Reklama

Reklama

"Przypraw to wiecznością"

Religia, duchowość, terroryzm i wsparcie papieża - to jedne z wielu tematów poruszonych w książce "Bono o Bono" autorstwa francuskiego dziennikarza Michki Assayas. Przeczytaj obszerne fragmenty.

W naszym konkursie możecie zdobyć egzemplarze książki "Bono o Bono". Szczegóły znajdziecie tutaj.
Następną rozmowę telefoniczną odbyliśmy tydzień po zamachu bombowym na pociąg w Madrycie 11 marca 2004 roku, w którym zginęło stu dziewięćdziesięciu jeden pasażerów, a ponad tysiąc osiemset osób odniosło rany. Największy atak terrorystyczny w historii Europy sprawił, że wszyscy doznali szoku. Napisałem o nim w mojej cotygodniowej rubryce dla francuskiego czasopisma "VSD", chcąc przekazać moje odczucia w związku z tym wydarzeniem. Była to jedna z takich chwil, kiedy żałowałem, że nie piszę piosenek. Ciekawiło mnie, jak Bono zareagował na wieść o ataku - nie jako rzecznik ani ambasador DATA, ale jako człowiek. Jakie stanowisko idealizm i dobra wola mogą zająć w obliczu czegoś takiego? Oto fragment mojego artykułu:

Reklama

Teksty piosenek mogą być głupie, ale mówią prawdę. W Olympia Théâtre w Paryżu dawny autor tekstów zespołu Beach Boys Brian Wilson postanowił zadedykować obywatelom Hiszpanii utwór "Love and Mercy" [Miłość i miłosierdzie - ang. (przyp. tłum.)]: "Leżałem w pokoju, kiedy telewizja podała wiadomość / Wielu ludzi cierpi i to mnie naprawdę przeraża / Miłość i miłosierdzie, tego w tę noc potrzeba / Miłość i miłosierdzie dla ciebie i twoich przyjaciół w dzisiejszą noc...".

Słowa raczej mało efektowne - można powiedzieć, nie ma w nich nic oryginalnego. Ale niestety niczego oryginalnego nie ma też w rzezi niewiniątek oglądanej dziś na żywo w telewizji. Można uznać słowa piosenki za szydercze i bezużyteczne, ale takie wyrażenie współczucia sprawiło, że poczułem się lepiej.

Tak jak wszyscy, kiedy w telewizji podano wiadomość, byłem rozdarty pomiędzy zduszoną złością i potrzebą płaczu. Czy można rozsądnie zareagować na widok sali gimnastycznej zamienionej w prowizoryczną kostnicę, zapchaną noszami? Pewnego ranka garstka ludzi wsiadła do podmiejskiej kolejki, niosąc torby z ładunkiem wybuchowym, pełne śrub i gwoździ. Nie chcę tego analizować. Spróbujcie przeniknąć myśli szaleńca, a wkrótce sami poczujecie się jak szaleńcy. Właśnie taki jest cel tych niepoczytalnych polityczno-religijnych sekt: doprowadzić świat do zbiorowego szaleństwa, na końcu którego zwycięży, oczywiście, prawda - prawda, którą posiedli tylko jej zwolennicy.

Może więc miłość i miłosierdzie... W magazynie zatytułowanym "Courier International" przeczytałem właśnie historię Zaremy, dwudziestotrzyletniej Czeczenki. Uzbrojona w pas z ładunkami wybuchowymi, dosłownie w ostatniej chwili porzuciła plan rozerwania się na strzępy w moskiewskiej restauracji i oddała się w ręce policji. W więziennej celi przeprowadził z nią wywiad rosyjski dziennikarz. Zarema opowiedziała mu straszliwą historię swojego życia. Matka porzuca ją jako dziesięciomiesięczne niemowlę. Ojciec zostaje zamordowany na budowie na Syberii. Nie wygląda to na najlepszy start w życiu. I nie jest. Wychowana przez dziadków, zostaje zmuszona do wyjścia za mąż "zgodnie z naszymi dawnymi obyczajami" - jak to określa - za miejscowego handlarza narkotykami.

Wkrótce mężczyzna zostaje zastrzelony przez konkurencyjny gang. Tymczasem Zarema spodziewa się dziecka. Z braku pieniędzy nie jest w stanie sama wychować córeczki, klan męża natychmiast więc odbiera jej dziecko i przekazuje na wychowanie innej rodzinie. Zarema zostaje odesłana do dziadków. Mieszkają w odległym zakątku kraju. Tam dziewczyna z rozpaczy odchodzi od zmysłów. Co robi? Kradnie rodzinną biżuterię, którą później sprzedaje na targu, żeby wsiąść w samolot i porwać córeczkę. Ale ciotki łapią ją tuż przed ucieczką. Upokarzają ją i biją raz za razem, ponieważ przyniosła hańbę rodzinie.

Kobieta widzi tylko jedno rozwiązanie. Aby w końcu stać się "porządnym człowiekiem" - cytuję jej własne słowa - uznaje, że musi poświęcić się dla Allacha i dżihadu, zmywając w ten sposób hańbę i spłacając dług, bo rebelianci dają rodzinie męczennika tysiąc dolarów. W ich kryjówce spotyka innych kandydatów na samobójców. Jedna z tej grupy, dziewiętnastolatka, wysadza się w Moskwie podczas koncertu rockowego pod gołym niebem: czternaście osób zabitych. Zarema widzi ciała w telewizji. Coś zaczyna świtać jej w głowie. Przede wszystkim doznaje współczucia dla zmarłej podczas akcji młodej dziewczyny, którą codziennie widywała - swojej koleżanki. "Właśnie jej było mi najbardziej żal", mówi. Otwierają się jej oczy i porzuca szaleństwo. Można powiedzieć, że zdarzył się cud.

Miłość i miłosierdzie: te słowa mają sens nie tylko dla ocalałych. Aby skutecznie walczyć z szaleństwem terrorystów, być może są bardziej pożyteczną bronią niż przenikanie do organizacji, ostrzeliwanie wiosek i tak zwana wojna z terroryzmem. Ponieważ ten terror ma charakter moralny i religijny w takim samym stopniu jak polityczny, odpowiedź musi być czasami utrzymana w tym samym stylu. W jednym przypadku miłość i miłosierdzie po prostu zadziałały.

[jakby burkliwie] Bono-jour!

Przepraszam, to nie jest "Bono-jour", tylko "bonjour"!

Bono-jour!

Dzień dobry! Bardzo się cieszę, że cię słyszę.

[z niezadowoleniem] A co w tym takiego radosnego?

Dawno nie rozmawialiśmy.

Dziś trochę kiepsko się czuję, więc nie wiem, czy ci się do czegoś przydam. Ale proszę bardzo. Co u ciebie?

W porządku, ale jestem wstrząśnięty zamachem bombowym w Madrycie. Chciałem ci przeczytać tekst, który wczoraj napisałem. [tu spełniam groźbę] Proste pytanie: gdzie byłeś, "kiedy w telewizji o tym powiedzieli"?

[wzdycha] Bez przerwy to powtarzają na wszystkich kanałach. Ja akurat usłyszałem o tym w radio, ale dopiero kiedy przyszedłem do studia w porze lunchu, zobaczyłem zdjęcia. Serce pęka.

Znasz piosenkę "Love and Mercy"?

"Love and Mercy" to jeden z najlepszych utworów, jakie kiedykolwiek powstały. Słowa piosenek mają to do siebie, że dzięki kadencji i przebiegowi linii melodycznej są bardziej wymowne niż jakikolwiek przekaz czysto literacki. Wie o tym każdy nie-Anglik.

To zabawne, ale piosenek dla U2 nie piszę po angielsku. Piszę je w narzeczu zwanym przez zespół "bongielskim". [śmiech] Śpiewam sobie melodie, a w ustach powstają słowa, które później odcyfrowuję.

Pamiętam, że Brian Eno powiedział mi kiedyś: "Bono, po co je tłumaczyć na angielski? I tak są wystarczająco sugestywne". I coś w tym jest. Tekst piosenki pop w pewnym sensie przypomina szkicowanie przybliżonego kierunku, w którym powinny podążyć myśli słuchacza. I tyle, reszta zależy od ciebie. To dlatego pop staje się folkiem nadchodzącej ery. Uczucia niosą lepiej niż myśli. Nie przychodzi mi do głowy żadna lepsza piosenka niż "Love and Mercy" Briana Wilsona, ponieważ w pewnym sensie właśnie te dwa uczucia starali się zniszczyć terroryści.

Jaką piosenkę ty byś zaśpiewał, gdybyś znalazł się w tym dniu na scenie?

"When Will I See You Again?" zespołu Three Degrees.

Jak to idzie?

[śpiewa] "Kiedy cię znów zobaczę? Di-di-di-di-di... / Kiedy razem spędzimy drogocenne chwile?" To jest utwór o stracie. Piosenka może cię doprowadzić do łez. Przypominają mi się bardzo dziwne zdarzenia. Podczas trasy "PopMart" w sierpniu 1997 roku występowaliśmy w Norymberdze. Jest tam takie miejsce, gdzie wraz ze swoimi generałami miał być pochowany Hitler. Sami wydzielili teren. Znajduje się tam stadion Zeppelinfeld, zwykle kojarzony z Trzecią Rzeszą, zaprojektowany przez Alberta Speera. Dlatego w związku z planami naszego tam występu pojawiły się kontrowersje.

Pamiętam, że pomyślałem: "Nie, nigdy nie powinniśmy się bać budynku. A jeżeli ludzie się go boją, pomalujcie go na różowo albo coś takiego".

Didżejował nam mój dobry przyjaciel Howie B, Żyd. Był wtedy naszym producentem, więc zabrał się z nami w trasę. Perspektywa grania w tamtym miejscu wzburzyła go. Powiedział mi: "Chyba nie mam na to ochoty". Odparłem: "Nie musisz, jeżeli nie chcesz". Ale wyszedł i na początek zagrał "When Will I See You Again?" Three Degrees. Niezwykły był widok tego radosnego jazzmana z płynącymi po twarzy łzami, po wielu dziesiątkach lat opłakującego ludzi ze swojego narodu, których nigdy nie znał, ale których obecność odczuwał. Naprawdę czułem, że ta piosenka potrafi przepędzić diabła. [wzdycha] O tych rzeczach nigdy nie powinno się myśleć w skali masowej: to przecież rodziny, siostry i bracia, i wujkowie.

Właśnie tak się wczoraj czułem.

Kiedy po 11 września w czasie naszej ostatniej trasy koncertowej graliśmy w USA, znaleźliśmy się wśród pierwszych zespołów, które pojechały do Nowego Jorku i dały tam prawdziwy występ.

Nie miałem o tym pojęcia.

Czuliśmy, że powinniśmy wyrazić to samo uczucie. Ci ludzie to nie była statystyka. Na gigantycznych ekranach wyświetlaliśmy nazwiska wszystkich, którzy wtedy zginęli. Gdybym się odwrócił i spojrzał na ekran, zobaczyłbym "Elvin Romero", "Efrain Romero", "Monica

Hoffman", "Stephen Hoffman" - ojcowie i synowie, kimkolwiek byli. Wszyscy w Madison Square Garden widzieli nazwisko kogoś, kogo znali, albo kogoś, kto kogoś znał, i cała sala szlochała. Wstrząsał nimi nie tylko ich własny żal - płakali z powodu smutku innych ludzi. Kiedy wszyscy tańczą i podskakują, pojawia się ogromna studnia smutku, bo wszystkich łączą te same uczucia.

Dziwne, że jednocześnie wspominasz 11 września i koncert U2 w Madison Square Garden. Sugeruje to, że mieszkańcy wielkiego miasta zdają sobie sprawę z łączących ich więzi tylko podczas dwóch rodzajów wydarzeń: straszliwej katastrofy albo koncertu rockowego. Zupełnie jakby najbardziej radosne i najbardziej koszmarne sytuacje dawały dziwnie podobny efekt: sprawiają, że ludzie czują się jednością. Tamtego wieczoru mieliście chyba do czynienia z osobliwą kombinacją dwóch skrajności.

[lekki chichot] Tak, wielki rockowy show może być wydarzeniem transcendentalnym. Jednak na gównianym przedstawieniu można się poczuć jak na pogrzebie - swoim własnym! Ale jest w tym coś niesamowitego, kiedy sprawiasz, że siedemdziesiąt albo siedem tysięcy osób godzi się na wszystko. Wiesz, wszyscy braliśmy udział w kiepskich imprezach.

[śmiech] Dają ci kopa w tyłek i czujesz się, jakbyś miał najgorszy bilet na świecie, muzyka wali wszędzie tylko nie koło ciebie, a ktoś leje pod płotem. Na sali - tak samo. Zależnie od mentalności wykonawcy, w klubie możesz poczuć podobny dystans do piosenkarza jak na stadionie. Nie chodzi o bliskość fizyczną. Ale kiedy koncert dobrze wychodzi, to najbardziej niesamowita rzecz pod słońcem.

Jak zdefiniowałbyś wspólnotę?

To pytanie, które właśnie teraz zawisło na niebie nad naszymi głowami. Za pośrednictwem mediów na naszym podwórku pojawiły się jakieś obce twarze, których do niedawna nie nazywaliśmy rodziną, i tak naprawdę nadal nie mamy ochoty tego robić. Ale jeżeli w dalszym ciągu chcesz korzystać z tego, że twoje sportowe buty i dżinsy wytwarzają społeczeństwa rozwijające się, to już masz kontakt z tymi ludźmi. Nie możesz w związku z tym, ot tak, zlekceważyć niektórych problemów, z którymi się borykają. Mieszkają na twojej ulicy.

Jest taka stara definicja dobroczynności, w której chodzi o to, że bogaci powinni troszczyć się przynajmniej o biednych na swojej ulicy. I co? [śmiech] Teraz ta ulica opasuje cały glob.

Twierdzisz zatem, że odwracanie głowy od innych nie sprawdza się.

Dlatego w latach dziewięćdziesiątych Nowy Jork nie przeżył zamieszek na tle rasowym w stylu Los Angeles. Bogaci i biedni widują się codziennie, mijają się na tej samej ulicy, podróżują metrem. Nieunikniony jest kontakt wzrokowy. W Los Angeles masz mozaikę przedmieść odseparowanych od siebie pod względem gospodarczym i kulturalnym.

A ludzie, jeśli mijają się na ulicy, to tylko na ośmiopasmowej autostradzie. Doskonała pożywka dla nieufności i nienawiści, które tylko czekają, żeby eksplodować, jak po incydencie z Rodne'yem Kingiem.

Podczas jednej z pierwszych wizyt w Paryżu ponad dwadzieścia lat temu powiedziałeś mi, że zamierzasz napisać scenariusz filmowy z punktu widzenia terrorysty. Pamiętasz?

Bardzo dobrze pamiętam. Pracowałem nad tym z paroma osobami. Starałem się zrozumieć, jak jeden Irlandczyk może z zimną krwią odebrać życie drugiemu. Opętała mnie myśl, że ci sami ludzie pod każdym innym względem wiedli zwyczajne życie. Byli mleczarzami, taksówkarzami, nauczycielami.

Byłem zaintrygowany czymś, co Hannah Arendt nazwała banalnością zła, jej opisem procesu [Adolfa] Eichmanna, szczególnie o tym, jak wyprowadzał na spacer psa w pobliżu Oświęcimia [U Hannah Arendt, Eichmann w Jerozolimie, brak takiego opisu. Można jedynie przeczytać: "wielokrotnie odwiedzał Oświęcim, [...] a Höss [...] oszczędzał mu ponurych widoków", tłum. A. Szostkiewicz, Kraków 2004, s. 117-118 (przyp. red.).]. Uroczy człowiek z psem na spacerze - i odpowiedzialny za takie zło. Właśnie tym tu żyliśmy. Nie wiem, czy opowiadałem ci o tym, że byłem świadkiem jednego z najgorszych zamachów bombowych w południowej Irlandii. Sam ledwo uszedłem z życiem.

Nie pamiętam, żebyś o tym wspominał.

Została mi po nim niewielka blizna. Mówiłem ci, że wracając do domu, przejeżdżałem przez centrum miasta. Przesiadałem się z jednego autobusu do drugiego. Przy okazji zaglądałem do sklepów z płytami. W pobliżu przystanku mieściła się kafejka, nazywała się Graham Southern's. Kiedy miałem trochę pieniędzy, czytywałem tam muzyczne czasopisma albo zamawiałem filiżankę kawy. Pewnego dnia, kwadrans po moim wyjściu, ulica dosłownie rozleciała się na kawałki. Na zewnątrz wybuchła bomba. Niedaleko, na małej uliczce Marlborough Street [Może chodzić o jedną z trzech bomb podłożonych pod samochodem w centrum Dublina 17 maja 1974 r. przez paramilitarnych unionistów. Zginęły trzydzieści trzy osoby i nienarodzone dziecko].

Teraz wiem, dlaczego prześladowała cię ta historia o terrorystach.

Prześladuje każdego, kto mieszkał w pobliżu lub w sąsiedztwie. Tego właśnie chcą terroryści.

Dostrzegam różnicę między dwoma rodzajami terrorystów. Z jednej strony, masz terrorystów podkładających bomby z IRA, unionistów albo ETA w kraju Basków. Nie szukają męczeństwa, oni toczą wojnę. Z drugiej - masz zamachowców samobójców, którzy chcą zostać męczennikami, jak Zarema. Dzisiaj historia terrorysty to historia kogoś, kto uważa, że musi najpierw umrzeć, żeby jego rodacy lub cały świat mieli lepiej lub żeby został zbawiony, bo inni też umrą. Zupełnie jak historia szczurołapa z Hameln: chodzi o to, żeby pociągnąć za sobą jak największą liczbę ludzi w przepaść. Wygląda na to, że we współczesnym terroryzmie, z natury rzeczy samobójczym, chodzi w równej mierze o nienawiść do samego siebie jak i do innych.

Tak. To chyba taka psychologiczna prawidłowość, że nie jesteś w stanie pokochać kogoś innego, nie kochając przy okazji samego siebie. Pewnie nie jesteś też w stanie nienawidzić nikogo, nie żywiąc nienawiści do samego siebie. Ale poza dewiacją i wypaczonym umysłem musimy stawić czoła prawdziwym problemom, które narastają i skłaniają przyzwoitych ludzi do nieprzyzwoitych czynów.

Istnieje kilka nierozstrzygniętych kwestii w Irlandii, Izraelu czy na Bliskim Wschodzie. Nie są usprawiedliwieniem tego żniwa krwi, które zbieramy, ale trzeba się nimi zająć. Miłość i miłosierdzie... Miłosierdzie to oddziaływanie miłości na zewnątrz, ale miłość wymaga, żebyś spojrzał na pewne rzeczy z punktu widzenia innej osoby.

Terroryści koncentrują się na wielkich ideach. Wiesz, że nie ma większych idealistów niż terroryści, większość z nich szanuje pojęcie Boga i świętej sprawiedliwości. Domyślam się, że osobę taką jak ty, głęboko wierzącą i idealistyczną, musi to mocno niepokoić.

Wiele innych określeń także do mnie pasuje. Ale widzisz, Michka, ludzie otwarci duchowo są bardziej bezbronni i podatni na manipulacje. Moim zdaniem instynkt religijny jest niezwykle czysty, lecz jeżeli nie spotka się z dyscypliną, trudno go opanować.

Racja. Ale nie widziałeś także sceptyka ani ateisty rozrywającego się na strzępy, żeby zabić jak najwięcej ludzi. Ateiści zorganizowaliby obozy koncentracyjne albo zaplanowali zbiorową śmierć głodową, ale tego rodzaju terror, z którym mamy teraz do czynienia, ma charakter duchowy.

To prawda. Większość terrorystów chce zmieniać świat materialny. Cóż, przypraw to wiecznością, a ludzie pójdą o wiele dalej, żeby dopiąć celu. Wieczność to wielka nagroda, prawda? To nie dwie ani trzy kadencje prezydenta. [śmiech] Ale oczywiście to zawsze jest wypaczeniem jakiejś świętej tezy, zaczerpniętej czy to z Koranu, czy z Biblii.

Zrozumienie Pisma Świętego ułatwiła mi osoba Chrystusa. Chrystus uczy, że Bóg jest miłością. Co to oznacza? Dla mnie oznacza to zgłębianie życia Chrystusa. Miłość określa się tutaj sama jako dzieciątko narodzone w ubogiej stajence, najbardziej bezbronne ze wszystkich, pozbawione zaszczytów. Nie pozwalam, aby mój świat religijny zanadto się skomplikował. Mówię po prostu: "Wydaje mi się, że wiem, czym jest Bóg". Bóg jest miłością i jeśli odpowiadam na tę miłość [wzdycha], pozwalając jej zmieniać siebie, to moja religia. Dla mnie rzeczy zaczynają się komplikować, kiedy staram się żyć tą miłością. No, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo i przyjemnie.

A co z Bogiem ze Starego Testamentu? On nie był aż tak "pokojowo usposobiony".

W moim obrazie Chrystusa nie ma nic hipisowskiego. Pismo Święte przedstawia obraz miłości bardzo wymagającej, czasami stwarzającej podziały, ale to przez cały czas miłość. Odbieram Stary Testament bardziej jako film akcji: krew, pościgi samochodowe, ucieczki, dużo efektów specjalnych, rozstąpienie się morza, masowe morderstwo, cudzołóstwo. Dzieci Boga dostają amoku, są krnąbrne. Może dlatego możemy się tak dobrze wczuć w ich mentalność. Ale my - ci z nas, którzy usiłują rozwikłać naszą chrześcijańską zagadkę - dostrzegają przemianę Boga Starego Testamentu z surowego ojca w przyjaciela.

Kiedy jesteś dzieckiem, potrzebujesz wyraźnych wskazówek i surowych zasad. Ale Chrystus umożliwia nam relację jeden do jednego. W Starym Testamencie związek Boga z człowiekiem był oparty bardziej na czci i szacunku, czyli zachodziła relacja pionowa. Tymczasem w Nowym Testamencie patrzymy na Jezusa, który wygląda znajomo, horyzontalnie. Połączenie tych relacji daje krzyż. (...)

A propos krwawych filmów akcji, poprzednio mówiliśmy o Ameryce Południowej i Środkowej. Jezuiccy duchowni przybyli tam z dobrą nowiną w jednej dłoni i z bronią w drugiej.

Wiem, wiem. Religia potrafi być wrogiem Boga. Zdarza się tak często, gdy Bóg, podobnie jak Elvis, wychodzi z budynku. [śmiech] Lista instrukcji tam - gdzie niegdyś było przekonanie, dogmat tam - gdzie ludzie po prostu kiedyś właściwie postępowali, wierni prowadzeni przez człowieka - podczas gdy dawniej prowadził ich Duch Święty. Dyscyplina zastępująca apostolstwo. I z czego się chichrasz?

Zastanawiałem się, czy powiedziałeś to Papieżowi, kiedy się z nim spotkałeś.

Wiesz, uwielbiał grać w piłkę nożną.

Proszę cię, czy choć raz mógłbyś mi oszczędzić dygresji w stylu Monty Pythona?

Podobno był niezłym bramkarzem. Na jego miejscu trzeba być.

Czy strzeliłeś mu coś z tych rzeczy?

Nie bądźmy zbyt krytyczni wobec świętego Kościoła rzymskokatolickiego. Kościół ma swoje problemy, ale im robię się starszy, tym więcej pocieszenia w nim znajduję. Fizyczne doświadczenie przebywania w tłumie przeważnie pokornych ludzi ze spuszczonymi głowami, szepczących modlitwy, historie opowiadane przez witraże, kolory katolicyzmu: purpura, fiolet, żółć i czerwień, dymiące kadzidło... [urywa zdanie] Mój przyjaciel Gavin Friday mówi, że katolicyzm to glam rock religii.

(...)

Spotkałeś Papieża osobiście. Czy było to dla ciebie wielkie przeżycie?

Byłem z kilkoma wielkimi osobistościami: Jeffem Sachsem, wybitnym ekonomistą, Bobem Geldofem i Quincy Jonesem, który był moim mentorem - śmiertelnie poważny człowiek, ale ciągle szeptał mi do ucha, żebym się lepiej przyjrzał butom Ojca Świętego - tak się składało, że nosił bordowe mokasyny. "Odjazdowe skoki" - powiedział. Rozległy się nerwowe chichoty, ale wszyscy wiedzieliśmy, po co tam jesteśmy.

Papież miał wygłosić ważne oświadczenie o niehumanitarności i niesprawiedliwości tego, że biedne kraje wydają tak dużą część swojego dochodu narodowego na spłatę starych kredytów krajom bogatym. Poważna sprawa. Dzielnie walczył z chorobą Parkinsona. Jego obecność stanowiła na pewno akt woli. Byłem dziwnie poruszony... jego pokorą, a potem niesamowitym przemówieniem, mimo że wygłaszał je szeptem. Podczas występu chyba mi się przypatrywał. Zdziwiłem się. Czy to dlatego że miałem na nosie niebieskie okulary przeciwsłoneczne? Zdjąłem je na wypadek, gdyby mógł się poczuć urażony. Kiedy zostałem mu przedstawiony, nadal się w nie wpatrywał. Ciągle patrzył na okulary w mojej dłoni, podarowałem mu je więc w zamian za różaniec, który mi wręczył.

Założył je?

Nie tylko je założył, ale uśmiechnął się najbardziej szelmowskim uśmiechem, jaki możesz sobie wyobrazić. Był komikiem. Jego poczucie humoru pozostało zupełnie nienaruszone. Błysnęły flesze, a ja pomyślałem: "Rety! Kampania Drop the Debt będzie miała Papieża w moich okularach na okładkach wszystkich gazet".

Nie pamiętam, żebym gdzieś widział to zdjęcie.

My też nie. Widocznie jego świta nie miała takiego samego poczucia humoru. Trudno. Może chociaż widzieli T-shirty.

Czy w ostatecznym rozrachunku naprawdę pomógł?

Bez papieskiego wsparcia i pomocy jego prawej ręki w tych sprawach irlandzkiego arcybiskupa Diurmuida Martina nie osiągnęlibyśmy takiego wyniku. Tego dnia z Castel Gandolfo nie popłynęły jakieś banały. Za słowami poszły czyny i Kościół zastukał do kilku drzwi, które zatrzaśnięto nam przed nosem.

Po raz ostatni chciałbym wrócić do naszej wędrówki po ciemnej stronie religii. Przerażające rzeczy zdarzają się, kiedy ludzie stają się religijni w zbyt młodym wieku albo kiedy ich doświadczenie życiowe jeszcze nie istnieje. Nie sądzisz?

Fanatykom często brakuje miłości do świata, bo tylko przedzierają się przez niego w drodze do następnego. Ulubiony temat, stary banał: "Pomęcz się teraz, a nagroda będzie w niebie". Ale ja trzymam Chrystusa za słowo: "Jako w niebie, tak i na ziemi".

Co do pierwszej części twojego pytania, z własnego doświadczenia wiem, że im starszy jesteś, tym mniej masz szans, by zmienić swoje życie, tym mniej jesteś otwarty na miłość pełną wyzwań. Skłaniasz się ku miłości, która jest bardziej pokrzepiająca i bezpieczna.

(...). Dla mnie jest jasne, że w centrum wszechświata znajduje się karma. Jestem o tym święcie przekonany. A jednak pojawia się idea zwana łaską, żeby zniweczyć całe to całe gadanie o "zbieraniu tego, co się zasiało". Łaska przeczy rozumowi i logice.

Miłość przerywa, jeśli wolisz, konsekwencje twoich czynów, a w moim przypadku to bardzo dobra wieść, bo zrobiłem w życiu całe mnóstwo głupstw.

Ciekawie byłoby o nich usłyszeć.

To sprawa między mną a Bogiem. Ale znalazłbym się w poważnych tarapatach, gdyby moim ostatecznym sędzią miała być karma. Byłbym ugotowany. To nie tłumaczy moich błędów, ale wyciągam ręce ku łasce. Wierzę, że Jezus zabrał moje grzechy na krzyż, i mam nadzieję, że nie będę musiał polegać tylko na własnej pobożności.

Syn Boży, który gładzi grzechy świata. Szkoda, że nie mogę w to uwierzyć.

A ja uwielbiam ideę Baranka Ofiarnego. Podoba mi się, kiedy Bóg mówi: "Słuchajcie, wy czubki, istnieją pewne skutki tego, jak postępujecie, waszego egoizmu; częścią waszej bardzo grzesznej natury jest śmiertelność. Spójrzmy prawdzie w oczy, nie prowadzicie się zbyt porządnie, prawda? Wszelkie czyny mają swoje konsekwencje".

Sens śmierci Chrystusa jest taki, że wziął na siebie grzechy świata, żeby to, jak postępujemy, nie zostało nam oddane równą miarą i żeby nasza grzeszna natura nie zasłużyła na oczywistą śmierć. O to chodzi. To powinno nas skłonić do pokory... To nie nasze dobre uczynki pomagają nam przejść przez bramę nieba.

Doskonały pomysł, nie mogę zaprzeczyć. Tak wielka nadzieja jest wspaniała, nawet jeżeli - moim zdaniem - graniczy z obłędem. Chrystus ma swoje miejsce wśród wielkich myślicieli świata. Ale Syn Boży - czy to nie naciągane?

Nie, dla mnie nie jest naciągane. Zobacz, reakcja niewierzących na historię Chrystusa jest zawsze taka sama: był wielkim prorokiem, na pewno bardzo ciekawym facetem, miał wiele do powiedzenia podobnie jak inni wielcy prorocy, czy to Eliasz, Mahomet, Budda czy Konfucjusz.

Ale Chrystus ci na to nie pozwala. Nie odpuszcza, tylko idzie dalej: "Nie, wcale nie twierdzę, że jestem nauczycielem, nie nazywajcie mnie nauczycielem. Nie twierdzę, że jestem prorokiem. Mówię: "Jestem Mesjaszem". Mówię: "Jestem Bogiem wcielonym". A ludzie mówią: "Nie, nie, zostań prorokiem. Proroka możemy przyjąć. Jesteś trochę ekscentryczny. Mieliśmy Jana Chrzciciela, który jadł szarańczę i miód dzikich pszczół, jakoś sobie z tym poradzimy. Ale nie wymawiaj tego słowa na "M"! Bo wiesz co? Będziemy cię musieli ukrzyżować". A on na to: "Nie, nie. Wiem, że oczekujecie, abym powrócił z armią i uwolnił was od tych drani, ale ja naprawdę jestem Mesjaszem".

W tej chwili wszyscy wbijają wzrok w czubki butów i mówią: "O Boże, ależ on uparty". Więc zostajesz z alternatywą: albo Chrystus był Tym, za Kogo się podawał, albo był zupełnie stuknięty. A mam na myśli kompletnego świra w rodzaju Charlesa Mansona. Jezus przypominał ludzi, o których wcześniej rozmawialiśmy. Ten człowiek przypasał się do bomby, na czole miał napis "Król żydowski", a kiedy przybili go do krzyża, mówił: "W porządku, męczeństwo, proszę bardzo. Dawać ból! Zniosę go". Wcale nie żartuję. Pomysł, że wariat mógł odwrócić do góry nogami losy ponad połowy globu - dla mnie t o jest naciągane...

Czasami skłaniam się ku myśli, że świat został uformowany przez zgraję szaleńców albo jednego wielkiego świra ukrywającego się gdzieś w ogromnej niewidzialnej latarni morskiej. [Bono wybucha śmiechem] Ten twój komiks zawładnął moim umysłem. Pamiętaj, że Chrystus nie był jedynym, który wysuwał takie roszczenia. Istnieli też inni prorocy.

Zgadza się. Ale oni niczego nie zmienili...

Właściwie można spojrzeć na historię religii tak samo jak na historię rocka. Różne zespoły konkurują o ten sam rynek.

Wyluzuj! [śmiech]

Mówię prawie poważnie, bo myślę, że coś w tym jest. Coś wisiało w powietrzu. Możesz odwrócić słynny cytat z Johna Lenonna - ten, za który omal nie spalono Beatlesów na stosie w co bardziej fundamentalistycznie nastawionych stanach. Można powiedzieć, że w swoim czasie Jezus Chrystus był tak popularny jak Beatlesi.

To bardzo zabawne, Michka. Nie chcę wdawać się w remiksy, ale pewnie możemy to powiedzieć. Wiesz, Jezus... Miał prawdziwy kompleks mesjanistyczny. [śmiech]

Był trochę podobny do ciebie, nie?

Nie, tylko Mu się wydawało, że jest Bono! [śmiech przez dłuższą chwilę] Nie, ale mówiąc poważnie, gdybyśmy tylko potrafili być choć trochę tacy jak On, świat uległby prawdziwej przemianie. Ja jedynie wstępuję na "krzyż" własnego ego: dokuczliwy kac, zła recenzja. Kiedy patrzę na krzyż Chrystusa, widzę cały mój brud - mój i innych ludzi.

Zadaję sobie więc pytanie, które wielu ludzi stawiało sobie przede mną: "Kim jest ten człowiek? Czy był Tym, za Kogo się podawał, czy był tylko religijnym wariatem?". Tak to wygląda i tak to brzmi. I nikt nie może ci tego wcisnąć ani wyperswadować.

Powiedziałeś mi kiedyś: "Nikt nie chodzi do kościoła, ludzie już nie są religijni". Równocześnie powtarzasz, że religia jest wszędzie...

Instynkt religijny jest wszędzie.

Moje codzienne doświadczenie pokazuje, że ludzie szukają magii.

Mają rację, że szukają magii.

Dla nas magią jest gwiazdorstwo i to z pewnością jest nowy kult. Ludzie usiłują zbliżyć się do sławnych osób, ponieważ uważają, że gwiazdy emanują pewną magią, przynoszą im szczęście. Tak czy inaczej, ktoś, kto zostaje terrorystą, i ktoś, kto chodzi na koncerty U2, mają ze sobą coś wspólnego. Obaj chcą uciec od materialistycznego nudnego codziennego życia. Wiesz, o co mi chodzi? Obaj szukają transcendencji.

Ale istnieją dwa wyjścia. Zresztą zawsze były. Jest transcendencja i jest wersja coverowa, czyli marna kopia: tandetna transcendencja narkotyków, religia "lekkostrawna, ale w końcu dostaniesz zawału". Podejrzewam, że ludzie, którzy chcą łatwo wykręcić się od życia, wszystko mają za fanatyzm. Prawdziwe życie człowieka wierzącego to dłuższa, bardziej ryzykowna pielgrzymka pod górę, gdzie powoli doznajesz olśnienia, które podyktuje ci następny krok.

Ludzie religijni, ogólnie rzecz biorąc, mnie przerażają. Mówiąc szczerze, zaczynam się trząść, kiedy znajdę się w ich towarzystwie. Ale może to właśnie czubki są jedynymi osobami, które naprawdę wiedzą, że potrzebują Boga.

A co z innymi? Do czego potrzebowaliby Boga?

Patrzę na wiek XX i widzę, że nie stanowi wielkiej reklamy dla niewiary. Dokąd zawiódł Rosję komunizm? Zobacz tylko, ile daje Chinom większe otwarcie. Jedno przyznam tradycji judeochrześcijańskiej: w DNA mamy zapisane przekonanie, że Bóg stworzył wszystkich ludzi równymi i że miłość znajduje się w centrum wszechświata.

Fakt, to postępuje wolno. Grecy wymyślili demokrację, ale nie uważali, że to pomysł dobry dla wszystkich. Musimy uznać, że najszerszy dostęp do równości na świecie rozwinął się dzięki starym ideom religijnym.

To ciekawe. Ale zdaję sobie sprawę, może trochę za późno, że bardzo ciężko kierować Irlandczykiem nawijającym o Bogu i religii. (...) Mam wrażenie, że w pewnym momencie zapominasz, kim jesteś.

To dobrze.

Z kolei ja w pewnym momencie zapominam o twojej osobowości i wyrzucam scenariusz do kosza.

Ja też. To dobrze. OK. Spadajmy, jak powiedziałby Chet Baker. A, jeszcze jedna sprawa. Możemy zatytułować ten rozdział: "Ci, których Bóg nie interesuje, proszę dalej"?

Fragment książki "Bono o Bono". Książkę wydało wydawnictwo Znak.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje