Reklama

Seks, narkotyki i jazz

Prawie nie zdejmował okularów przeciwsłonecznych i ubierał się w ekstrawaganckie ciuchy, pił i ćpał, klął jak szewc, romansował z wieloma kobietami, był egocentrykiem przekonanym o swej wielkości i nosił przydomek "Książę Ciemności".

Wbrew pozorom bohaterem poniższego tekstu nie będzie żaden rockman ani też hollywoodzki gwiazdor, ale muzyk jazzowy - Miles Davis. 28 września mija 20. rocznica śmierci najwybitniejszego jazzmana wszech czasów i niewątpliwie ikony popkultury.

Reklama

W napisanej z pomocą Quincy Troupe'a autobiografii zatytułowanej po prostu "Miles: The Autobiography" jazzman przywołuje incydent, który miał miejsce podczas wytwornej kolacji w Białym Domu, gdzie Miles Davis został zaproszony za swe niebywałe zasługi dla amerykańskiej kultury. Trębacza usadzono obok szykownej acz niezorientowanej w temacie damy, która bezceremonialnie zapytała uznanego wówczas artystę, za jakie to osiągnięcia został zaproszony do siedziby prezydenta Stanów Zjednoczonych. Niezrażony jazzman arogancką, lecz celną ripostą zrównał damę ze lśniącą posadzką Białego Domu: "No cóż, jakieś cztery czy pięć razy zmieniłem bieg historii muzyki. A panią, poza tym że jest biała, za co spotkał ten zaszczyt?".

Osobowość większa od jazzu

Istnieje teoria, że choć Miles Davis był wybitnym muzykiem, to jednak w sztuce jazzowej odstawał umiejętnościami od najlepszych. Jego nauczyciel i mentor Charlie 'Bird' Parker był geniuszem w sprawach jazzowej harmonii, a w talencie kompozytorskim Milesa przebili ponoć między innymi Duke Ellington czy Thelenious Monk. To jednak temat na dyskusję pomiędzy jazzowymi ekspertami.

Co zatem uczyniło Milesa Davisa największym i najpopularniejszym jazzmanem wszech czasów? Jedni wskazują na wyjątkowe, niepowtarzalne brzmienie trąbki. Drudzy wskazują na jedyną w swoim rodzaju umiejętność dobierania wyjątkowych współpracowników: u boku muzyka występowały takie osobowości jak m.in. John Coltrane, Herbie Hancock, Wayne Shorter, Chick Corea, Joe Zawinul czy John McLaughlin, by wymienić tych najwybitniejszych, którzy pod czujnym uchem mistrza rozwinęli skrzydła. Inni wymienią niesamowitą wizję i ciągły pęd ku nowym formom, niezaspokojoną, artystyczną chęć poszukiwań ("Graj na gitarze tak, jakbyś nie potrafił na niej grać" - usłyszał kiedyś od mistrza gitarzysta John McLaughlin).

W przechwałkach o kilkukrotnej "zmianie biegu historii muzyki" nie ma żadnej przesady. Skracając do akceptowalnego minimum temat, o którym można by rozpisywać się w nieskończoność, wystarczy porównać dwa arcydzieła Milesa Davisa: akustyczne "Kind Of Blue" i elektryczne "Bitches Brew". Aż trudno uwierzyć, że nagrał je ten sam człowiek. Bo nie ma żadnej wątpliwości, że są to albumy rewolucyjne nie tylko dla jazzu, ale też muzyki rozrywkowej w ogóle. Wreszcie w latach 80. zeszłego stulecia artysta z mniejszym już powodzeniem eksperymentował z muzyką elektroniczną i hip hopem w czasach, gdy ten ostatni gatunek był w zupełnym podziemiu. Taką żądzę muzycznych poszukiwań wśród największych gwiazd odnajdujemy chyba tylko u Davida Bowie, który nie bez powodu nazywany jest "muzycznym kameleonem". Używając herpetologicznej terminologii, Milesa Davisa można określić mianem "kameleona jazzu".

Do powyższego należy dodać, że Miles Davis zachowywał się jak gwiazda rocka, co nie pozostaje bez wpływu na - wykreowaną w dużej mierze z premedytacją przez samego artystę - legendę Milesa Davisa. Człowieka, który swą osobowością i charyzmą wyrastał ponad jazzową estetykę.

Miles Davis i "So What":


"Musisz zerżnąć cały zespół"

Skala jego muzycznego talentu i wizji była proporcjonalna do trudnego, momentami nieznośnego charakteru Milesa, który - nie ukrywajmy tego, bo on sam w autobiografii nawet nie stara się zbytnio wybielać - potrafił być prawdziwym potworem. Nawet niesławne powiedzonko, że "artystom wolno więcej", w przypadku Davisa nie jest adekwatne. "Miles Davis może wszystko" brzmi - niestety - o wiele bardziej stosownie do tego, co wyczyniał. Jazzmanowi zdarzało się bić kobiety, obrażać najbliższych współpracowników lub kpić sobie z ludzi w najlepsze. Na przykład w ten sposób:

Pewnego dnia na przesłuchanie do zespołu Davisa przyszedł pianista Bill Evans, któremu bardzo zależało na dołączeniu do grupy Milesa. Grupy złożonej wyłącznie z Afroamerykanów, a Evans był biały, co w Ameryce nie było bez znaczenia. "Bill, ty dobrze wiesz, co masz zrobić, by grać w moim zespole, prawda?" - zapytał poważnym tonem Miles. Gdy Evans zaprzeczył, Davis zaczął go informować o "braterstwie" panującym w grupie, bliskim - nomen omen - stosunkom w "świętym hufcu" tebańskim. "Bill, musisz to zrobić z każdym z muzyków. Musisz rżnąc się z każdym z nich" - oznajmił przerażonemu Evansowi śmiertelnie poważny Miles.

Jak dalej potoczyła się ta groteskowa historia przesłuchania słynnego pianisty? Po 15 minutach namysłu, wyglądający jak zbity pies Bill Evans przyszedł do Milesa i powiedział, że jednak nie będzie w stanie tego zrobić i odmówił. Na tą deklarację Davis wybuchnął bezczelnym śmiechem i powiedział protekcjonalnie: "Mój człowiek". Wtedy dopiero do Evansa dotarło, że jego idol przez cały czas kpił sobie z niego w najlepsze, doprowadzając pianistę prawie do załamania nerwowego. Ostatecznie otrzymał angaż w zespole.

O wiele mniej przyjemnie spotkanie z Milesem Davisem wspominała pewna kobieta, która miała okazję jechać z artystą windą. Nafaszerowany kokainą trębacz, będąc przekonany że podróżuje własną limuzyną, bezceremonialnie spoliczkował kobietę i kazał jej się wynosić z "jego samochodu".

Miles Davis z okresu fusion:


Napisano, że niedługo umrze

To, że seks i narkotyki były domeną przedstawicieli rock'n'rolla, jest totalną bzdurą. Zawarty w "Miles: The Autobiography" opis trybu życia amerykańskich jazzmanów w latach 50. zeszłego stulecia jeży włosy na głowie. A Davis opisuje to, co się działo z pierwszej ręki. Do legendy przeszła już historia podróży taksówką w towarzystwie heroinisty Charliego Parkera i pewnej "oddanej fanki". Naćpany mentor Milesa Davisa posilał się ociekającym tłuszczem kurczakiem, gdy w tym samym czasie młoda adeptka sztuki jazzowej udowadniała w praktyce swój talent w miłości francuskiej. Młody wówczas Miles Davis był z jednej strony oburzony, ale też zafascynowany tym, co działo się na jego oczach. Później, na swoje nieszczęście, sam pogrążył się w narkotykowym nałogu, a kobiety zmieniał dosłownie jak rękawiczki.

Po kilku dekadach rozpusty i nieumiarkowania Miles ożenił się w latach 80. z Cicely Tyson. Kobietą, która - jak sam przyznał zmęczony perwersjami - nie pociągała go seksualnie. A artysta miał prawo być wyczerpanym - użyjmy tego słowa - rock'n'rollowym trybem życia, którego intensywność wykończyłaby niejedną legendę rocka. Co miało oczywiście fatalne skutki dla organizmu artysty.

W 1975 roku Miles Davis postanowił wycofać się z czynnego życia artystycznego i stał się przykładem, jak katastrofalny wpływ na człowieka mają narkotyki. Muzyk prawie do końca dekady nie opuszczał swojej nowojorskiej rezydencji, w której - jak wspominał w autobiografii - panowały nieprzeniknione ciemności, a jedynymi gośćmi byli dilerzy narkotyków i prostytutki. Co gorsza, Miles - człowiek urodzony, by grać na trąbce - na całe trzy długie lata zupełnie przestał ćwiczyć na instrumencie! Zamiast tego wolał leżeć na kanapie i oglądać telewizję, przerywając sobie jedynie by zażyć kolejną działkę heroiny lub kokainy. Tudzież uczestniczyć w orgiach, które później - ze względu na impotencję - jedynie fotografował. Z artystą było tak źle, że w 1976 roku magazyn "Rolling Stone" informował o nadciągającym zgonie trębacza. Od najgorszego wyratowała go wspomniana Cicely Tyson, detoks i miłość do muzyki.

Miles Davis i "Decoy":


Najmroczniejsza gwiazda jazzu

Miles Davis miał duszę wiecznego buntownika. Kiedy właściciel jednego z klubów zabronił grać zespołowi artysty, ponieważ muzycy nie mieli jednakowych uniformów, trębacz kilkoma słowami sprowokował publiczność, nastawiając ją wrogo do mężczyzny. "Temu facetowi wydaje się, że przyszliście tu oglądać nasze ubrania, a nie słuchać muzyki" - powiedział ze sceny, podburzając widzów. Właściciel lokalu już nigdy więcej nie poruszył tematu ubioru zespołu.

Jednocześnie Miles Davis potrafił być bezwzględny wobec publiczności, gdy ta czymkolwiek mu podpadła. Zdarzało się, że całe koncerty muzyk grał odwrócony tyłem do widowni. Zdarzało się również, że podczas koncertu wydał z trąbki jedynie kilka poszarpanych dźwięków, by później przez kolejne kilka godzin jedynie tańczyć w rytm muzyki wygrywanej przez towarzyszących mu instrumentalistów.

Robił to, na co przychodziła mu właśnie ochota i co podpowiadał mu jego nieujarzmiona i niespokojna osobowość. Ale właśnie dzięki temu możemy dziś słuchać kilkunastu arcydzieł, a Miles Davis już na zawsze będzie jedną z najwybitniejszych postaci popkultury i zdecydowanie najjaśniejszą gwiazdą jazzu. Nawet jeśli ta gwiazda emanowała mrocznym światłem.

Artur Wróblewski

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: ciemności | Nie | Miles Davis | jazz | seks | narkotyki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje