Reklama

"Mity o chlaniu i dymaniu"

"Przecież wiedziałem, że to miłość - jak to miłość - nie będzie trwała wiecznie Są rzeczy ponadczasowe i są takie, które po prostu giną" - mówi Tymon Tymański, szykujący reedycje płyt grupy, która rozwiązała się w 2002 roku, po samobójczej śmierci perkusisty Jacka Oltera.

"Giną mity o chlaniu, dymaniu czy kłótniach, pozostają natchnione marzenia i medytacje na rzecz pokoju. Ponadczasowi są Komeda i Seifert, a za 20 lat taką legendą będzie zespół Miłość".

Reklama

Dlaczego Miłość?

Jako licealista byłem liderem nowofalowego zespołu Sni Sredstvom Za Uklanianie, który okazał się zalążkiem późniejszej Miłości. Fascynowałem się raczej muzyką rockową, klimatami spod znaku Joy Division, Nicka Cave'a, Pere Ubu, chociaż intrygowały mnie też dziwactwa w stylu Captaina Beefhearta, Franka Zappy czy Freda Fritha. Nie miałem za wiele wspólnego z jazzem. Ale wychowałem się na tzw. osiedlu nauczycielskim w Gdańsku-Wrzeszczu, gdzie wielu moich starszych przyjaciół słuchało jazzu i czytało beletrystykę. Pożyczali mi książki, przegrywali płyty, siłą prowadzali do DKF-ów. Od wczesnych lat byłem ich pupilem i miałem obowiązek orientować się - słuchać King Crimson, Genesis, Davisa, Garbarka, Weather Report. Później pojawił się Coltrane. Kiedy w 1986 zdałem na anglistykę, zacząłem współpracować z Totartowcami - z Sajnógiem, Konnakiem, Paulusem Mazurem i Brzózką Brzózkiewiczem. Jednak wolałem pozostać do nich w pewnej kontrze. Koledzy byli inteligentni i wyrafinowani, jeśli chodzi o gusta literackie, z muzyką było różnie. Oprócz punka, nowej fali i avant-rocka, słuchali elektronicznej awangardy, rzęchów w stylu Throbbing Gristle czy SPK (Surgical Penis Clinic).

Mrocznego industrialu?

Dokładnie - industrialu z ciągotami w stronę ciemnej strony mocy, łomotu zaprawionego Crowley'em i LaVey'em. Nie potrafiłem się z tą muzyką utożsamić. Wywodziłem się z tradycji muzyki bardziej wyrafinowanej. W tym czasie słuchałem wszystkiego - od Beatlesów, Doorsów, Dylana, przez Dead Kennedys i Birthday Party, aż po Bacha, Rachmaninowa, Mahlera czy Szymanowskiego.

W uproszczeniu, szukałeś w muzyce afirmacji i pozytywnej energii?

Coś w tym stylu. Na początku dojrzałej drogi twórczej chciałem zaznaczyć, że interesuje mnie muzyka pozytywna, afirmująca - stąd nazwa Miłość. W pewnym momencie pojawił się Coltrane i potrzeba poszukiwania ścieżki duchowej. Poza fascynacją muzyką, literaturą i filmem, frapowały mnie różne formy praktyk religijnych. Spotykałem się z mormonami, baptystami, krisznaitami, astrologami, new age'owcami i cholera wie kim jeszcze. Pojawiły się też doświadczenia narkotyczne, choć raczej drugorzędne i sporadyczne, w celach poznawczych. Gdy udało mi się załapać na jazz, znalazłem ścieżkę, której nie można było ot tak sobie wyśmiać. Coltrane, Ayler, Dolphy, Coleman, Cecil Taylor, ale i klasyka - Mingus, Monk, Davis, Lacy, Rivers, Braxton - to było coś. Tak pojawiła się Miłość. Pewnej wiosny przeżyłem silne nawiedzenie, bez przerwy słuchając "Love Supreme" Coltrane'a i płyt Dolphy'ego. Ja i Mikołaj Trzaska postanowiliśmy wyprowadzić się z domu. Zamieszkaliśmy w willi za Gdańskiem, rzuciliśmy studia, ogoliliśmy głowy, stworzyliśmy mini-komunę muzyczną. Kupiłem kontrabas. Za parę miesięcy pojawiła się Anka Lasocka, po niej Mazzoll z klarnetem. Przychodzili różni ciekawi ludzie - literaci, filozofowie, niedoszli socjologowie z uniwerku. Toczyły się całonocne dyskusje do ósmej rano, często w atmosferze nad wyraz trzeźwej - wtedy nie było tak łatwo ze sklepami nocnymi i stacjami benzynowymi jak teraz.

Machina

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: doświadczenia | słuchać | jazz | Po prostu | rzeczy | muzyka | miłość | mity | Tymon Tymański

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje