Reklama

"Mity o chlaniu i dymaniu"

Mówiłeś o duchowości, która była charakterystyczna dla free jazzu - czyli żar i ekstaza, a z tego, co wiem, jesteś buddystą. Z buddyzmem, który dąży do wyciszenia, kojarzy mi się raczej ambiet niż free jazz.

Reklama

Muzyka nie jest ciszą, muzyka jest hałasem. Muzyka - jak wszystko - dzieli się na "tość" i "nie-tość". Dzieje się tak, dopóki oceniasz. Kiedy grasz, ocena znika. Nie ma Ciebie, jest tylko muzyka. Kiedy medytuję, nie potrzebuję muzyki. Wracam wtedy do stanu wielkiej ciszy. Nie wierzę w muzykę medytacyjną. Dźwięki świata, śpiew ptaków, szum drzew czy warkot samochodów - to muzyka naturalna. A twórczość muzyczna wiąże się jednak zawsze z jakimś rodzajem interwencji mentalnej, niesie ze sobą pomysł na to, jak zagospodarować ciszę. Tata był socjalistą, nie chodziłem do kościoła. Gdy na własną rękę poszedłem, poczułem się obco - nie znałem słów liturgii i nie przeżywałem duchowej wspólnoty z pozostałymi wiernymi. Od początku miałem swoją obrazoburczą koncepcję chrześcijaństwa. Jezus Chrystus był człowiekiem i kropka. Jeśli był Bogiem, byłem nim i ja. Nie chciałem słuchać bzdur o Bogu od pozbawionych doświadczenia pośredników, choćby w sutannach i cztery razy starszych. Oczywiście szybko mnie pogonili z tą ikonoklastią. Przechodziłem ciężką mękę z dojrzewaniem w aurze niemożności i zakazu, w centrum szarej, dołującej komuny z jej wszędobylską propagandą, pośród zapóźnionych w rozwoju rówieśników i głupich nauczycieli. Jednym ze sposobów ucieczki była emigracja wewnętrzna, którą umożliwiała sztuka. Stąd tak wielu ludzi w komunie zabierało się za czytanie, pisanie, słuchało dobrej muzyki, interesowało się kinem. Jeśli tworzyli, na scenie mogli odegrać wszelki eskapizm, bunt, rozpacz, negację. Z kolei ci, którzy tę sztukę odbierali, mogli się z ich twórczością utożsamić. Dość szybko poczułem zmęczenie wypruwaniem sobie na scenie flaków. Chciałem inaczej. Od kilku lat byłem w związku z pewną dziewczyną z Finlandii, który inspirował mnie do tworzenia muzyki wolnej, otwartej, bez traumatycznych ograniczeń. Chciałem zasygnalizować, że oprócz doła i jego różnorakich przyczyn, istnieją też miłość, otwartość i przestrzeń. Zanim jednak udało mi się tę tezę jaśniej sformułować, trafiłem na chłopców z Totartu, którzy byli wówczas na etapie traumy, psychodramy i tarzania się po potłuczonych szkłach. Jako że nie przeszedłem tej terapii do końca, postanowiłem do nich dołączyć i trochę wspólnie porozpierdalać. Tak to już jest - mamy problem z przejściem ze sfery destrukcji w konstrukcję. Jeśli nie przejdziemy do końca tej terapii, z destrukcją możemy borykać się do końca życia. W istocie rzeczy większość twórców ma potężne problemy z brakiem poczucia własnej wartości, brakiem czy piciem ojca albo matki, z traumatycznymi doświadczeniami z dzieciństwa, z deficytem miłości.

Sztuka jako autoterapia?

Pewnie, że tak. Dla artysty, który na początku boryka się ze swoim nieszczęściem, brakiem miłości, formą odreagowania jest przelanie traumy na papier, później jej ujawnienie - występ publiczny. Ludzie, którzy nas oglądają, akceptują, utożsamiają się z naszą pracą. Jakoś sobie radzimy z tym bagnem mąk i kompleksów. Kiedy bagno wyschnie - bo trudno sobie wyobrazić, żebyś przez całe życie był na etapie niedopieszczonego, niedowartościowanego młodzieńca albo dziewczęcia, które ma problem z autoekspresją (choć niektórzy mają tak do końca) - przestajemy wylewać nasze pomyje na innych i zaczynamy po prostu dzielić się sztuką. Właściwie słowo "sztuka" jest idiotyczne i redundantne, zawiera w sobie jakąś ostentacyjną pretensję. Gdy się dzielisz, a nie przemawiasz z cokołu czy ambony, sztuka przestaje być sztuką czy sztuczką. Staje się jakąś wyższą koniecznością. Ktoś robi dla nas buty czy piecze chleb, my zaś gramy dla niego role, piszemy książki, nagrywamy płyty. Ostatnio rozmawiałem ze Stanisławem Tymem, który powiedział, że nie jest żadnym artystą, tylko rzemieślnikiem - w zacnym sensie tego słowa. Potrzebujesz tego czegoś, żeby żyć. Duchowy rzemieślnik tworzy to dla ciebie, bo musi to zrobić. Dzielenie się czyni go szczęśliwym. Uprawianie duchowego rzemiosła to forma rozpuszczania się na scenie - po okresie autoterapii, skupienia na samym sobie, pojawia się świadomość bycia częścią całości i potrzeba dzielenia. Tak jest z buddyjską praktyką. Artysta jest kimś w rodzaju medium, pustym naczyniem bez dna, przekaźnikiem kosmicznym, który - jak młody Jedi - szkoli się w sztuce zapominania o sobie. W końcu owa kosmiczna informacja, idea, melodia czy tekst pojawiają się znikąd. Naszym artystycznym zadaniem jest czyste świadectwo: nie stroić się w piórka kogoś lepszego, wyjątkowego, ale dzielić się tym, co się pojawiło w tej wspólnej przestrzeni.

Machina

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: doświadczenia | słuchać | jazz | Po prostu | rzeczy | muzyka | miłość | mity | Tymon Tymański

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje