"Zaglądał artystom do głów, katolikom w sumienie, millenialsom i zetkom w serca. Odnajdywał w ich wnętrzach niewyczerpane pokłady nowych, ujmujących wrażliwości, które stały się znakiem rozpoznawczym jego twórczych działań. Na tle rodzimego kina współczesnego niewielu reżyserom i reżyserkom zależy na zasypywaniu podziałów tak bardzo, jak jemu" - czytamy na stronie 26. MFF TAURON Nowe Horyzonty na temat Łukasza Rondudy. Między innymi dzięki uznaniu go za "sesjmografa polskiej duszy" i specjalistę od portretowania naszego społeczeństwa na przykładzie artystów, w programie festiwalu uwzględniono wszystkie produkcje z jego dotychczasowego dorobku. Uczestnicy mogą więc w pełni zanurzyć się w świat kreowany okiem Rondudy i poznać bliżej współczesnych artystów, albo raczej odnaleźć w nich jakąś cząstkę siebie.
W sekcji "Retrospektywa: Łukasz Ronduda" znalazło się siedem filmów: "Performer", "Serce miłości", "Wszystkie nasze strachy", "Lot", "Freak Show", "Powiedz mi, co czujesz" i "Rave". Ostatni z wymienionych miałam okazję obejrzeć w piątek, 24 lipca, na jednej z sal kinowych Nowych Horyzontów, znając dotychczas tylko jedną produkcję Rondudy i będąc zupełnie nieświadomą tego, co mnie czeka. Zanim jednak seans na dobre się rozpoczął, przed ekranem stanęli twórcy dzieła, a także jeden z bohaterów i przybliżyli publiczności historię, którą za chwilę bardziej szczegółowo opowiedzieli nam Janusz, Marysia i Marcelo.
Twórcy filmu "Rave" opowiedzieli historię jego powstawania. Spotkanie z Łukaszem Rondudą, Dawidem Nickelem i Gregorem Różańskim na Nowych Horyzontach
Pierwszy głos zabrał sam Łukasz Ronduda, który zdradził, że historia "Rave" sięga 2016 r. To wtedy wystartował Wixapol - kolektyw łączący DJ-ów i organizujący imprezy techno, którego jednym z założycieli był Gregor Różański. Według reżysera był to znak, że polska scena artystyczna zrywa ze spoglądaniem na zachód z podziwem i swego rodzaju zazdrością, a zaczyna wreszcie dostrzegać inspiracje w rodzimej kulturze klubowej. Ronduda podkreślił, że wcześniej artyści - nie tylko ci tworzący techno, których wziął na tapet przy okazji "Rave" - wciąż starali się udowodnić, że są tacy sami, jak twórcy w Berlinie. Wixapol z tym zerwał, wpatrując się z zachwytem w niedoskonałe, polskie lata 90. To zainspirowało reżysera do podjęcia tematyki rozkwitu muzyki techno na polskich ziemiach na poważnie.
Gdy pomysł na produkcję się pojawił, Ronduda próbował zgłaszać się do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, aby pozyskać środki finansowe na stworzenie go. "Nie chcieli mi dać pieniędzy na ten film" - przyznał przed widownią Nowych Horyzontów. Według twórcy, wśród osób decyzyjnych panowało wówczas przekonanie, że "techno to jest coś niepoważnego, jakiś żart".
Podczas jednej z nieheteronormatywnych imprez techno, w których reżyser sam brał udział, poznał Dawida Nickela. Mężczyzna stał wówczas za DJ-ką, więc był doskonałym kandydatem do tego, aby pomóc Rondudzie opowiedzieć historię polskich rave'ów - obserwując ją od podwórka. Panowie zaprzyjaźnili się, a jednocześnie zdecydowali na współpracę przy reżyserii dzieła. Nickel miał wnieść do dokumentu zupełnie nową energię. Razem z Rondudą wymieniał się doświadczeniami dotyczącymi dorastania w małych miejscowościach, a ich wiejskie techno-historie wzbogaciły i uautentyczniły całą produkcję.
"Później wspólnie jeszcze dwa razy nie dostaliśmy pieniędzy" - przyznał żartobliwie twórca, dodając, że wszystko się zmieniło, gdy nagrodzono go Złotymi Lwami w Gdyni. Wtedy PISF zdecydował się uwierzyć w "Rave" i dał Rondudzie oraz Nickelowi kredyt zaufania.
W wystąpieniu przed seansem głos zabrał także Gregor Różański, który opowiedział o filmie z perspektywy DJ-a oraz bohatera produkcji. Odnosząc się do słów Rondudy, ujawnił, że jemu od zawsze wydawało się, że "techno przyszło do polski na kasetach znajdywanych w kradzionych samochodach, które sprowadzano na dolnośląskie i wielkopolskie zza zachodniej granicy". "Każdy miał takiego wujka, który się tym zajmował" - zaśmiał się artysta. Dodał, że jego zdaniem ten gatunek prędko zaadaptowano i przearanżowano na polskie realia, dzięki czemu powstały takie miejsca jak kultowy klub Ekwador we wsi Manieczki, takie bity jak pompa i wreszcie takie kolektywy jak Wixapol.
"Wszystko, co kiedyś było wieśniackie potem staje się mainstreamem" - wygłosił najprawdziwszą z prawd Różański, przekonując, że choć dla wielu polskie techno było z początku kojarzone z białymi rękawiczkami i hałaśliwymi gwizdkami, z czasem stało się kulturą, którą wielu chciałoby zgłębić. Na koniec DJ dodał, że nawet jeśli, ktoś nie jest fanem rave'u, to nie da się odebrać temu gatunkowi tego, że jest przestrzenią spotkań, tworzą się dzięki niemu głębsze relacje - miłości, przyjaźnie - a ludzie jednoczą się ponad podziałami.
Film "Rave" zaprezentowano w ramach 26. MFF TAURON Nowe Horyzonty
"Muzyka elektroniczna mnie osobiście przekonuje do siebie tym, że ma związek z prądem, czyli jednocześnie z nami samymi. Jest w tym jakaś szczerość, bo sam uważam, że jestem z prądu" - wygłasza w pierwszej minucie filmu Marcelo Zammenhoff, jeden z pionierów polskiej sceny techno. Z początku poznajemy go jako ikonę, mówiącą do nas z archiwalnych nagrań, lecz z czasem pojawia się on na ekranie jako teraźniejszy Marcelo - z nieco posiwiałymi włosami i większą liczbą zmarszczek na twarzy. Wciąż wygłasza szalone tezy - dzięki temu wiemy, że nikt go nie podmienił - i ślepo wierzy w to, że techno powinno być wyrazem artystycznym, dawać twórcom swobodę, poczucie wolności i mieć w sobie znamiona nowocześności oraz nurtu berlińskiego.
Historia polskiego techno mogłaby w całości zostać nam opowiedziana poprzez wspomnienia Marcelo - wówczas dowiedzielibyśmy się, że niegdyś rave'y organizowano pod ziemią w parku, ale teraz wszystkie wejścia zamurowano, że niegdyś platformy na łódzkiej Paradzie Wolności były szalone, niezależne i przychodziło przy nich potańczyć setki osób i że generalnie kiedyś to było. Jest on jednak w dokumencie Rondudy raczej postacią drugoplanową - traktowaną jako pozostałość po zamierzchłych czasach. Najwięcej czasu spędzamy bowiem z Marysią i Januszem - młodym pokoleniem technomiłośników, którzy mają nieco inne podejście do całej tej kultury. Marysia sama jest DJ-ką i zamiast patrzeć na muzykę elektroniczną tak, jak robił to Marcelo, łączy wiele gatunków i wplata do swoich nowoczesnych kawałków kultową pompę z lat 90., a innym razem operę. Śledzimy jej losy, gdy próbuje wkręcać się na różne imprezy ze swoją nieco zdezelowaną konsolą i stara się spełnić muzyczne marzenia, nawet gdy los płata jej figle. Z kolei Janusz układa do tego wszystkiego choreografie i tanecznym krokiem chce przejść przez życie, które wcale go nie rozpieszcza (praca na wysokościach i spalony chemikaliami pośladek to nie są żarty). Hakken dance płynie w jego żyłach i choć dla laika takiego jak ja, na parkiecie wygląda profesjonalnie, przegrywa kolejne konkursy z rzędu.
W międzyczasie poznajemy też przyjaciół wspomnianej dwójki, mamę Marysi, która jako pierwsza pokazała jej Prodigy, Gregora, którego dosięgnęła chłopomania, opowiadającego historyczne, ale nie wiadomo, czy do końca prawdziwe, dzieje Manieczek, a jednocześnie przedstawiającego w dokumencie istotne szczegóły, pozwalające nam lepiej zrozumieć kulturę polskiego rave'u. Jest też dziennikarka Dominika Sitnicka, wtrącająca ważne dla kontekstu szczegóły, dzięki której historia całkowicie nie odpływa w jakieś niezrozumiałe rewiry. Bohaterowie są autentyczni, żywi i nie pozostawiają nas z wątpliwościami, czy aby na pewno mówią o czymś, co jest ich całym życiem. Reżyser pozwala nam polubić się z Marysią i Januszem, kibicować im i współczuć. Zaznajamiając nas ze współczesnymi przedstawicielami polskiej sceny techno jednocześnie nie zapomina o przeszłości i fundamentach, pokazując ikonicznego DJ Hazela czy klub Ekwador.
"Rave" wciągnął mnie w swój świat nie tylko dzięki bohaterom, ale też zbudowanemu klimatowi. W filmie Łukasza Rondudy nie brakowało muzyki techno, wokół której przecież wszystko powinno się tu kręcić. Zadbano o próbki różnych stylów, prezentując nie tylko to, co pożądane przez fanów największego undergroundu, lecz także polskie, wiejskie bity. Nocną, klubową atmosferę podbijały stroboskopowe światła i migające obrazy. Pomieszanie nowych kadrów z archiwalnymi nagraniami sprzed 30 lat dodało produkcji chaotycznego wymiaru, który przy takiej tematyce był pożądany. Chwilami po cichu wyobrażałam sobie jednak, jak wyglądałby "Rave", gdyby władzę nad kamerą w całości oddać Marcelo. Vlogujący pionier techno - zarówno w latach swojej młodości, jak i teraz, gdy stał się mentorem Janusza oraz Marysi - nie mógłby się przejeść.
Moim jedynym zarzutem do filmu Rondudy jest zgubienie wątku walki z nierównościami. Bohaterowie kilkukrotnie wspominają o tym, że "liczy się równy bit", że techno pozwala jednoczyć ludzi i w tej kulturze nie ma miejsca na podziały. Jednocześnie chwilami widzimy zupełną odwrotność - że jednak są lepsi i gorsi. Że gdy bogatszy w doświadczenia DJ Hazel ma wejść na scenę, Marysia spieszy się, aby zwolnić mu konsolę; że tańczący w białych rękawiczkach rave'iarze są wieśniakami; że to, co w Berlinie to zadufane, a to, co w Manieczkach, to zbyt swojskie; że gdy platformę na Paradzie Wolności mają wesprzeć sponsorzy, to kłóci się to z ideą techno... No dobra, może szczera radość Janusza ze zwycięstwa rywala w konkursie na hakken dance, na chwilę przypomina nam o tym, że przecież w kulturze techno wszyscy się kochamy.











