolejna faza show pozwoliła złapać chwilę oddechu tancerzom oraz publiczności. Z drugiej strony sama Minaj mogła zaprezentować się nie jako animatorka świetnej imprezy, ale i raperka z krwi i kości. Obcisły strój został zmieniony na bardziej sportowy, a efekty specjalne zastąpiła konsola DJ Boofa, który świętował w Łodzi swoje urodziny.

Ten fragment koncertu to nie tylko dobrze położona zwrotka z "Monster" Kanye Westa, czy przypomnienie hitu "Your Love", ale i okazja do nawiązania większej interakcji z polską publicznością. "Polsko, wiedziałam, że tu jest epicko. Ale nie wiedziałam, że jest tak ku***sko dobrze!" - krzyczała nieco później gwiazda do tłumu.

W trzeciej odsłonie koncertu scenę przejął Juice WRLD, który zastąpił na trasie Future'a. Wpuszczenie młodego gracza w połowie koncertu gwiazdy wieczoru było iście pokerową zagrywką. Kto bowiem przyszedłby na jego występ, gdyby odbył się on przed koncertem Minaj? Obstawiam, że jedynie garstka fanów. Co do samego krótkiego przerywnika, bo 30 minut na scenie trudno nazwać osobnym koncertem, Juice spisał się naprawdę nieźle. Świetnie zagrało "Wasted", a sam raper znalazł też miejsce na krótki hołd dla XXXTentaciona.

Potem inicjatywę znów przejęła Minaj. Akt czwarty koncertu w Łodzi rozpoczął się od wjazdu gwiazdy na scenę w specjalnej kapsule przy akompaniamencie "Turn Me On". Chwilę później trafiła do niej Magda z Gorzowa, którą Minaj wypatrzyła w tłumie (uwagę gwiazdy przykuł tatuaż dziewczyny). Fanka w zamknięciu spędziła numer "Whip It", następnie zatańczyła ze swoją idolką i otrzymała od niej buziaka. "Jesteś więźniem moich lochów" - zakończyła Minaj, po czym kapsuła i fanka zniknęły na opuszczonym podeście.

Chwilę później publiczność z całej Polski usłyszała dwa klasyki z repertuaru Minaj. Jeżeli ktoś zastanawiał się, które piosenki artystki mają największe wzięcie wśród publiczności, dostał wymowną odpowiedź. Przy "Pound The Alarm" i "Starships" Atlas Arena dosłownie zatrzęsła się w posadach. Po takiej dawce emocji Nicki po raz kolejny postanowiła nieco zwolnić.

Przedostatni punkt programu, to kilka minut sławy dla chórzystki Minaj, Keishy Renee, wokalistki znanej m.in. z amerykańskiego "The Voice". To przy jej wsparciu raperka - ubrana tym razem w welon - wykonała m.in. "Grand Piano". Czy jednak sobie poradziła? Niestety, ale śmiem wątpić. Minaj ma talent do układania zwrotek, dobrze odnajduje się na IDM-owych bitach, jest charyzmatyczna i umie porwać tłum, ale w balladach po prostu nie daje sobie rady. 36-latka nie ma też do tego warunków głosowych, a śpiewanie na żywo jeszcze mocniej unaocznia te braki.

Po zdjęciu welonu przyszła pora na finał - Nicki zaprezentowała fragmenty "Bed", "Side to Side" i "Swalla". Przeniosła fanów do Azji za sprawą "Chun-Li" i powoli zaczęła żegnać się z fanami kawałkami "Moment 4 Life" i "The Night Is Still Young". Dzieło zwieńczył "Super Bass", po którym raperka ponownie komplementowała polską publiczność, a następnie odjechała za scenę wspomnianym już sztucznym pegazem.

Za kulisami na Amerykankę czekała już Maryla Rodowicz, zachwycona całym show. Czy polska gwiazda estrady faktycznie mogła być zadowolona? Jeżeli liczyła na dobrą zabawę, konkretna rozrywkę i niezły show, to na pewno to dostała.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Nicki Minaj | Łódź | Smolasty | Atlas Arena | Maryla Rodowicz | Juice WRLD

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje