
Czy takiemu zespołowi jak 3 Doors Down, trudno jest przebić się w Stanach, podpisać kontrakt z dużą wytwórnią?
Nikomu coś takiego nie przychodzi łatwo, bez względu na to, jaką muzykę wykonuje zespół, czy z którego regionu Ameryki pochodzi. Nam udało się dlatego, że w 1997 roku postawiliśmy wszystko na jedną kartę i wydaliśmy płytę własnym sumptem. Wpychaliśmy ją na siłę każdemu, kto chciał słuchać, szczególnie ludziom z lokalnych rozgłośni radiowych. Gdzieś na początku 1999 roku nasz numer “Kryptonite” zaczął rządzić w lokalnym radiu, ludzie wprost oszaleli na jego punkcie. Wiesz, w Stanach od lat wszyscy mają bzika na punkcie Supermana i chyba czekali na taką piosenkę. To był dla nas prawdziwy przełom. Nagle wokół zespołu zrobiło się gorąco i nie wiadomo skąd pojawili się ludzie z wytwórni płytowej.
Wasza muzyka, choć czasem pełna gniewu i dość ciężka, nie ma nic wspólnego z lansowanym w tej chwili w Stanach nu-metalem. Nie wiedziałem, że wytwórnie płytowe wciąż inwestują w tradycyjnie pojmowanego rocka?
Nasza muzyka mówi wszystko o naszych korzeniach. Nie mamy nic przeciwko najnowszym trendom, ale kręciły nas zawsze innego rodzaju dźwięki. Niektóre z nu-metalowych zespołów nam się podobają, inne nie, ale tak naprawdę tradycyjnie domeną 3 Doors Down jest rock w pełnym tego słowa znaczeniu, bez wpływów rapu czy innych rzeczy tego typu. Najważniejsze dla nas jest to, by nie zapominać, że muzyka oparta jest na melodii, że bez niej kompozycja nie ma sensu.
Kto pisze muzykę w 3 Doors Down?
Wszyscy mamy swoje obowiązki i do każdego utworu każdy z nas musi dorzucić swoje trzy grosze. Na tego rodzaju współpracy, w którą zaangażowana jest cała grupa, opiera się chemia tego zespołu, to, co czyni 3 Doors Down formacją jedyną w swoim rodzaju.
Do niedawna Brad Arnold grał na perkusji i śpiewał jednocześnie. Czy zrezygnował z funkcji bębniarza, ponieważ wykonywanie obu czynności naraz sprawiało mu kłopot, czy dlatego, że zespół potrzebował frontmana, w którym mogłyby się zakochiwać nastolatki?
(śmiech) To prawda. Kiedy dowiedzieliśmy się, że ruszamy na trasę, która potrwa kilka miesięcy, zdecydowaliśmy, że musimy mieć frontmana, że Brad musi zostawić perkusję. Wokaliście jest dużo łatwiej nawiązać kontakt z publicznością, kiedy śpiewa bezpośrednio do niej, kiedy może przybić piątkę komuś pod sceną... Poza tym Brad nienawidził grania na bębnach, robił to tylko dlatego, że ktoś musiał to robić. Teraz pałeczki przejął od niego Richard Liles i chociaż wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tego, że coś jest nie tak, dzisiaj widzę, że ułatwiło nam to wiele rzeczy. A Richard to nasz stary kumpel, więc błyskawicznie wpasował się w klimat zespołu.







Twój komentarz może być pierwszy!