Jej lider Melechesh Ashmedi znalazł kilka chwil, by odpowiedzieć na pytania Bartosza Donarskiego.
Daliście sobie sporo czasu, by zrobić to w sposób najlepszy z możliwych. Czy i tym razem było to dla ciebie aż tak wyczerpujące, zarówno fizycznie, jak i mentalnie? Pamiętając przy okazji o sporych problemach z miksami, z jakimi mierzyłeś się na poprzednim albumie. Tym razem było lepiej?
- Ta sesja była najprzyjemniejszym doświadczeniem nagraniowym w moim życiu, choć jednocześnie najtrudniejszym. To była naprawdę ciężka praca, ale czerpałem z niej olbrzymią radość. Nie wiem, może wyciągnęliśmy wnioski z błędów przeszłości. Ludzie, z którymi pracowaliśmy w studiu byli osobami godnymi zaufania. Kiedy ja pracowałem po 16 godzin na dobę, a oni już nie mogli bądź nie byli w stanie, inżynierowie dźwięku zmieniali się za konsoletą. Zabawne gdy pomyśli się, ilu inżynierów pracowało nad tym albumem. To był jakiś kosmiczny projekt! Sześciu inżynierów dźwięku, czterech asystentów, ciągle ktoś się zmieniał; była też jedna osoba, która odpowiadała za miks i jedna za mastering. Zdarzało się, że studio opuszczałem dopiero o świcie, wracałem na pięć, sześć godzin do mieszkania i znów do studia. Dobrze, że wymyślono kawę (śmiech).
"The Epigenesis" nagrywaliście w Istambule, który nie jest typowym miejscem przeznaczenia w tej materii.
- Nietypowym to mało powiedziane, nie znam ani jednego metalowego zespołu, który poleciałby na Wschód, żeby nagrywać album. Zespoły z Zachodu nagrywają u siebie, a młode kapele ze Wschodu marzą, żeby rejestrować płyty na Zachodzie czy w Stanach, i jeśli je stać, tak się dzieje. My już to wszystko przerabialiśmy. Nagrywaliśmy w Szwecji, Niemczech, Holandii, mieliśmy propozycje, by nagrywać w USA i Anglii, gdziekolwiek chcieliśmy. Ale powiedzieliśmy: nie, Melechesh zawsze robił wszystko po swojemu; my nie podążamy za resztą, my przewodzimy. Inna sprawa, że uwielbiam Istambuł - to jedno z niewielu miejsc, gdzie w naturalny sposób Wschód łączy się z Zachodem. Wciąż jest tam wiele oznak kultury starożytnego Wschodu, a żeby było jeszcze lepiej, warto powiedzieć, że Istambuł to prawdziwie heavymetalowe miasto.
Poważnie?
- Serio! Z mnóstwem barów i sklepów dla fanów metalu. Sam byłem tym zszokowany. Poza tym wszystko jest tam dostępne praktycznie 24 godziny na dobę. Jeśli czegoś potrzebujesz, możesz to załatwić o każdej porze dnia i nocy. Możesz zamówić whisky przez internet i w mgnieniu oka będziesz ją mieć na stole. A to tylko jedne z przykładów. Największym wyzwaniem było znalezienie właściwego studia. Okazało się nim być Babajim. Opłaciło się. Prócz tego mieliśmy na miejscu dostęp do ludowych instrumentów i możliwość współpracy z lokalnymi muzykami, co w naszym przypadku nie jest bez znaczenia.
"The Epigenesis" to najdłuższy album w historii Melechesh - 71 minut. Zastanawiam się czy nie miałeś obaw związanych z jej potężnym rozmiarem.
- Oczywiście, mieliśmy nawet dwa dodatkowe utwory do nagrania - zważ, że na komponowanie muzyki poświęciłem cztery lata. Nagranie półgodzinnej płyty byłoby chyba trochę niegrzeczne. Chciałem też, żeby ten album był kompletny i posiadał różne nastroje, a tego nie da się uzyskać na skróty.
Zobacz teledysk "Grand Gathas of Baal Sin" promujący album "The Epigenesis":








Twój komentarz może być pierwszy!