Motörhead: Ochlejmordy i zadymiarze [fragment książki]

Śmierć Lemmy'ego Kilmistera w grudniu 2015 r. ostatecznie zakończyła burzliwą historię Motörhead, najgłośniejszego zespołu w historii rocka. Poniżej możecie przeczytać fragment książki "Motörhead: Ochlejmordy i zadymiarze" opowiadającej o początkach brytyjskiej formacji.

Okładka książki "Motorhead. Ochlejmordy i zadymiarze"

Przypomnijmy, że Lemmy Kilmister zmarł 28 grudnia 2015 r. po przegranej walce z bardzo agresywnym nowotworem. Cztery dni wcześniej świętował 70. urodziny.

Reklama

"To koniec Motörhead. Lemmy to Motörhead. Nie będziemy już nagrywać i koncertować. Ale marka przetrwa i Lemmy pozostanie na zawsze w naszych sercach" - stwierdził Mikkey Dee, perkusista ostatniego składu Motörhead oznajmiając zakończenie działalności.

Książka "Motörhead: Ochlejmordy i zadymiarze" (premiera 18 lipca nakładem wydawnictwa SQN) to powieść o początkach zespołu, napisana przez Martina Popoffa. Dziennikarz (autor blisko 8000 recenzji i 56 książek o rocku, hard rocku i heavy metalu) zdradza kulisy powstania kanonicznych dzisiaj albumów: "Motörhead", "Overkill", "Bomber", "Ace of Spades", "No Sleep 'til Hammersmith" i "Iron Fist". Snuje opowieść aż do czasów współczesnych, naznaczonych smutnym piętnem śmierci legendarnych muzyków.

Najlepszy skład tworzyli Ian "Lemmy" Kilmister (wokal, bas), "Fast" Eddie Clarke (gitara) i Phil "Philthy Animal" Taylor (perkusja). Lemmy i Philty Animal zmarli w odstępie niewiele ponad miesiąca, "Fast" Eddie Clarke dołączył do nich w styczniu 2018 r.

---

"Wszyscy dostaliśmy pierdolca ze szczęścia, opowiada Eddie Clark, Speedy i John w szczególności, bo w końcu wypieścili nam album na glanc, impreza troszkę wymknęła się spod kontroli. Cóż, tak się właśnie bawił Motörhead: dzień bez kreski i alko to dzień stracony! Ja przed dołączeniem do zespołu praktycznie nie piłem, ale jak zacząłem wciągać, potrzebowałem czegoś na uspokojenie. Przedtem byłem hippisem, paliłem zioło, żeby wyluzować, jednak feta sprawiła, że zioło przestało na mnie działać. No i była tania jak barszcz. Special Brew, nasze ulubione piwo, też nie było zbyt drogie. Ponieważ nie mieliśmy za dużo kasy, musieliśmy oszczędzać. Później się to zmieniło, ale to już zupełnie inna historia".

"Brali speed, zanim ich poznałem - potwierdza Eddie w innym wywiadzie. - Ja stroniłem od alkoholu, za to byłem miłośnikiem trawy. No wiesz, hippisem, długie włosy, dzwony i tak dalej. Zwykle broniłem się przed dragami, ale od czasu do czasu zarzucałem co nieco, kiedy musiałem popracować. Pomagało. Jak usiadłem z Lemmym i Philem, to nie było zmiłuj i brałem w kółko, a jak już wziąłem, to musiałem się napić, żeby się uspokoić. Rozpiłem się nie dlatego, że tak mi smakowało, tylko żeby wyhamować po fecie. Przez to, że tak późno zacząłem, znosiłem pijaństwo gorzej niż chłopaki. Kapkę narozrabiałem, ale bez przesady: może raz czy dwa zrobiłem coś, czego potem żałowałem. Byliśmy trójką szalonych kolesi, których los wrzucił do jednego kotła. Wiadomo, że musiało wykipieć. Pierwsza próba nie wyszła zbyt dobrze, ale po jakimś czasie się dotarliśmy. Rozpracowaliśmy się nawzajem, wszyscy trzej. A wiesz, dlaczego nam się udało? Bo chcieliśmy, żeby się udało. Pracowaliśmy razem i byliśmy przyjaciółmi, a przynajmniej lubiliśmy się na tyle, by się nie pozagryzać. I naprawdę ogarnęliśmy ten zespół, stworzyliśmy zajebistą kapelę. Pisaliśmy zabójcze numery i dawaliśmy czadu".

Dopytany o dragi i alko, Eddie chętnie rozwinął temat: "Tak się wtedy kręcił świat. Nie przepadałem za wciąganiem, ale szybko się przyzwyczaiłem, i jak już mówiłem, wcześniej nie byłem jakimś strasznym ukurwieńcem, ale pół roku w Motörhead z każdego anioła zrobiłoby diabła. Człowiek, że tak to ujmę, naturalnie ewoluował pod wpływem atmosfery panującej w kapeli. Oczywiście musisz pamiętać, że kiedy zaczynaliśmy, nie mieliśmy co do gara włożyć. I dobrze, przynajmniej nie poprzewracało nam się w głowach".

"Stay Clean" został przez Lemmy'ego pomyślany jako przestroga przed heroiną. "Kurwa, jak ja nienawidzę tego gówna - pieklił się Lem. - Zabiło wielu moich przyjaciół, de facto pół mojego pokolenia, a teraz marnieją i giną przez nie kolejni ludzie. To się w głowie nie mieści. Do jakich rozmiarów musi urosnąć ta góra trupów, byśmy się w końcu opamiętali? Zanim nastała era rock'n'rolla, mnóstwo muzyków jazzowych ćpało heroinę. Heroina jest w obiegu od wielu lat. Każdemu pokoleniu wydaje się, że ma większe jaja od poprzedniego. Dzieciaki sądzą, że śmierć ich nie dotyczy, a w przeszłości rzesze ludzi przypłaciły życiem takie podejście. Może warto by wyciągnąć wnioski, nie sądzisz? Ludzie giną w wojnach narkotykowych. Nie lepiej uczyć się na ich błędach, niż popełniać własne?".

Zapytany o wpływ narkotyków na proces twórczy Lemmy odpowiedział: "Są plusy i minusy. Eric Clapton napisał 'Laylę' naćpany w trzy dupy, ale później koka o mało go nie zabiła. Każdy musi sam ocenić, czy dragi mu się opłacają i kto jest wygrany, a kto przegrany. Clapton prawie odwalił kitę przez śnieg, szmat czasu był cieniem człowieka, ale w końcu z tego wyszedł. Większość ludzi nie wychodzi, bo nie mają kasy, żeby opłacić specjalistów, którzy mieliby mieć na nich oko. Większość umiera nędzną i samotną śmiercią, bo nie mają wokoło nikogo, kto by o nich dbał, pomógł, wsparł. Lata sześćdziesiąte były chyba najlepszą dekadą w historii, bo nie obowiązywały żadne zasady, a heroina jeszcze się nie pokazała. Dopóki się nie pokazała, ludzie nie umierali. Lata sześćdziesiąte były szczęśliwe i pogodne, i prawie udało nam się wtedy zmienić świat".

"Nie wahaliśmy się nawet dzwonić po policję, gdy w okolicy kręcił się ktoś z herą, ale teraz jest na ulicach więcej hery niż kiedykolwiek - powiedział Lemmy Jebowi Wrightowi. - Próbowaliśmy zamykać ich w pierdlu, choć tam padali ofiarą różnych zboczeńców i zmieniali się w prawdziwych przestępców. Zanim lądowali w kiciu, ćpali po cichu. Tymi, którzy zabijali siebie i innych, byli dilerzy, to oni stanowili prawdziwy problem. Gdyby heroina stała się legalna, można by kontrolować jej skład i pochodzenie i funkcja pośrednika, czyli dilera, straciłaby rację bytu. Zakazy nic nie dadzą, ludzie zawsze będą szukać heroiny i ją znajdować, legalizacja to jedyne wyjście, by jakoś kontrolować to gówno. Nienawidzę tego. Heroina zabiła mi dziewczynę. Ja sam nigdy nie zażywałem, ale jeśli nie da się tego szaleństwa powstrzymać, trzeba je jakoś ujarzmić, a nie da się zrobić tego inaczej niż przez legalizację. Takie jest moje zdanie.

Kilmister wyjaśnia różnicę pomiędzy morderczą heroiną a swoim własnym narkotykowym bufetem: "Zawsze gdy ktoś zmarł z przedawkowania, to przez heroinę. Nigdy przez fetę, nigdy przez kokę. Zabijała tylko heroina, a ofiary szły w setki. Widziałem to na własne oczy. Nienawidzę hery, bo zmienia cię w zwierzę, a potem wydusza z ciebie życie. Nigdy nie tknąłem tego gówna. Nigdy nawet nie miałem ochoty tego zrobić, bo widziałem, że to trucizna, która okrada ludzi z życia. Oni sami zmieniali się w heroinę; przestawali słuchać muzyki, zaprzepaszczali swoje marzenia, myśleli wyłącznie o kolejnej działce. Cokolwiek roztacza nad tobą taką kontrolę i sprowadza na ciebie tak wielkie cierpienie, jest dla mnie gównem, które należy omijać szerokim łukiem".

"Było nas trzech, w każdym z nas jedna krew - chichotał Eddie - bo wszyscy piliśmy i ćpaliśmy to samo, więc nasze grafiki trzeźwości wyglądały bardzo podobnie. Zaburzało je jedynie to, że ja i Phil piliśmy szybko. Najpierw wciągaliśmy kreskę, a potem chlaliśmy na umór. Tymczasem Lemmy, stary wyga, kontrolował alkohol, nie spieszył się z kolejnym piwem. Dlatego gdy my z Philem leżeliśmy na ziemi pijani w pesteczkę i styrani bijatyką, Lemmy bez trudu trzymał się na nogach i czasem nawet dogrywał wokale. Widzisz więc, że w przypadku moim i Phila okresy aktywności twórczej były często przetykane imprezowaniem i odsypianiem, a Lemmy nie raz i nie dwa zarywał noc. Kiedy koncertowaliśmy regularnie, przysparzało nam to pewnych problemów, bo Lemmy potrafił nie kłaść się spać przez trzy, nawet cztery dni, po czym nagle robił się senny i po prostu musiał odespać. Gdy graliśmy w Bingley Hall, zemdlał pod koniec koncertu i nie mogliśmy zagrać bisów, bo był zupełnie rozmontowany. Postanowiliśmy więc bardziej się kontrolować. Musieliśmy zacząć na siebie uważać".

"Jak chlam, nie wdaję się w kłótnie czy bójki - zarechotał Lemmy zapytany o swoje zalety. - Przynajmniej tyle. Nie znoszę tych pijaków, co to po trzech piwach drą japę, że mogą się bić z każdym. Nudne to i głupie. Moje kolejne mocne strony to wytrwałość i wiara w to, że człowiek jest z natury dobry, choć równocześnie straszny ze mnie cynik: jestem przekonany, że wszyscy jak jeden mąż siedzimy w sklepowych wózkach i jedziemy do piekła. - Jeśli zaś chodzi o przymioty ducha pomocne w studiu, Lemmy rozwiał wątpliwości: - Bezlitosna determinacja. Ja akurat mam robotę, którą szczerze lubię, więc jestem jakby na uprzywilejowanej pozycji, no nie? Bo większość ludzi przez całe życie musi zasuwać w pracy, której nie znosi".

Spytany o problemy Ozzy'ego z narkotykami Lem analizował jego przypadek wedle swojej własnej narkotykowej metodologii. "Ozzy miał jeden problem: nie potrafił przedawkować! Ja mam taki organizm, że nawet jak przegnę pałę, nie tracę nad sobą kontroli. Nawet za moich kwasowych dni, kiedy brałem dziesięć tabsów naraz, nigdy nie odwalało mi na tyle, żeby zrobiło się niebezpiecznie. Słyszało się, że kwas nie działa dwa dni z rzędu, ale odkryliśmy, że jak podwoisz dawkę, to działa. Nawet w tamtych szalonych dniach nigdy nie straciłem tego, co nazywam 'oknem na świat'. Potrafiłem przestać i trzeźwo spojrzeć na to, co dzieje się wokół mnie. Ozzy tego nie miał. Ćpał mnóstwo środków uspokajających, za którymi osobiście nigdy nie przepadałem. Zawsze byłem kolesiem z gatunku 'jak się bawić, to się bawić, drzwi wyjebać, nowe wstawić'. Wolałem balety od podpierania ściany".

Sam Ozzy, który uwielbiał Lemmy'ego i który nazwał go "rockandrollowcem absolutnym", powiedział w jednym wywiadzie, że Lemmy zabierał ze sobą w trasę jedną torbę w szkocką kratę, w której znajdował się notes i trzy książki, za to mało ciuchów na zmianę. Jeśli chodzi o wybór alkoholi, Ozzy pamięta, że Lem pił tylko wódkę, sok pomarańczowy i bourbona.

Dowiedz się więcej na temat: Motorhead

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje