Reklama

Reklama

Życie wymknęło mu się z rąk

19 maja 1980 roku na antenie BBC Radio 1 słynny DJ John Peel grobowym głosem wypowiedział słowa, które przeszły do legendy: "Bad news lads. Ian Curtis, of Joy Division, has just died" ("Złe wieści, ludzie. Ian Curtis z Joy Division właśnie umarł"), a z głośników popłynęła przejmująca kompozycja "Atmosphere". Dzień wcześniej 23-letni wokalista manchesterskiej formacji powiesił się w kuchni swojego domu w Macclesfield.

Dramatyczna w swej ostateczności decyzja młodego człowieka i artysty, którego zespół po niespełna czterech latach istnienia wspinał się właśnie na należny mu poziom sławy i popularności (czego symbolem miał być wyjazd do Ameryki), miała bardzo złożone podłoże. 18 maja 1980 roku wszystkie martwe dusze z piosenek Joy Division, wzywające zgnębionego życiem Iana Curtisa, ostatecznie przekonały go, by - jak śpiewał - "odszedł w milczeniu". Strach, złość, słabość, przygnębienie, wstyd, niepewność, rozdarcie, wyrzuty sumienia, brak poczucia bezpieczeństwa i postępująca choroba, skumulowały się tego feralnego dnia...

Reklama

Spróbujmy przyjrzeć się temu, co działo się w głowie wokalisty Joy Division podczas ostatnich godzin jego życia, kiedy to po raz drugi podjął samobójczą próbę. Tym razem skuteczną.

Wiedział, że popełni samobójstwo

Wchodząc w sobotę, 17 maja 1980 roku, do mieszkania przy Barton Street 77 w Macclesfield, Ian Curtis najprawdopodobniej wiedział, że popełni samobójstwo. Wątpliwości co do tego nie ma jego żona, Deborah Curtis, która w książce "Przejmujący z oddali" napisała: "W rzeczywistości, jako pan i sędzia swego losu, Ian sam stworzył własne piekło i zaplanował własny upadek. Ludzie z jego otoczenia byli jedynie drugoplanowymi postaciami tego przedstawienia". To bardzo kategoryczna ocena, ale zapewne niezbyt odległa od rzeczywistości.

Jak wyglądało prywatne piekło Iana Curtisa? Wiele spadło mu w tamtym czasie na głowę, problemy nadmiernie się skumulowały. Prowadzący podwójne życie uczuciowe artysta był przerażony perspektywą rozwodu z Debbie, przyjazdem do Manchesteru belgijskiej fanki-kochanki Annik Honore, wyznaczonym na 19 maja wylotem do Ameryki na trasę koncertową i postępującą chorobą. Ian cierpiał na epilepsję, która nasilała się w ostatnich miesiącach, a wstydliwe i wyczerpujące ataki często zdarzały się w trakcie koncertów. Tak było podczas kwietniowego występu w londyńskim klubie "The Rainbow", gdzie atak padaczki Curtisa na scenie został wzięty przez publiczność za efektowny finał koncertu. Podczas kolejnego występu, w Birmingham, wybuchły zamieszki po tym, jak Curtis nie był w stanie wyjść na scenę. Ian miał dosyć koncertów, nie ufał fanom (część publiczności czekała tylko na kolejny atak wokalisty), miewał napady paniki przed wyjściem na scenę i obawiał się kolejnych nawrotów padaczki. Bał się też lotu samolotem do Ameryki, o czym wspomniał jedynie żonie.

Miał dosyć rosnącej ilości lekarstw, które jako epileptyk musiał zażywać. W książce "Factory. The Story Of The Record Label" Micka Middlesa, lider formacji Durutti Column, Vinie Reilly, wspomina przeprowadzoną tydzień przed śmiercią Curtisa rozmowę z wokalistą Joy Division. "Co mam zrobić Vinie? Powiedz mi! Mam przed sobą garść pigułek, których z tygodnia na tydzień jest coraz więcej" - mówił Reilly'emu przerażony i wściekły Curtis. Lider Durutti Column podkreślił, że ilość zażywanych przez Curtisa lekarstw i stany depresyjne tylko pogarszały sprawę. "Miał naprawdę spier***oną osobowość" - mówił bez ogródek stonowany zazwyczaj w wypowiedziach Reilly.

Zobacz Joy Division i "Shadowplay":

Ukrywał swoją depresję

Curtis czuł jednocześnie, jak duże oczekiwania spoczywają na jego barkach. Jak się okazało, zbyt duże. Znalazł się między młotem a kowadłem. W przeciwieństwie do Curtisa, pozostali muzycy Joy Division i management grupy byli podekscytowani wyjazdem na amerykańskie tournee. Zwłaszcza, że czekał tam na grupę kontrakt z koncernem Warner Brothers na dystrybucję płyt w Ameryce, który opiewał na milion dolarów. Taki zastrzyk gotówki był dla członków Joy Division i wytwórni Factory bajeczną sumą. Ian z jednej strony nie chciał zawieść kolegów, ale też miał świadomość, że nie będzie w stanie po raz kolejny wyjść na scenę. Być może z tego powodu feralnego wieczoru odwołał zaplanowane wcześniej spotkanie z Bernardem Sumnerem, gitarzystą Joy Division. Nie chciał spojrzeć w twarz koledze mając w świadomości, jak bardzo go zawiedzie i zasmuci.

"Zabił się w sobotę wieczorem. Nie mogłem w to uwierzyć. Musiał być świetnym aktorem. Nie mieliśmy zielonego pojęcia, co się dzieje" - komentował basista Peter Hook, który jako ostatni z zespołu widział Iana przed śmiercią.

"Tydzień przed wylotem do Ameryki poszliśmy kupić nowe ubrania. Był naprawdę zadowolony" - to słowa menedżera grupy, Roba Grettona.

"Jeśli był w depresji, ukrywał to przed nami" - zaznacza perkusista Steven Morris.

Słowa kolegów potwierdził również Bernard, który w sobotę rozmawiał z Ianem przez telefon i zarzeka się, że głos Curtisa był najspokojniejszy na świecie i nie wskazywał na to, co tak naprawdę dzieje się z wokalistą.

Uciekanie przed okazaniem prawdziwych uczuć i stanu emocjonalnego przed najbliższymi, musiało potwornie wykańczać Curtisa i pewnie miało katastrofalny wpływ na jego równowagę psychiczną.

Zobacz Joy Division i "Transmission":

Rozdarty między dwiema kobietami

W sobotę Ian spotkał się za to żoną, by podjąć kolejną próbę odwiedzenia jej od decyzji o rozwodzie. Debbie wspomina, że Curtis pił w sobotę wieczorem mocną kawę i whisky - tamtej nocy Ian opróżnił prawie całą butelkę alkoholu. Dyskusja nie przyniosła żadnego efektu, ale nie było na to najmniejszej szansy. Debbie podjęła już bowiem decyzję, że ostatecznie rozstaje się z mężem, a on nie zrobił nic, by ją przekonać do dania mu kolejnej szansy. Podczas sobotniej rozmowy poinformował ją, że wciąż pozostaje w związku z Annik. Jednocześnie Curtis obawiał się, że żona znajdzie sobie innego mężczyznę, gdy Joy Division będą koncertować w Ameryce. "Poczułam się strasznie zmęczona - nasza rozmowa stanęła w martwym punkcie" - napisała Debbie w książce "Przejmujący z oddali".

Rozdarcie pomiędzy dwiema kobietami: uosabiającą domowy spokój, pewność i bezpieczeństwo, usłużną Debbie z jednej strony, a mówiącą z seksownym akcentem, światową, intrygującą Annik z drugiej, musiało być dla Curtisa nieznośne. I o ile potrafił z tym żyć, gdy Debbie pilnowała ich córki Natalie w Macclesfield, a Annik towarzyszyła mu w trakcie tras koncertowych z Joy Division, to kolejny przyjazd Belgijki do Manchesteru był dla Iana nie do zniesienia. A Honore rzeczywiście wybierała się wówczas do swojego kochanka, o czym mówiła później Lindsay Reade, partnerka Tony'ego Wilsona (szef wytwórni Factory, dla której nagrywali Joy Division) .

"Tak właśnie słyszałam, że to miała być przyczyna, dla której Ian... Domyślam się, że to był jeden z powodów, dla których uznał, że to jedyna droga wyjścia. Nie bardzo wiedział, jak sobie z tym poradzić" - stwierdziła później żona Wilsona.

Zobacz Joy Division i "She's Lost Control":

"Stroszek" i "Idiota"

Wróćmy do soboty, 17 maja 1980 roku. Obawiając się, że Ian chce sprowokować atak epilepsji, Debbie zaproponowała, że nie wróci na noc do rodziców i córki Natalie, ale zostanie z mężem w domu w Macclesfield. Musiała jednak poinformować o tym matkę, dlatego pojechała na moment do domu rodziców. Po powrocie na Barton Street 77 sytuacja uległa zasadniczej zmianie. Ian nakrzyczał na żonę i powiedział jej, by trzymała się od niego z daleka. Zmusił ją także, by nie wracała do Macclesfield przed jego wyjazdem na lotnisko w Manchesterze. "Byłam tak zmęczona, że to, że mogę go zostawić, sprawiło mi ulgę" - przyznała po latach wdowa po wokaliście Joy Division.

Po wyjeździe żony Ian Curtis zaparzył kolejną kawę i ponownie zaczął pić whisky. Wcześniej obejrzał w BBC przejmujący film Wernera Herzoga "Stroszek", w którym obraz Ameryki jest równie mocno wykrzywiony, jak boleśnie prawdziwy. Słuchał też klaustrofobicznej i mrocznej płyty Iggy'ego Popa "The Idiot", która jeszcze w kilka dni po jego śmierci krążyła niewyłączna na talerzu adaptera. Wtedy też napisał list do żony. "Był to długi, bardzo intymny list, napisany koślawymi drukowanymi literami, tak jak pisał teksty piosenek" - zdradziła w książce Debbie. Napisał, że "wolałby nie żyć". Stwierdził również, że nienawidzi Annik Honore, ale była pani Curtis uważa, że kłamał. Z drugiej strony wiadomo, że Ian był zmęczony niemożnością poradzenia sobie z romansem. "Pisał, że nie potrafił zmusić się do takiego okrucieństwa, by powiedzieć Annik, że nie chce jej więcej widzieć. Nawet gdyby miało to uratować nasze małżeństwo" - to znowu fragment książki żony artysty. Zresztą, być może rzeczywiście nienawidził Belgijki, przez którą - w mniemaniu Curtisa - jego życie zamieniło się w koszmar. Żona artysty wspominała, że zazwyczaj zrzucał winę za wszelkie niepowodzenia i kłopoty na innych.

Czy w noc z soboty na niedzielę Ian Curtis miała atak epilepsji, jak to zasugerował w swoim znakomitym filmie "Control" Anton Corbijn? Czy właśnie kolejna padaczka przechyliła szalę życia i śmierci w stronę ostateczności? Tego się nie dowiemy, ale interpretacji holenderskiego fotografika i reżysera nie można wykluczyć. Jedno jest pewne - tamtego wieczoru Ian Curtis nie zażył przepisanych lekarstw na padaczkę. "One były podstawą jego dobrego samopoczucia" - powiedziała później żona artysty.

Zobacz teledysk Antona Corbijna do "Atmosphere":

"Osiągnął nieśmiertelność"

Jak zginął Ian Curtis? Według wspomnień Debbie, która znalazła ciało, stało się to nad ranem - Ian napisał w pożegnalnym liście do żony, że "nastał już świt i słyszy świergot ptaków". Budził się dzień, niedziela 18 maja 1980 roku. Curtis położył na kominku kopertę z pożegnalnym listem do żony i nie gasząc światła w salonie, poszedł do przylegającej do pokoju wąskiej kuchni. Powiesił się na drewnianej suszarce do ubrań, która zamontowana była pod sufitem w kuchni. Debbie wspomina, że wyglądał tak, jakby klęczał. Jego ręce oparte były na pralce, z ust zwisała długa strużka śliny. Na szyi miał zaciśnięty gruby sznur.

Jak zapisał koroner, oficjalną przyczyną śmierci Iana Curtisa było "uduszenie przez zacisk dookoła szyi". "Popełnił samobójstwo" - dodał z lodowatą ostatecznością lekarz sądowy. "Osiągnął nieśmiertelność" - to znowu cytat Debbie Curtis z książki "Przejmującym z oddali".

Ian Curtis wraz zespołem Joy Division nagrał jedynie dwa albumy długogrające: "Unknown Pleasures" i "Closer" - ten drugi ukazał się już po śmierci artysty. Na grobie jego żona kazała wykuć słowa "Ian Curtis 18 - 5 - 80" i "Love Will Tear Us Apart". To ostatnie zdanie - "Miłość nas rozdzieli" - jest równocześnie tytułem najsłynniejszego utworu Joy Division.

Zobacz teledysk do "Love Will Tear Us Apart":

Artur Wróblewski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy