Reklama

"Mity o chlaniu i dymaniu"

Ta romantyczna i pełna pokory wizja artysty jako przezroczystego medium nie pasuje do Ciebie, do wizerunku indywidualisty. Raczej można interpretować cię jako silną jednostkę, żyjącą tu i teraz, która tworzy własną rzeczywistość, pochodzącą z niej samej.

Reklama

Obydwie wizje nie są ze sobą sprzeczne. Ego pojawia się i znika, istniejemy dobitnie i całkiem dorzecznie, by za chwilę znowu pogrążyć się w nieistnieniu. Jesteśmy duchami, które idą znikąd donikąd - bynajmniej nie w sensie nihilistycznym czy eschatologiczno-apokaliptycznym. To raczej prawda, która jest radosna i pozytywna. Rozwijając się i odpuszczając różne ustalone poglądy, powoli pozbywamy się przekonania, że jesteśmy konkretni, ulani z betonu i niezniszczalni. Jesteśmy bardziej mgłopodobni, niż nam się wydaje, co wcale nie przeszkadza nam cieszyć się życiem, kochać, uprawiać seks, przeżywać uniesienia, tworzyć piękną muzykę. W jakiś sensie ta muzyka pochodzi też od nas, przechodzi przez pryzmat naszej wiedzy i doświadczenia, ale nasz udział w tworzeniu jest znacznie mniejszy, niż nam się wydaje - tak naprawdę im mniej kontrolowany, tym lepiej dla nas i dla niej. Dowodem takiej natury rzeczy są biografie Coltrane'a czy Lennona, którzy twierdzili, że najlepsze rzeczy przyszły do nich, kiedy nie byli tego świadomi. Coltrane stworzył "Love Supreme", medytując nad ranem - naraz pojawiła się cała muzyka, doskonała i pierwotna, nie wiadomo skąd. Lennon powiedział wprost: "The best I've done has got nothing to do with me".

To wyjątkowe, utalentowane i pracowite jednostki. Może się wydawać, że między nimi, a pokorą i duchowością, o której mówisz, jest przepaść.

To nie tak. W buddyzmie "tak" i "nie" nie są sobie przeciwstawne, będąc częścią większej całości. Jest miejsce na jednostkowe urzeczywistnienie, na subiektywne fanaberie. Zappa był ewidentnym geniuszem i wyjątkowym indywiduum. Z drugiej strony, Zappy już nie ma. Pozostał duch jego muzyki i przekonań, który funkcjonuje w postaci płyt, książek, wspomnień. Można powiedzieć, że wrócił do swojego pierwotnego kształtu - jest przestrzenią. To samo tyczy się Lennona czy Marley'a. My też jesteśmy tą przestrzenią - tylko z jakiegoś powodu łudzimy się, że oto nagrawszy płytę, zbudowawszy dom czy obaliwszy ustrój, położyliśmy trwałe fundamenty. Ale na jak długo - 20, 100 czy 200 lat? Ja nie udaję kogoś, kto wkłada kaptur mnicha i jak Łomnicki w roli Wołodyjowskiego powtarza: memento mori, memento mori. Nic z tych rzeczy. Po prostu cieszę się życiem, mam ukochaną rodzinę, bliskich przyjaciół, tworzę muzykę, tworzę różne frapujące światy, ale mam świadomość, że jestem przezroczysty i istnieję niejako w pożyczonym czasie. To jedyny sposób zniesienia cierpienia - zaakceptować wieczną nietrwałość, pogodzić się z odpuszczaniem i odchodzeniem. Nie jesteśmy autorami własnych dzieci, ani muzyki, ani naszych myśli, ani własnego ciała, ani naszej miłości czy życia w ogóle. Taka jest też prawda o tzw. sztuce, której źródłem powstania jest ta sama czarna dziura, wielka, kosmiczna tajemnica. Żyjemy płytko, rzadko myśląc o sprawach ostatecznych, a tu nagle - bang! Coś wybija nas ze stanu tego ograniczenia. Znienacka pojawia się siła, miłość i piękna muzyka. Pojawia się potrzeba śpiewania, mówienia i dzielenia. Po co nam wiedzieć, skąd?

Przed Miłością grałeś rocka. Potem wybrałeś właśnie jazz. Dlaczego taki jazz - Ameryka, lata 60.?

Byłem wtedy pod silnym wrażeniem trójmiejskiej sceny alternatywnej - kapel w stylu Apteki, Bielizny, Pancernych Rowerów, Bómu - Wakacji w Rzymie. Jak na tamten czas, grały one nowatorską muzykę - nie w sensie harmonicznym czy kompozycyjnym, ale raczej stylistycznym. Ukształtował się styl charakterystyczny dla Trójmiasta. Tamta scena z lat 80. natchnęła mnie do stworzenia sceny yassowej. Z drugiej strony, jako muzyk, czułem bezsiłę - spóźniłem się na punk rocka i nową falę. Wiedziałem, że nie wymyślę nic nowego, jako kompozytor miałem ograniczone możliwości, bo obracałem się w kręgu dwóch, czterech akordów, harmonii funkcyjnej typowej dla muzyki rockowej. Nie byłem w stanie dowiedzieć się niczego więcej o zasadach jazzowej improwizacji, skalach, modalizmie, polirytmii itd. Zacząłem więc słuchać Coltrane'a, Aylera, Art Ensamble of Chicago, Schoenberga, Berga, Ivesa, free rocka. Pojawiła się potrzeba użycia bardziej wyrafinowanego środka ekspresji. Około 1987 zaczęliśmy grać free.

Machina

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: doświadczenia | słuchać | jazz | Po prostu | rzeczy | muzyka | miłość | mity | Tymon Tymański

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje