Reklama

Ekstremalnie seksowny festiwal

Kiedy legendarny Steve Albini z równie legendarnej formacji Shellac stwierdził ze sceny, że publiczność festiwalu Primavera Sound jest "ekstremalnie seksowna", nie sposób było nie pomyśleć, że ten komplement idealnie charakteryzuje całą imprezę w stolicy Katalonii (25-29 maja).

Primavera Sound to więcej niż wyjątkowy festiwal. Znakomitym tego przykładem jest wspomniane trio Shellac, które na tej imprezie pojawia się... co roku i szelmowsko potrafi sobie z tego faktu kpić ze sceny. W pełni rozumiem jednak organizatorów imprezy, którzy poza prywatnymi relacjami z Amerykanami, budują - to była już 11. edycja festiwalu - markę Primavera Sound w oparciu o niekoniecznie oczywistych, ale już na pewno unikalnych wykonawców. Spójrzmy zresztą na tegoroczny line up. Tzw. headlinerami byli Grinderman, The Flaming Lips, Pulp czy PJ Harvey. Artyści niekoniecznie z pierwszych stron gazet, szczytów list przebojów i z wielomilionowymi nakładami płyt, ale na pewno cieszący się niewzruszonym trendami szacunkiem publiczności i niezmiennym uznaniem krytyków muzycznych.

Potworny ból głowy

Reklama

Jednocześnie Primavera Sound to impreza, na której to co najświeższe i najbardziej nowatorskie spotyka się z tym, co już na trwałe wpisało się w kanon muzyki niezależnej i alternatywnej. Obok tak genialnych pierwszo- i drugoklasistów, jak James Blake, Salem, Jamie XX, Gang Gang Dance czy Gonjasufi, w Barcelonie wystąpiły takie ikony, jak niewspomniani wyżej Echo & The Bunnymen, Public Image Limited, Swans, Suicide, Low, Seefeel, Pere Ubu czy Einstürzende Neubauten. Na terenie intrygującego architekturą Parc Del Forum dochodzi do kolizji teraźniejszości i przyszłości z przeszłością. Z frapującym efektem końcowym i jednocześnie wywołanym nadmiarem atrakcji potwornym bólem głowy. No bo jak nie się tu nie załamać, kiedy jest się zmuszonym odpuścić koncerty m.in. PJ Harvey, Animal Collective, Belle & Sebastian, Mogwai, The National, Big Boia czy PiL?

Na szczęście na pękającą głowę na Primavera Sound zawsze znajdzie się muzyczne remedium. Nie sposób było wyjść na przykład z koncertu Shellaca, który zachwycił nie tylko matematycznym czadem i unikatowo chropowatym brzmieniem, ale też perkusyjną solówką Todda Trainera, podczas której nikomu nie przyszło do głowy wyjść sobie na piwo, jak to zazwyczaj bywa podczas solowych popisów bębniarzy. A pogo podczas koncertu Shellac zawstydziłoby taniec pod sceną na każdym punkowym czy hardcore'owym koncercie.

Testowanie granic wytrzymałości

Duet Suicide był kolejnym wykonawcą-weteranem, który testował granice akceptacji ludzkiego organizmu na dźwiękowe ekstremum. Syntezatorowi protopunkowcy nie mieli litości dla fanów, hipnotyzując haratającymi uszy kompozycjami, które były zaprzeczeniem idei utworów, a nawet muzyki w ogóle. Nie można nie wspomnieć o 72-letnim wokaliście Alanie Vedze, który po scenie przemieszczał się z ekspresją więźnia z przytroczoną łańcuchem do nogi ołowianą kulą, któremu właśnie dobiega końca dożywotni wyrok w zakładzie karnym o zaostrzonym rygorze. Amerykanin jest chodzącym magnetyzmem i artystą, który uosabia wszystko to, co w sztuce niebezpieczne, złe i diabelskie. I jednocześnie uwodzące widza.

Kontynuując wątek powalających na kolana koncertów weteranów, należy też wspomnieć o Swans. Ustawieni na scenie w prostokąt, jak niedobitki jakiejś armii, próbujące za wszelką cenę utrzymać ciągłość szyku, najemnicy Michaela Giry zadziwili nie tylko potęgą i zadziornością, ale przede wszystkim selektywnością, precyzją i pedantyczną wręcz dokładnością dźwięku. Jakżeż żmudną pracą musiało być ustawienie brzmienia trzech gitar, basu i dwóch perkusji, jednak efekty przerosły wszelkie oczekiwania, a Swans porazili swym mrocznym i hipnotycznym spektaklem.

Ach ten ręcznik...

Mieszane uczucia wywołał koncert Echo & The Bunnymen. Liverpoolczycy w Barcelonie przedstawili dwa pierwsze albumy ("Crocodiles" i "Heaven Up Here"). Albumy znakomite i równie znakomicie wykonane, ale całe wrażenie popsuły gwiazdorskie zagrywki Iana McCullocha. Wokalista zespołu uosabia najlepsze i równocześnie najgorsze cechy wyspiarskich frontmanów. Jest nieprawdopodobnie charyzmatyczny, ale także nieznośnie arogancki. W Barcelonie dał wycisk technicznemu, który nie tak jak sobie życzył McCulloch ustawił brzmienie mikrofonu. Dodatkowo wokalistę Echo & The Bunnymen zirytował wentylator stojący na skraju sceny i... niewystarczająco duży ręcznik.

Jeden i drugi przedmiot został wykopany ze sceny, a feralny ręcznik (i Bogu ducha winny techniczny) stali się nawet bohaterami jednego z utworów. Ian McCulloch dyktatorskim gestem wyciszył instrumentalistów, by swym obezwładniającym, głębokim głosem poinformować publiczność o kłopotach z wymiarami ręcznika i skomentować całe zajście słowami: "Popłyną łzy...". Z tego koncertu zapamiętane zostanie nie tylko rewelacyjne wykonanie "Pictures on My Wall" czy "Over The Wall", ale niestety również postać schodzącego ze sceny, nerwowo gestykulującego, Iana McCullocha.

Britpop z politycznym akcentem

Zaskoczeniem in plus był koncert zmartwychwstałych ikon britpopu z Pulp. Jeżeli komuś się wydawało, że ten wręcz kreskówkowy zespół po prostu odegra na scenie swoje największe przeboje, to był w naprawdę grubym błędzie. Jarvis Cocker i spółka w Barcelonie zaprezentowali wyszukany i wykwintny spektakl o kinowym klimacie. Ten koncert odbierało się jak film. Pulp mają w repertuarze długie, transowe kompozycje ("This Is Hardcore" to najmocniejszy tego przykład) i właśnie na tego typu materiał postawili Brytyjczycy. Co więcej, utwory odgrywane były bez przerwy, tworząc jeden strumień narracji, którego głównym bohaterem był niesamowicie szczupły i nieprawdopodobnie gibki Jarvis Cocker.

Przed finałowym "Common People" ("hiciory" Pulp też zagrali...) wokalista wspomniał również o dramatycznych scenach, jakie rozegrały się w sobotę (28 maja) na Placu Katalońskim w centrum Barcelony, gdzie policja siłą rozgoniła protestującą przeciwko polityce rządu młodzież. "Obcokrajowiec krytykujący i komentujący to, co się dzieje w kraju, który odwiedza, jest żenujący. Ja jednak to zrobię" - zaczął, atakując później brutalność policji i dedykując największy przebój swojego zespołu protestującym, z których kilkadziesiąt trafiło nawet do szpitala. A widok skaczących i śpiewających refren kilkudziesięciu tysięcy osób nadał temu przesłaniu jeszcze mocniejszy wymiar.

Zbiorowa hipnoza

Ale Primavera Sound to nie tylko weterani, a przede wszystkim debiutujący wykonawcy, wykuwający nową jakość w muzyce. Takim gorącym towarem miał być witchhouse'owy Salem. Genialna płyta "King Night" nijak się jednak miała do rozczarowującego występu Amerykanów. Czy to było złe nagłośnienie, czy może nadmiar dymu, czy może brak charyzmy i scenicznego pomysłu na siebie, pewnie wszystkie te elementy razem, ale koncert Salem okazał się być jednym z największych rozczarowań festiwalu.

Nieprzekonująco zabrzmiał także set byłego dubstepowca, a obecnie balladzisty Jamesa Blake'a, ale tutaj winę upatrywałbym w mocno niesprzyjających okolicznościach. Umiejscowienie koncertu Londyńczyka na scenie pomiędzy morzem a gargantuiczną konstrukcją fotowoltaiczną wydawało się być strzałem w dziesiątkę. Niestety, głębokie w zamierzeniu brzmienie utworów Blake'a, zamiast zaakcentować wyjątkowość scenerii, rozmyło się w przestrzeni. Takich problemów nie miał dubstepowiec Kode9, który na tej samej scenie podprogowymi basami setu z repertuarem Buriala po prostu wgniótł publiczność w ziemię. Ten występ zamienił się w zbiorową hipnozę - widok kilku tysięcy minimalistycznie tańczących osób, które delektują się głębią basów generowanych przez Kode9, był nie z tej ziemi.

Brody i pomięte garnitury

Kameralne brzmienie i rozległą przestrzeń na głównej scenie udało się pogodzić Fleet Foxes. Kiedy kilku brodatych kolesi pojawi się przed kilkudziesięcioma tysiącami osób z zamiarem podbicia publiczności jedynie akustycznym brzmieniem, zawsze na usta ciśnie się pytanie: "Dadzą radę?". Dali. Po nieprzekonywującym początku, na wysokości "White Winter Hymnal", już było wiadomo, że to będzie wielki koncert.

Wybitne show dał również Glenn Branca ze swoim ansamblem. Dla niżej podpisanego była to największa niespodzianka Primavera Sound 2011. Nowojorczyk to wyjątkowo postać, którą muzycznie można uplasować obok innych amerykańskich wizjonerów gitarowego noise'u, jak na przykład sztandarowi Sonic Youth czy wspomniani wyżej Swans. Ubrany w pomięty garnitur Glenn Branca dosłownie dyrygował czterema gitarzystami, basistą i perkusistą, którzy uraczyli nas niemożliwą do sklasyfikowania gitarową symfonią. Było mnóstwo czadu, brudu i hałasu, ale też hipnotyzujące i wciągające fragmenty. Widok opadającej w dół ręki Branki, za którą następowała lawa bezwzględnej, gitarowej kakofonii, pozostanie już ze mną na zawsze.

Barca Campeon!

Na koniec kilka słów o pozamuzycznych atrakcjach Primavera Sound 2011. W sobotę na londyńskim stadionie Wembley rozgrywano finał piłkarskiej Ligi Mistrzów, w którym spotkały się zespoły FC Barcelony i Manchesteru United. Organizatorzy byli przygotowani i na to wydarzenie, zamykając na czas meczu główne sceny i na jednej z nich umieszczając telebimy. Zwycięstwo FC Barcelony, najprawdopodobniej najwybitniejszego zespołu piłkarskiego w historii, oglądało kilkadziesiąt tysięcy osób, których zdecydowana większość kibicowała właśnie popularnym "blaugrana".

Radość mieszkańców Barcelony ze zwycięstwa "Dumy Katalonii", jak nazywa się ich ukochaną drużynę, była naprawdę wzruszająca. Zaznaczmy, że pisze to osoba, która całym sercem kibicowała Manchesterowi United i która swobodnie mogła cieszyć się z dającej nikłe nadzieje wyrównującej bramki Wayne'a Rooney'a, nie obawiając się negatywnych reakcji fanów "Barcy". W takich okolicznościach łatwiej przełknąć nawet największą porażkę ulubionego zespołu.

Imponujące pięknem miasto, rewelacyjna pogoda, pyszna sangria, najlepsza w dziejach piłki nożnej drużyna i wreszcie unikatowy, niezwykły festiwal... Katalończykom naprawdę jest czego zazdrościć. Teraz nie dziwię się osobom, które przekonywały, że Primavera Sound uzależnia i na Primavera Sound się wraca. Bo rzeczywiście ten festiwal uzależnia i rzeczywiście chce się tam jak najszybciej wrócić. To będzie bardzo długie 12 miesięcy oczekiwania...

Artur Wróblewski, Barcelona

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: seksowni | ekstremalne | Nie | seksowny | Barcelona | Pulp | Fleet Foxes | festiwal

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje