Reklama

Flea (Red Hot Chili Peppers): Ćpuny i złodzieje. Fragment książki "Acid for the Children"

Red Hot Chili Peppers w 1988 r. - od lewej: Flea, Hillel Slovak, Jack Irons i Anthony Kiedis /Gie Knaeps /Getty Images

Narkotykowe jazdy, autostopowe przygody i noclegi z bezdomnymi - Flea, basista grupy Red Hot Chili Peppers, w młodzieńczych latach nie opływał w luksusy gwiazdy rocka.

Z Australii, przez nowojorskie przedmieścia, aż po Los Angeles - w "Acid for the Children" (premiera 13 listopada) Michael Balzary - lepiej znany jako Flea - zabiera czytelników w osobistą i pełną anegdot podróż po miejscach swojej młodości.

Reklama

Z książki poznajemy historię dorastania przyszłej gwiazdy rocka - od ucieczki od toksycznej rodziny, przez akceptację w społeczności artystów i ćpunów, którzy podobnie jak on wybrali życie na krawędzi, do założenia zespołu z towarzyszami szalonych eskapad. Tak rodzi się Red Hot Chili Peppers (sprawdź!).

Basista udziela się też w innych projektach muzycznych, a jego grę można było usłyszeć w Fear, Jane's Addiction, Atom for Peace (posłuchaj!), Mars Volta czy u Johnny'ego CashaToma Waitsa.

Jest też charakterystycznym aktorem drugoplanowym. Występował w prawie dwudziestu filmach, m.in. w "Powrocie do przyszłości" czy "Big Lebowski".

Na scenie wielokrotnie występował nago, czasem razem z kolegami zasłaniali swoje przyrodzenia skarpetkami. Tak jak pozostali muzycy Red Hot Chili Peppers miał spore problemy z narkotykami - pierwsze jointy Balzary skręcał już w wieku 13 lat.

Przedsprzedaż "Acid for the Children" ruszyła 16 października, czyli w dniu 57. urodzin Flea.

---------

Anthony [Kiedis, wokalista Red Hot Chili Peppers] miał na oku jakąś dziewczynę w San Francisco, a do tego wiecznie ciągnęło nas do szaleństw. Przed wyjazdem z L.A. poszliśmy do mieszkania jakiejś laski, która przy akompaniamencie muzyki The Smiths zrobiła nam irokezy. Z taką właśnie fryzurą (choć trudno w to uwierzyć, była ona całkowicie niedopuszczalna - elita buntowników jeszcze jej nie przejęła, a większość ludzi nie chciała nawet gadać z osobami, które tak wyglądały) udaliśmy się na stację kolejową. Plan był taki, by wejść do pociągu do San Francisco, a gdy konduktor będzie sprawdzał bilety, schować się w kiblu, przeczekać kontrolę, a następnie wrócić na miejsce i spokojnie pomknąć do celu.

Plan zaczął się komplikować, gdy weszliśmy do toalety. Gdy wcisnęliśmy się do malutkiego kibelka, postanowiliśmy wziąć kokę. Przygotowaliśmy wszystko, mieliśmy pod ręką igły, łyżki i takie tam i już chwilę później nasze umysły odpływały w inną rzeczywistość. Na samym początku planowaliśmy wziąć tylko trochę, a resztę zostawić na San Francisco, ale szybko zmieniliśmy zamiary i wzięliśmy cały towar. Dokładnie w momencie, gdy nasze umysły pracowały na najwyższych obrotach, oczy wychodziły nam z orbit, a w głowach wibrował taki dźwięk, jakby cały chór mormonów śpiewał falsetem w tej małej ubikacji, usłyszeliśmy mocne walenie do drzwi i stanowcze krzyki.

"Służba ochrony kolei Amtrak! Otwierać natychmiast!". Przytrzymaliśmy ich chwilę za drzwiami i szybko upchnęliśmy wszystkie przybory w majtki, do skarpetek i innych kryjówek. W samą porę, by w momencie wparowania ochrony do środka wyglądać na dwóch zwykłych ziutków z college'u, którzy po prostu chcieli wyciąć dobry numer.

Z tymi gośćmi nie było żartów. Skuli nas i wyprowadzili z pociągu na najbliższej stacji. Zaprowadzono nas do jakiegoś biura. Przesłuchiwał nas ważniak z Amtraka. Powiedział, że miejscowa policja wkrótce dotrze i zajmie się naszymi punkrockowymi tyłkami. Byliśmy naprani koką, w skarpetach trzymaliśmy igły, aż tu nagle Anthony zaczyna im mówić, że popełniają wielki błąd, bo jego ojciec jest szychą w Amtraku i będą mieli przechlapane, jeśli nas natychmiast nie wypuszczą.

Ha! Nastoletni Anthony potrafił wykręcić się z każdego szamba. Przysięgam, że gdyby trafił do piekła, dałby radę przekonać samego Belzebuba, żeby pozwolił mu wrócić, a gdyby wylądował w niebie, namówiłby małego Jezusika, żeby dał mu przepustkę na imprezkę do piekła pod warunkiem, że wróci do kolacji.

Po kilku chwilach napiętego bliskiego spotkania z pracownikami firmy i groźbach ze strony AK-a, że wszyscy stracą robotę przez jego ojca, puścili nas. Znajdowaliśmy się gdzieś w środkowej Kalifornii, niemal bez grosza i bez prochów. Turlaliśmy się w dół po stromym zboczu w narkotycznej delirce.

"Dokowanie" - tak nazywaliśmy zjazd po kokainie. Ten zjazd zawsze wywoływał niesamowity smutek, jakby serce pękło na tysiąc kawałeczków. Czujesz jakby wszystkie nadzieje ulotniły się razem z energią i wszystko, co wartościowe nagle zniknęło, a najbliżsi zmarli. Wydawaliśmy kasę i ryzykowaliśmy swoim zdrowiem po to, by tak właśnie się czuć. Niesamowite.

Trzymając się planu, doczłapaliśmy późną nocą do autostrady i próbowaliśmy złapać stopa. Po kilku godzinach doszliśmy do siebie i wkrótce ktoś się zatrzymał. Zabrała nas kobieta imieniem Dawn. To było z jej strony całkiem odważne posunięcie - zgarnąć o drugiej czy trzeciej w nocy na kompletnym pustkowiu dwóch dziwnie wyglądających gości z irokezami, tym bardziej, że można było poznać, że ćpaliśmy. Ale byliśmy jej choleeeeeernie wdzięczni.

Charlie Chaplin, wyznawca teorii Freuda, powiedział kiedyś: "Pierwszą rzeczą, o której - świadomie czy nie - myśli facet po poznaniu kobiety - jest rozważenie szans na seks z nią". Oczywiście zazwyczaj odpowiedź brzmi: żadnych szans. Ta laska była nieźle odstawiona, miała starannie nałożony makijaż, była ubrana w seksowną kieckę i pachniała niezwykle kobieco. Powiedziała, że była potańczyć i zabawić się.

Jechaliśmy tak w trójkę przez kilka kilometrów, gadając o głupotach, gdy Dawn stwierdziła, że musi się na chwilę zatrzymać. Stanęła na poboczu, wysiadła i zniknęła za krzakami. Po kilku minutach zaczęliśmy się niepokoić. Aż tu nagle zza krzaków wychodzi koleś w kraciastej koszuli i levi'sach i mówi całkiem męskim głosem: "Cześć, nazywam się Don!". Hahahaha, koleś przebierał się w krzakach przed powrotem do domu, gdzie czekała na niego żona! Geniusz. Podrzucił nas jeszcze spory kawałek i w końcu się pożegnaliśmy. Ludzka życzliwość przybiera czasem różne formy.

Do San Francisco wciąż mieliśmy jakieś 240 kilometrów. Namierzyliśmy przydrożny motel i przespaliśmy się zwinięci w kłębek pod schodami od strony parkingu. Nie było to najprzytulniejsze miejsce do spania w całym moim życiu, ale bywało gorzej (miano tego najgorszego należy chyba do pasa rozdzielającego jezdnie gdzieś w Paryżu... rany, jak ja wtedy zmarzłem!). Obudziliśmy się w naszej betonowej sypialni wcześnie rano i poszliśmy w stronę autostrady. Wystawiliśmy nasze punkrockowe kciuki w nadziei na podwózkę i - niespodzianka - zatrzymał się Don, który znowu kawałek nas podrzucił. Potem zabrał nas typowy hipis w "ogórku" wyklejonym psychodelicznymi plakatami. "Hej, chłopaki. Chcecie coś na ząb?". Był spoko i przebyliśmy z nim kolejne 80 kilometrów. Jeszcze jedna podwózka od dziwnego, młodego japiszona i dotarliśmy na miejsce. San Francisco!

Od razu po przybyciu postanowiliśmy odwiedzić Willa Shattera (RIP), niezwykle wrażliwego basistę grupy Flipper (grali zwariowaną muzykę, a najlepiej znani są z utworu "Sex Bomb"). Co za zespół! (Rick Rubin w czasach college'u grał w grupie, która totalnie zrzynała z Flippera.) Chcieliśmy kupić od Willa trochę mety. Ostrzegł nas, byśmy uważali, bo "kopie jak cholera".

Po zaopatrzeniu się w towar poszliśmy do dworcowej łazienki, żeby się naćpać i zacząć imprezę. Weszliśmy do obskurnej, śmierdzącej toalety publicznej, napełniliśmy strzykawki roztworem z metą. Wstrzyknąłem sobie całkiem sporą dawkę i JEEEEB! O kurwa, prawie urwało mi łeb. Myślałem, ze umrę. Wrażenie było oszałamiające. Moje serce waliło jak szalone, cały świat wirował. Anthony był w podobnym stanie. Po chwili ogarnąłem się nieco i zdałem sobie sprawę, że wciąż oddycham. Anthony też doszedł do siebie i obaj wymieniliśmy się opiniami o mocy towaru, a następnie wyszliśmy korzystać z nocy w San Francisco.

Spotkaliśmy się z punkrockowymi odrapańcami, kumplami Anthony'ego, którzy byli w czymś w rodzaju skejtowskiego i punkowego gangu - Jax. Nawet w pełni świadomości kiepski był ze mnie rozmówca, a teraz mamrotałem coś pod wpływem wziętego towaru. Potem poszliśmy na koncert Flippera i Dead Kennedys. DK byli świetni. Jello Biafra to jednocześnie intelektualista i prawdziwe zwierzę sceniczne.

Cały zespół grał niezwykle intensywnie, ludzie ryzykowali życiem i zdrowiem, nurkując tyłem z balkonów prosto na stojący poniżej tłum. Zderzali się i wpadali w hipnozę niczym starsze babki bełkoczące w transie podczas spotkania baptystów. Na perkusji grał D.H. Peligro. Łoił tak mocno, że aż nie mogłem uwierzyć. Nakręceni jak zegarki poszliśmy na kolejny koncert. Tym razem był to zespół Snakefinger dowodzony przez znakomitego gitarzystę, z którym grali naprawdę świetni muzycy. Bas obsługiwała fantastyczna Sara Lee (uwielbiałem jej grę w "League of Gentlemen" Roberta Frippa). To było niezwykle podbudowujące i inspirujące przeżycie. Snakefinger grał wcześniej w zespole Chilli Willi and the Red Hot Peppers, ale przysięgam na wszystko, że nie mieliśmy o tym pojęcia, gdy wymyślaliśmy nazwę dla RHCP. Kapitalna potrójna rozrywka - tak samo świetna po mecie, jak i na czysto.

Ponieważ nie mieliśmy dokąd iść, przez resztę nocy włóczyliśmy się po mieście z jakimiś nowopoznanym gościem. Gadaliśmy i wracaliśmy do rzeczywistości po mecie, aż wreszcie dotarliśmy do luksusowego osiedla Nob Hill.

Gdy tak chodziliśmy, dotarło do mnie, że nasz nowy kompan jest bezdomnym. Nie mieliśmy gdzie się przespać tej nocy, ale dla tego inteligentnego faceta była to codzienność. Takie same uczucia ogarniały mnie, gdy brałem heroinę z ćpunami. Miałem wrażenie, że jestem tylko gościem w zamieszkałym przez nich świecie. Ten facet zakładał, że my też jesteśmy bezdomni i tkwimy w tym razem. To niezwykle dziwne uczucie. Siedziałem okrakiem na płocie rozdzielającym dwa światy znajdujące się obok siebie, lecz jednocześnie tak odległe. Znaną z przestępczości dzielnicę Tenderloin od Nob Hill dzieli niewielka odległość.

Potrzebowaliśmy snu. Matka powiedziała mi kiedyś, że gdybym wylądował na chłodzie, gazety zapewnią mi znakomitą warstwę izolacyjną. Zakradliśmy się więc na czyjąś werandę i ukradliśmy z niej "San Francisco Chronicle", zrobiliśmy z niego koce i zasnęliśmy. Przez poprzednie dwa dni spaliśmy w sumie najwyżej kilka godzin, więc padłem jak zabity. Obudziłem się, gdy słońce już świeciło. Ze snu gwałtownie wyrwał mnie gliniarz, który bezceremonialnie tyrpał mnie pałką w żebra. "Wynoście się stąd! Co wy w ogóle robicie na prywatnym terenie?". Wstaliśmy, wymamrotaliśmy przeprosiny i rozpoczęliśmy nowy dzień - bez pieniędzy, jedzenia i celu.

Poszliśmy na stopa, ze dwa razy udało nam się kawałek podjechać, a potem znowu postanowiliśmy skorzystać z transportu szynowego. Tym razem wskoczyliśmy do pociągu przewożącego buraki. Schowaliśmy się w stosie warzyw ze strachu przed zdemaskowaniem przez znanych ze stanowczości ochroniarzy pracujących na kolei. Pociąg ruszył, a my zadowoleni śmialiśmy się, że utniemy sobie przyjemną buraczaną drzemkę do samego L.A. Niestety burakowóz zabrał nas w przeciwnym kierunku - do przetwórni warzyw w Salinas. Gdy nastała ciemność, wysiedliśmy i włóczyliśmy się przy torach, aż znaleźliśmy starą narzędziownię, w której postanowiliśmy się przespać. Trzęśliśmy się z zimna na skorodowanej, metalowej podłodze. Od poprzedniego ranka nic nie jedliśmy.

Następnego dnia rano podrzucił nas gość, któremu przesyłam najszczersze pozdrowienia i podziękowania. Zabrał nasze obdarte, irokezowe dupska, zawiózł do fast foodu i dał trochę kasy na jedzenie. Mam obsesję na punkcie zdrowego żywienia, dbam o środowisko i jestem przeciwko gównianemu żarciu z fast foodów, które trują nas, dbając tylko o swoje zyski, ale całkiem prawdopodobne, że był to najlepszy posiłek mojego życia.

(Gdy piszę te słowa, siedzę w apartamencie w pięciogwiazdkowym hotelu w Madrycie, mam pełny brzuch po zjedzeniu sushi, a i tak nie czuję się nawet w przybliżeniu tak cudownie jak wtedy, gdy zjadłem burgera, frytki i deser z jakąś słodką chemią.)

Zapadła noc. Najedzeni wróciliśmy na autostradę i znowu czekaliśmy na okazję. Dość szybko zatrzymał się pewien przyjazny Latynos. Pierwszą rzeczą, którą zauważyliśmy, był śrubokręt wetknięty w zapłon. Kierowca był wyraźnie spięty. Miał duży tatuaż na szyi, który sugerował, że jest członkiem gangu. Przygarbiony nad kierownicą rzucił z meksykańskim akcentem: "Nie mogę doczekać się, aż wrócę do domu i dam sobie w żyłę!".

Wyjaśnił, że ukradł samochód, żeby pojechać w odwiedziny do swojej dziewczyny, która siedzi w Chino, bo tydzień wcześniej zgarnęli ją łowcy głów, gdy kochankowie akurat się szprycowali. Nie pozwolili jej nawet do końca przyćpać. Nie mieli ani przyzwoitości, ani współczucia. Spodobał mi się ten typ. Podrzucił nas do samego L.A., po drodze zabierając jeszcze jednego autostopowicza. To taki typ człowieka, który nie zostawi innego na chłodzie na zupełnym odludziu. Pomagał innym i nie wtrącał się w cudze sprawy.

"Przeciętny człowiek", jak określiłby go William Burroughs. Gadał o sporym zapasie czarnej heroiny, którą trzymał w swoim mieszkaniu. Po dotarciu na miejsce zaprosił nas, żebyśmy spróbowali. Musiałem sporo się natrudzić, żeby zniechęcić do tego Anthony'ego. Pożegnaliśmy się z naszym kierowcą. Powiedział, że możemy zabrać auto, więc przejechaliśmy się nim chwilę, ale strach przed wpadką sprawił, że porzuciliśmy wóz w jakiejś bocznej alejce.

W końcu dotarliśmy do domu. Wpadłem do mieszkania Beth, mojej dziewczyny. Byłem cieniem człowieka i potrzebowałem czułego objęcia. Wbiegłem na górę, zapukałem do drzwi, a gdy mnie wpuściła z zażenowaniem odkryłem, że w jej pokoju jest Hillel. Oboje byli w nieładzie, jakby prze chwilą szybko się ogarniali. Wyraziłem zaniepokojenie, ale zapewnili mnie, że tylko siedzieli, a ja jestem wykończony wyprawą i narkotykami, i nie powinienem panikować, ani urządzać scen zazdrości. Na nikim nie zależało mi tak jak na tej dwójce, więc im uwierzyłem.

Po śmierci Hillela Beth przyznała się, że się z nim zabawiała. Zrobiła to celowo, w ramach zemsty za moją niewierność. Bolało. Ale zasłużyłem sobie.

Kurwa. Kurwa.

INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Flea | Red Hot Chili Peppers

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje