Reklama

Biblioteka muzyczna. Lenny Kravitz: "Let Love Rule": "Kim ty, k***a, jesteś"

Lenny Kravitz wydał autobiografię "Let Love Rule" /Morena Brengola/Redferns /Getty Images

Po autobiografię Lenny'ego Kravitza nie sięgnęłam jako wybitny fan jego twórczości. Raczej jako człowiek, który zna kilka czy kilkanaście kawałków i właśnie stoi na lotnisku przed półką z książkami, wybierając lekturę, która pozwoli zabić czas w samolocie. Skończyłam jako fan trochę twórczości, ale też - a nawet bardziej - człowieka.

Tytuł książki - "Let Love Rule" - to zarazem tytuł debiutanckiego albumu Lenny'ego Kravitza. Wydaniem tej właśnie płyty kończy się biografia muzyka. Zabieg ciekawy i niezbyt częsty - zazwyczaj artyści opowiadają trochę o dzieciństwie, trochę o początkach, a potem o wielkich imprezach i niezapomnianych koncertach. W "Let Love Rule" są i wielkie imprezy, i niezapomniane koncerty, ale tylko te, które doprowadziły Leonarda Kravitza do zostania Lennym, cieszącym się z nagranego debiutu.

Reklama

Na początku opowieść zabiera czytelnika do 1963 roku, kiedy Roxie Roker, znana później gwiazda serialu "Jeffersonowie", i Sy Kravitz zakochani w sobie siedzą przy barowym stoliku, słuchając grupy Johna Coltrane'a. Rok później, w maju 1964 roku, na świat przyszedł Leonard Albert Kravitz.

W kolejnych rozdziałach idziemy w krok w krok z, wtedy jeszcze, Lennie'em, którego jedynym marzeniem jest zostać muzykiem. Towarzyszymy mu podczas problemów w kolejnych szkołach, kłótni z ojcem, który nie potrafił go zrozumieć, chwil z mamą i dziadkami, którzy zawsze otaczali go opieką. Widzimy pierwsze imprezy, pierwsze próby zakładania zespołów, przygody z dziewczynami.

Irytujemy się, kiedy jako Romeo Blue odrzuca następny duży kontrakt, tłumacząc się, że "ta muzyka to nie to, czego szuka". W takich momentach chce się powtórzyć za muzyczną szychą, Johnem McClainem: "Kim ty, ku**a, jesteś, że odrzucasz taką umowę?". Kravitz komentuje to pewnie: "Wciąż poszukiwałem tego czegoś i nawet ktoś tak wielki jak Prince nie mógł mnie przekonać do wizji, której nie czułem".

Jesteśmy obok muzyka też, kiedy poznaje swoją miłość i muzę - Lisę Bonet. Także wtedy, gdy oboje młodzi, lubiący wolność artyści u progu kariery, dowiadują się, że za dziewięć miesięcy przywitają na świecie nowe życie - córkę Zoë.

To wszystko wpłynęło na stawanie się Lennym. Według jego pierwszych promotorów - "połączeniem Prince'a i Johna Lennona".

Kravitz czerpał z każdego rodzaju muzyki: gitarowych zagrywek Jimiego Hendrixa, show zespołu Kiss, popularnego w latach jego dzieciństwa The Jackson 5, kompozycji Czajkowskiego, a nawet doświadczeń z Kalifornijskiego Chóru Chłopięcego.

"Moje życie płynie często pod znakiem całkowitych przeciwieństw. Czarny i biały, żyd i chrześcijanin, fan The Jackson Five i Led Zeppelin. Zaakceptowałem swoją dwojaką naturę. Różne zakamarki mojego serca i umysłu uzupełniały się niczym yin i yang, rozpalając we mnie ciekawość życia, nadając mi równowagę i zapewniając spokój" - pisze o sobie.

Droga do powstania prawdziwego, zgodnego ze swoim "wewnętrznym głosem", Lenny'ego Kravitza była skomplikowana, a decyzje i losy młodego muzyka czytelnikowi czasem mogą wydawać się zupełnie niezrozumiałe. Bo jak to możliwe, że syn producenta telewizyjnego i gwiazdy branży aktorskiej kończy, śpiąc na ulicach w wynajętym samochodzie?

Dlaczego, kiedy kolejne jego zespoły dostawały propozycje wybicia się, Kravitz odwracał się, zamykał drzwi i szedł szukać innych osób do współpracy?

Lenny Kravitz, David Ritz - "Let Love Rule", SQN 2021

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje